FANDOM


PRZEDZIAŁ WIEKOWY: +14

Rozdział 1: Nietypowe pytanieEdytuj

Harris siedział na zacienionej ławce przy chodniku i obserwował plażę przed sobą, co jakiś czas popijając lekkiego energetyka. Minęło kilka dni od feralnego wydarzenia na biegunie południowym, podczas którego omal nie zginął jego najlepszy kumpel. Na szczęście przeżył, stracił tylko na urodzie. I oku.

- No gdzie on jest... - spytał sam siebie lekko zniecierpliwiony. Spojrzał na zegar w telefonie. Kwadrans spóźnienia. - Huh, pewnie go zatrzymała. OK, spróbuję poczekać.

- Na kogo poczekać?

Harris odwrócił się w stronę podsłuchującego. Poirytowanie zmieniło się w zaskoczenie, a to po chwili - w zadowolenie. To był Rick. Stał teraz przed nim z uśmiechem, wpatrując się w Kolczatkę swoimi złoto-niebieskimi oczami. Kumple przybili żółwika.

- RC! Jesteś wreszcie! - powiedział Harris.

- Miałbym wystawić najlepszego kumpla do wiatru?

- Nie inaczej, amigo. Nie inaczej.

Kolczatka przyjrzała się Rickowi. Poza nowym, bionicznym okiem, miał rownież nowe ubrania - mniej rajdowe, bardziej militarne... I mroczniejsze. Ubrany był w szary skórzany trencz, sięgający mu do kostek, czarne bryczesy i glany do kolan.

- Fajne ciuchy, Rick. Przystąpiłeś do gotów? - zażartował Harris.

- Skąd! - zaprzeczył. - Tamte ubrania były już tak wytarte i zniszczone, że musiałem załatwić sobie nowe. A co, pasuje mi gotyk?

- No. Tylko jak coś, to nie przesadzaj potem z make up'em.

- Spoko, aż tak się nie wkręcę. A w każdym razie spróbuję.

Harris pokazał Rickowi, by się razem przeszli. Po chwili obaj zaczęli równym rytmem iść wzdłuż chodnika.

- To... Po co mnie zaprosiłeś? - spytał Rick.

- Bo mam takie pytanie...

- Dajesz.

Kolczatka zawahała się przez chwilę.

- Więc...?

- Więc... Co lubi twoja siostra?

- Zależy. A co?

- Tak z ciekawości...

- Wiele rzeczy. - zastanowił się Rick. - Materiały wybuchowe, technologię, rywalizację...

Jeż spojrzał na Harrisa, który zaczął coś pisać na telefonie.

- Jedna chwila. Ty to notujesz?

- Co?! Wcale nie. Ja... Pocztę sprawdzam! Tak.- wyparła się Kolczatka.

Jeż niespecjalnie mu uwierzył. Harris wciskał mu kit. Termowizja, którą po chwili włączył, to potwierdziła.

- Masz gorący nos i policzki. - stwierdził Rick. - Bujasz! Powiedz, na co ci te informacje?

- Yyy... Ja... No...

- Czekaj czekaj. Kojarzę fakty. Wspólne przesiadywanie w kokpicie, zapraszanie na kawę... - wyliczał Rick. - Zakłady pieniężne o przyszłość moją i Heidi...

- O, więc już wiesz...?

- Ty...

- Nie mów tego. Błagam, na wszystko, co święte, nie mów tego!

- ...Bujasz się w mojej siostrze!

- I powiedział... - Harris strzelił facepalm'a, by ukryć zażenowanie. - Dobra, przyznaję się! Zabujałem się w Jinie. I co teraz?

- Niech zgadnę: posłałeś po mnie, bo chcesz mnie o nią wypytać, by się jej przypodobać?

- Ech... Tak.

- OK.

- Dzięki... Zaraz. OK? Tylko tyle? - spytał zaskoczony Harris.

- Albo "OK", albo zabawa w detektywa. Obie te opcje mi pasują.

- ... Rozumiem.


- I to już wszystko, czego możesz się ode mnie dowiedzieć na temat mojej siostry. - skończył Rick, opowiedziawszy Kolczatce listę tego, co Jina lubi, a czego nie.

Harris przejrzał notatki na telefonie.

- Hmm... Mało tego trochę. - stwierdził.

- Ponieważ przez piętnaście lat nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu, a przez następne cztery dzieliliśmy mieszkanie. Ale znam kogoś, kto wie więcej.

- Kogo?

- Naszą mamę.

- Logiczne. To ona ją wychowywała w czasie, gdy ojciec ciebie szkolił na rycerza. - zażartowała Kolczatka.

- Ha. Ha. Ha. Przezabawne.

Chwila ciszy...

- No dobra. - powiedział Rick. - Ja się zwijam. Widzimy się w bazie, nie?

- Spoko.

Jeż już miał się ulotnić.

- Um, Rick?

- Hm?

- Możesz nic nie mówić siostrze? O tej naszej rozmowie?

- Jasne.

- Słowo?

- Słowo. - powiedział Jeż, po czym wykonał Skok Biotyczny i zniknął w niebiesko-białym błysku. Harris mógł kątem oka ujrzeć go biegnącego po dachach budynków.

Nie mając już nic do roboty, Kolczatka poszła w kierunku lądowiska, na którym stał Osprey.


Harris otworzył drzwi do samolotu. Już miał do niego wejść, kiedy nagle usłyszał wołanie.

- Hej! Zaczekaj!

Odwrócił się i ujrzał biegnącą w jego stronę Polarną Lisicę w dresie.

- Wszystko w porządku? - spytał, zauważywszy, że dziewczyna prawie upadła mu pod nogami. Prawie.

- Tak... - Lisica podniosła wzrok na Kolczatkę. - To ty jesteś Harris?

- Zależy. O co chodzi?

- Szukam kogoś, kto mógłby mnie gdzieś podwieźć.

- Gdzie dokładnie?

- Na biegun południowy.

- To jestem Harris. - uśmiechnął się, podając Lisicy rękę.

- Weronika.

Rozdział 2: Powrót na biegunEdytuj

Osprey powoli wzbił się w przestworza i poleciał na południe. Harris miał dziwne przeczucie, że wie, gdzie dokładnie Weronika chciała się dostać. Wolał się jednak upewnić.

- Więc, Weroniko, czego szukasz na biegunie? - spytał, odwracając głowę w kierunku Lisicy.

- Muszę się tam z kimś spotkać. - odpowiedziała szczerze.

- Poważnie? Latam na biegun i z powrotem, mam tam znajomych. Może znam tego kogoś?

- Wątpię, ale mogę ci go opisać: czarny Jeż koło pięćdziesiątki, długie igły, złote oczy.

- Niech zgadnę, znak szczególny: bioniczne ramię?

- Nie wiem. - odparła Lisica. - Kiedy widziałam go ostatni raz, miał obie ręce całe.

- Rozumiem. - oznajmiła Kolczatka, po czym dodała gazu.


Harris i Weronika byli już nad wąwozem. Po raz pierwszy chyba dało się ujrzeć szczyt wielkiej góry z lodu, u podnóża której leżało Sanktuarium.

- To tutaj! - oznajmiła Weronika, zobaczywszy górę.

Harris kiwnął głową, po czym skierował Osprey'a nad lądowisko. Wtem włączyło się radio.

- Jax! Jesteś już! - powiedziała przez radio Jina. Zaskoczyło to Kolczatkę, gdyż zwykle przy radiu ślęczał kto inny.

- Jina! Cześć! Co się stało, że teraz ty obsługujesz radio?

- Ben mnie poprosił, bo musi posędziować tacie i Rickowi.

- O. OK, rozumiem.

Przez kilkadziesiąt sekund ze strony Kolczatki panowała niezręczna cisza. Nie miał ochoty zapeszyć, zwłaszcza że za nim siedziała Weronika.

- Jax? Harris, jesteś tam?

- Jestem jestem. Po prostu... Musiałem coś sprawdzić i odszedłem od radia...

- Jakoś ci nie wierzę, ale niech ci będzie. - powiedziała żartobliwie Jeżyca. Spowodowało to przesunięcie się barwy pyszczka Harrisa z białego na czerwonawy.

- Dobra... Pozwolisz teraz, że się rozłączę? Ląduję teraz.

Nie czekając na odpowiedź, Harris wyłączył radio. Zrobiwszy to, odetchnął głośno z ulgą. W międzyczasie zdołał postawić samolot na swoim miejscu.

- Huh... OK, jesteśmy! - powiedział do swojej pasażerki.


- Dawaj, Rick! - zawołał do syna Elijah. - Uderz mnie najmocniej, jak potrafisz!

Rick i Eli urządzili sobie sparing na sali treningowej. Na życzenie czarnego Jeża, Ben holograficznie zmienił wystrój na komnatę rodem z gotyckiej twierdzy. Na murowanych ścianach płonęły pochodnie, a w niektórych miejscach wisiały gobeliny i tarcze. Synthia, Heidi i Jina obserwowały przedstawienie z bezpiecznej odległości, coby przypadkowo nie oberwać.

Brązowy Jeż zaszarżował z wystawioną pięścią w stronę ojca. Ten w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem i pięść chłopaka zderzyła się z holograficzną kolumną. Rick złapał się za nią i zawarczał z bólu:

- Uch! Niby jak?! To przecież hologram!

- Ben mówił, że to ultrarzeczywista symulacja. - wytłumaczyła Jina. - Czy jakoś tak.

- Za wolno, chłopcze. - oznajmił Elijah z drugiego krańca sali. - Spróbuj wykorzystać swoje moce i mnie powal.

Rick otarł pot z czoła, po czym spojrzał na ojca, który "zachęcał" go do natarcia typowym do tego typu wydarzeń gestem. Młody skupił biotykę i wykonał w jego stronę Falę Uderzeniową. Wstrząsy na pewien czas pozbawił Elijah stabilności. Kiedy wrócił na równe nogi, spostrzegł, jak Rick szarżuje na niego, uderza lewym prostym w twarz, a po chwili posyła na ziemię kopniakiem w klatkę piersiową. Elijah podniósł się na kolana i wykaszlał trochę krwi. Syn podszedł do niego. W sali zapanowała grobowa cisza. Po chwili czarny Jeż starł krew z ust i zaśmiał się.

- Dobrze! - powiedział do chłopaka. - Oby tak dalej!

- Wszystko w porządku, tato? - spytał Rick, pomagając mu wstać.

- Tak. - odpowiedział lakonicznie Eli, po czym, już o własnych siłach podszedł do dziewczyn.

- O tym już ja zadecyduję. - wtrąciła z uśmiechem Synthia, chwyciwszy męża.

Wtem do sali treningowej wkroczył Harris w towarzystwie Polarnej Lisicy.

- Nie przeszkadzam? - spytał, ujrzawszy gotycki wystrój i stan czarnego Jeża.

- Nie. Właśnie kończyliśmy. - odparł mu Rick.

- OK... Panie Clarke. - zwrócił się do Elijah. - Ma pan gościa.

Elijah i Synthia spojrzeli na Lisicę i niemal od razu się ukłonili. Bliźniaki, Jax i Heidi nie do końca zrozumieli ten gest.

- To dla nas zaszczyt, wasza wysokość. - powiedział dumnie Eli.

- Dla mnie rownież, kapitanie. - odparła z uśmiechem Lisica. - Nie znaczy to jednak, że musicie się przede mną płaszczyć. Wstańcie, proszę.

- Tak jest.

Rodzice bliźniaków wstali.

- Um... Możemy wiedzieć, co tu się odbywa? - spytała Jina.

- Już ci tłumaczę, skarbie. - odparła Synthia, podeszłszy do dzieci. - Pamiętacie, jak opowiadaliśmy wam, że służyliśmy na królewskim dworze?

Bliźniaki przytaknęły.

- Poznajcie dziedziczkę tronu Debris, księżniczkę Weronikę.

- Dziękuję, ale wystarczy samo "Wera". - wtrąciła Lisica.

- Jak sobie życzysz... Wero. - odpowiedział jej z lekkim uśmiechem Elijah. Wera odwzajemnieniła uśmiech.

- Może chodźmy na stołówkę, tam porozmawiamy? - zasugerowała Jina.

Cała grupa zgodnie wyszła z sali. Kiedy Rick jako ostatni opuścił pomieszczenie, jego wystrój wrócił do standardowego wystroju a'la bunkier.

Rozdział 3: Nowe planyEdytuj

Elijah otworzył podwójne drzwi prowadzące na stołówkę. Było to dosyć obszerne pomieszczenie z trzema długimi stołami i barkiem, za którym znajdowały się drzwi do kuchni. Czarny Jeż usiadł obok Synthii, Ricka i Heidi. Naprzeciwko ich usiedli Wera, Harris i Jina. Dokładnie w tej kolejności. Kolczatka czuła coś w rodzaju satysfakcji spowodowanej niemalże stykaniem się łokciami.

- Co cię tu sprowadza, Wero? - spytał Elijah księżniczkę, opierając brodę o metalowe ramię.

- Moja przyjaciółka, Icy, powiedziała mi, że kilka dni temu odbyła się tu bitwa z doktorem Eggmanem.

- Miała rację. - odparł.

- Wtedy dostałem te szramy. - oznajmił Rick, przejeżdżając palcami po wizjerze. Zobaczywszy to, Heidi przytuliła lekko chłopaka, na co on odpowiedział uśmiechem.

- Och... Mogę zatem wiedzieć, co Eggman robił na takim pustkowiu? - spytała wprost Wera.

- Oczywiście. - przytaknął Elijah. - W Sanktuarium trwa budowa Bramy. Zasilanej Szmaragdami Chaosu.

- Bramy? - zaciekawiła się Lisica.

- Kiedy zostanie ukończona, będzie w stanie zabrać nas w niemal każde miejsce we wszechświecie. - wytłumaczył z pozornym spokojem w głosie.

- W każde?

- Nawet na Debris.

Może nie wyglądała, lecz Wera nie posiadała się ze szczęścia. Wreszcie miała możliwość powrotu do domu. Pozwoliła sobie na szczery uśmiech i pojedynczą łzę szczęścia.

- Wszystko w porządku? - spytała Synthia, ujrzawszy reakcję Lisicy.

- Tak... - Wera szybkim ruchem otarła ślad po łzie. - Więc będziemy mogli wrócić do domu?

- Najpierw trzeba zakończyć budowę. Może to potrwać kilka tygodni, może nawet miesięcy...

Wtem do pomieszczenia dosłownie wleciał Seth, trzymając w dłoni tablet. Zatrzymał się dokładnie przed zajętym stołem.

- Szefie! Dobre wieści. - powiedział, zatrzymawszy się. Spojrzał na siedzącą naprzeciw starszego Clarke'a Lisicę. - O. Nie wiedziałem, że mamy gości. - podał jej rękę. - Jestem Seth.

- Wera. - przedstawiła się księżniczka.

- To co to za dobre wieści? - spytała Jina.

- Ach tak. - Seth schował holo-skrzydła. - Wpadłem powiedzieć, że tylko dwa, trzy dni dzielą nas od ukończenia bramy.

- Albo trzy dni. - dokończył swoją poprzednią wypowiedź Elijah.

- To co będziemy robić przez ten czas? - spytał dotychczas milczący Harris.

- Chyba wiem. - odparł Rick, puszczając kumplowi cyber-oczko.


Harris siedział już pół godziny w kokpicie Osprey'a i czytał czasopismo sportowe. Kątem oka ujrzał na zewnątrz niebieskawe światło, ale zbytnio się nim nie przejął. Przecież to Sanktuarium, tutaj wszystko świeci na niebiesko!

- Co tam, Jax?

Kolczatka aż podskoczyła w fotelu, usłyszawszy powitanie. Rick i Heidi usiedli obok znerwicowanego Harrisa.

- Rick! - powiedział, nie ukrywając irytacji. - Na litość boską, potrzebny ci jakiś dzwonek!

- No weź, co jest? - Jeż szturchnął go po przyjacielsku. - Nie chcesz, żebyśmy ci pomogli?

- My?

- My, znaczy ja i Heidi.

Harris spojrzał na Łanię, która przyjaźnie się do niego uśmiechnęła. Westchnął ciężko.

- Przecież miałeś nikomu nie mówić...

- Miałem nic nie mówić Jinie. O Heidi nic nie mówiłeś.

- Ech... Niech wam będzie... To jaki macie plan?

- Pomyślmy... - zastanowiła się Heidi. - Jina kocha fajerwerki, prawda Rick?

Chłopak przytaknął.

- To może urządź jej niespodziankę w stylu, bo ja wiem, jej imienia z fajerwerków otoczone gwiazdkami i serduszkami?

- Pomysł niekulawy, tylko skąd wytrzasnę fajerwerki? - spytał Harris.

- Samolot masz? - rzucił wprost Jeż.

- Mam.

- Gdzie kupić wiesz?

- Wiem.

- Więc...?

- Polecę tam i wszystko pozałatwiam!

- OK. - oznajmiła Heidi. - My w tym czasie postaramy się zatrzymać Jinę.

Rozdział 4: WymianaEdytuj

Rick i Heidi przyczaili się pod pokojem Jiny.

- I jak? Widzisz coś? - spytała Łania.

Jeż przedstawił oko na termowizję, po czym ujrzał za ścianą ciepły zarys dziewczęcej sylwetki, z chłodnymi dłońmi. To mogła być tylko Jina.

- Jest. - odpowiedział.

- I co?

- Kręci się bez celu po pokoju.

Wtem na korytarz wyszła Synthia. Zauważywszy swojego syna i uczennicę stojących pod ścianą, podeszła do parki.

- Co robicie? - spytała.

- Cześć mamo. - przywitał się Rick.

- Pilnujemy Jiny, pani Synthio. - wytłumaczyła Heidi.

- Po co?

Jeż powiedział matce wszystko na ucho.

- Ooo... Rozumiem. - powiedziała po chwili. - Jaki macie plan?

- Musimy zatrzymać Jinę w okolicy, dopóki wszystko nie będzie gotowe. - wyjaśnił Rick.

- Dobrze, nie będę was powstrzymywać. - powiedziała Jeżyca, głaszcząc ich po głowach, po czym odeszła w stronę centrum komunikacji, gdzie Elijah rozmawiał z Werą.

- Właściwie u kogo Harris kupuje te fajerwerki? - spytała Heidi.

- U jakiegoś Jelenia. Nazywa się chyba... Quentin.

Łania postawiła uszy na sztorc. Miała wrażenie, że się przesłyszała.

- Możesz powtórzyć?

- Quentin. A co? Stało się coś?

- Musimy go zatrzymać.

Heidi chwyciła Ricka za rękę i zaczęła biec w stronę Bramy.

- Hej! Heidi! O co chodzi? - spytał zaskoczony Jeż, wyrwawszy się z dość mocnego uścisku dziewczyny.

- Rick, wiesz chociaż, kim tak naprawdę jest Quentin? Czekaj, pokażę ci.

Łania ściągnęła koszulkę, co sprawiło chłopaka w zakłopotanie. Chwilę pózniej mu przeszło, ujrzawszy jej plecy.

- Matko jedyna... On ci to zrobił? - spytał, patrząc z niedowierzaniem na podłużne blizny pokrywające ponad połowę powierzchni pleców dziewczyny.

- Mhm... Quentin to uzależniony od prochów, nieprzewidywalny sadysta... - w oczach Heidi pojawiły się łzy. - Jeśli Harris powie mu, do czego potrzebne mu te fajerwerki, na pewno będzie chciał czegoś w zamian... Czegoś lub kogoś.

Rick, słysząc to, mimowolnie zacisnął pięści. Przez chwilę dało się ujrzeć czerwono-pomarańczowe światło bijące z jego blizn i cyber-oka. Uspokoił się jednak i przytulił czule Łanię. Ta nie mogła już dłużej ukrywać swoich emocji i wtuliła się z płaczem w futro chłopaka. Po chwili poczuła na głowie delikatny pocałunek.

- Spokojnie, Heidi... - wyszeptał jej do ucha Rick. - Wiesz, że nie pozwolę cię skrzywdzić.

- Dzie... Dziękuję, Rick... - odpowiedziała znacznie spokojniej.

- Chodźmy, skarbie. Musimy kogoś przypilnować, prawda?


Harris wszedł do ciemnej uliczki między budynkami. Jedno z wyjść zastawiał od paki strony czerwony pickup z paką zasłoniętą ciemnym materiałem.

- Q, gdzieżeś polazł? - spytała Kolczatka.

Usłyszawszy wołanie, z auta wyszedł brązowy Jeleń ubrany w grafitowe jeansy z rozdarciami na wysokości kopyt oraz niebieską hawajską koszulkę. Pociągnął kilka razy nosem, po czym starł spod niego jakiś ceglastoczerwony pył.

- No proszę! - powiedział. - Jackson Harris! Co cię sprowadza do mojego kramu?

- Quentin. - odparł Harris. - Masz w tym swoim "kramie" jakieś fajerwerki?

- Zobaczy się.

Quentin ściągnął fragment materiału, odkrywając część swego towaru. W jego skład wchodziła duża paczka Czerwonego Piasku, skrzynka dynamitu, dwa kanistry paliwa... I coś, co przypominało kilka złożonych w kancik, skórzanych kaftanów bezpieczeństwa. Jeleń skoczył do tego całego sprzętu i zaczął grzebać w poszukiwaniu tego konkretnego towaru.

- A propos, na co ci one? - spytał, na chwilę wystawiwszy głowę z "kramu".

- Zaimponować dziewczynie.

- Mówisz.

Quentin wrócił do przeszukiwania auta, zastanawiając się nad podwyższeniem ceny. Znacznym podwyższeniem.

Wtem Harrisa ktoś złapał i zaciągnął pod ścianę.

- Co do...! - nie dokończył, gdyż zobaczył, kto go przygwoździł. Mianowicie Rick i Heidi.

- Ciszej, Harris! Albo nas złapie.

- O czym wy gadacie? I czemu nie ma was przy Jinie? - spytała Kolczatka.

- Bo wiem już, od kogo kupujesz fajerwerki. - odparła Heidi, przyglądając się wciąż siedzącemu w samochodzie Jeleniowi.

- Co z nim nie tak?

- Spójrz, co ma na pace.

- Widzę. I co z... - spojrzał na złożoną skórę leżącą na skrzynce, a potem na Łanię. I tak jeszcze ze trzy razy. - Ooo... Już rozumiem.

- Zrobił mi nawet jeden na miarę... - powiedziała z zażenowaniem dziewczyna. - możemy już o tym nie mówić, proszę?

- Nie obiecuję, bo przez ciebie teraz o tym myślę. - odparła Kolczatka.

Nagle z paki wyskoczył Quentin, trzymając w rękach skrzynkę podpisaną jako sztuczne ognie.

- Mam je! Będzie gotówka czy... - przerwał, zobaczywszy towarzystwo. - Ooo! Witaj Heidi! Dawno cię nie widziałem. Teskniłaś?

- Pewnie! - odparła. - Chętnie znów machnę ci po twarzy nożyczkami.

Faktycznie, jeśli bliżej mu się przyjrzeć, to Jeleń miał pod lewym okiem bliznę sięgającą aż do nosa.

- Poważnie, kotku? - spytał, patrząc się na Łanię sadystycznie, a zarazem uwodzicielsko. - Jeśli ze mną pójdziesz, może ci pozwolę coś mi zrobić.

Po plecach Heidi przeszedł zimny dreszcz. Nie chciała mieć z Quentinem nic wspólnego.

- Zapomnij, psycholu! - wysyczała w jego stronę. 

Jeleń postawił skrzynkę na ziemię, po czym odwrócił się do trójki plecami. Wyciągnął z kieszeni saszetkę z Czerwonym Piaskiem i wysypał jej zawartość na rękę, od łokcia do nadgarstka. Wziął lekki oddech, po czym wciągnął nosem cały proszek, jaki miał na sobie. Zażywszy narkotyk, wyciągnął z paki trzy rolki taśmy klejącej i wrócił wzrokiem do dziewczyny. 

- Nie pamiętasz, kotku? Mnie sie NIE ODMAWIA. I Nie obchodzi mnie to, że jesteś z obstawą. Jak Quentin czegoś chce, to Quentin to dostaje. A teraz... - wykonał Rzut na Ricku i Harrisie, po czym podszedł i ogłuszył Łanię. - Quentin chce CIEBIE.

Korzystając z okazji, Jeleń związał ręce i nogi dziewczyny, i zakleił jej pyszczek. Chwycił ją i wsadził na pakę, po czym sam wsiadł do samochodu i ruszył z kopyta.

- Heidi!! - krzyknął Rick, ocknąwszy się. - Harris, z kim ty robisz interesy?!

- Skąd miałem wiedzieć, że typ ma coś nie tak z cabezą?

- A powinieneś! 

- Łoł, spokojnie, Rick. 

- Spokojnie? Spokojnie?! - Jeż przygwoździł Harrisa do ściany. Jego blizny i cyber-oko świeciły czerwono-pomarańczowym światłem, a futro zaczęło ciemnieć. - Jakiś niestabilny ćpun porwał moją dziewczynę! Jak mam się uspokoić?!

- Wszystko z tobą w porządku? 

- A jak sądzisz?

Rick odszedł od Kolczatki, po czym spojrzał na ślady opon. 

- Pomogę ci ją znaleźć. - powiedział Harris. 

- Nie. - odmówił stanowczo Jeż. - To sprawa osobista. Ty leć do Sanktuarium, zdobądź dziewczynę. Ja w tym czasie ocalę swoją. 

Chłopak wskoczył na Extreme Gear i poleciał wzdłuż śladów. 

- Ten cały Quentin zadarł nie z tym Jeżem, co trzeba. 

Rozdział 5: Dama w opałachEdytuj

Quentin zatrzymał się pod dużym budynkiem, który dawniej pełnił funkcję fabryki. Jeleń wysiadł z auta, po czym ściągnął z paki mierzącą około 1,10 m drewnianą skrzynię, której zawartość zaczęła się wiercić. Uderzył w nią z całej siły, ale tak, by nie uszkodzić wieka. Skrzynia gwałtownie ucichła. Q uśmiechnął się złowieszczo, po czym wszedł do fabryki.


Do stołówki, w której przebywali Wera, Jina i jej rodzice, wpadł jak poparzony Harris. Wszyscy aż podskoczyli, słysząc nagłe trzaśnięcie drzwiami

- Harris! - zawołała Jina. - Co jest? Gdzie Rick? 

- Nie ma czasu! - powiedział, próbując złapać oddech. - Rick... Heidi porwana... Potrzebna pomoc...

- Powoli, chłopcze. Spokojnie. - próbował go uspokoić Elijah, podając Kolczatce wodę. - Powiedz nam dokładnie, co i gdzie zaszło. 

Napiwszy się, Harris wytłumaczył wszystkim sytuację, pomijając oczywiście kwestię fajerwerków. To miała być niespodzianka i niespodzianką miało pozostać. 

- Więc, jeśli dobrze zrozumiałam... - zaczęła Wera. - Heidi porwał jakiś sadomasochistyczny świr uzależniony od Czerwonego Piasku, który prawdopodobnie jest jej byłym, a Rick chce o własnych siłach ją ocalić, tak?

- Wow! - rzuciła Kolczatka. - Po pierwsze: tak. Po drugie: jak to zrobiłaś? 

- Dobra pamięć. 

- To co robimy? - spytała Jina. 

- Chyba wiem. - odparła Lisica. - Będą nam potrzebne liny z hakiem, stroje maskujące i noktowizory...


Rick wyhamował tuż przy samochodzie Quentina. Na szczęście ciągnęło od niego prochami na milę, więc nie łatwo było zgubić trop.

- Nieźle się urządził, handlarzyna z bożej łaski. - zawarczał Jeż. Jego blizny wciąż emanowały czerwienią. Wyciągnął Ostrza z uprzęży i wbił je w ścianę, po czym zaczął się po niej wspinać. 

Kiedy był już na dachu, zajrzał przez świetlik do wnętrza fabryki. Wewnątrz stała wielka kadź, wewnątrz której mieszana była jakaś gęsta czarna ciecz. Z pomieszczenia nad kadzią wyszła rogata postać, identyczna do Quentina. Gdyby Rick mógł w gniewie podpalać samym tylko wzrokiem, po Jeleniu nie zostałby nawet popiół. 

Jeż podszedł do szybu wentylacyjnego, rozwalił kratkę i wczołgał się do środka.

Wtem na dole pojawił się niebiesko-zielony portal, z którego wyszli Harris, Jina i Wera ubrani w czarne kombinezony, z noktowizorami na czołach. 

- Dobra. - powiedziała Lisica. - Tak jak ustaliliśmy: Harris, odetniesz zasilanie.

- Tajest!

- Jina. - zwróciła się do Jeżycy. - Ty stoisz na dachu i dasz nam znać, jak coś będzie się działo. 

- O tak!

- Ja zajmę się Quentinem. Dobra, jedziemy z tym koksem.

Harris pobiegł na tyły i powyłączał po kolei światła i monitoring. Korzystając z okazji, podszedł do pickupa Jelenia i spuścił mu paliwo, coby za szybko nie uciekł. 

¡Bueno! 


Tymczasem Jina wspięła się na dach. Uśmiechnęła się, ujrzawszy kompletną ciemność wewnątrz budynku. Uśmiech zszedł jej z pyszczka, gdy zobaczyła wygiętą kratkę wentylacyjną.

- Będzie ciekawie... - westchnęła.


Rick wyskoczył z szybu wentylacyjnego i powoli opadł na podłogę, połyskując na niebiesko. Zdziwiła go ta nagła przerwa w dostawie prądu. A że nie chciał się o nic i nikogo potknąć, włączył noktowizję. Cyber-oko Jeża zmieniło kolor z niebieskiego na zielony, wciąż pozostawiając źrenicę białą. Blizny nie świeciły już od kilku minut, co zredukowało prawdopodobieństwo wykrycia do minimum. 

Już miał wyjść na górę, by rozprawic się z Quentinem, kiedy nagle usłyszał dźwięk kroków. Stanął przy ścianie. Kiedy tylko tajemniczy osobnik podszedł wystarczająco blisko, Rick wyciągnął jedno Ostrze i zbliżył je temu komuś do gardła. 

- Rick! 

- Wera? - spytał Jeż, zauważywszy, kogo omal nie zabił. - Co tu robisz? 

- Powiem, jeśli najpierw schowasz miecz. - odpowiedziała Lisica, której przyłożenie zimnej debrisjańskiej stali do szyi podniosło adrenalinę. - Proszę?

- OK. Przepraszam.

Rick schował Ostrze do uprzęży.

- Harris się wygadał? - spytał.

- Tak. - odpowiedziała Wera. - Słuchaj, wiem, że nienawidzisz Quentina za to, co zrobił Heidi, wliczając jeszcze to z dzisiaj i to, co prawdopodobnie ma zamiar zrobić...

- To ma mi pomóc?

- ALE! Nie powinieneś robić tego samemu.

- No dobra... - westchnął Rick. - Ale mogę mu wklepać, gdy nadarzy się okazja?

Lisica zaśmiała się po cichu.

- Dobrze, tylko bez przesady.

Wtem w słuchawce Wery zabrzmiał głos Jiny:

- Wera, jesteś?

- Jestem. - Lisica spojrzała na świetlik, zza którego machała Jeżyca. Odmachała jej. - O co chodzi?

- O to, że ktoś się do was zbliża i to na pewno nie jest ani Heidi, ani Harris. Lepiej się ukryjcie.

Lisica ukryła się w cieniu, a Rick wspiął się na stalową belkę wiszącą nad kadzią. Pociągnął kilka razy nosem.

- Lateks. - wyszeptał do siebie.

Kroki stały się głośniejsze. W parze z nimi szło światło latarki. Niemalże sięgało ono Lisicy. Nagle latarka wypadła "stróżowi" z rąk.

- No żesz do jasnej...! - zawarczał Quentin, któremu przez niedobór prochów trzęsły się ręce. Podniósł latarkę z podłogi. - Dlaczego ten Czerwony Piasek musi działać tak krótko? Nie fair...

Q szedł dalej przez halę, by w końcu opuścić fabrykę przez frontowe drzwi. Upewniwszy się, że Jeleń poszedł, Rick zeskoczył z belki na podłogę.

- Dzięki Ei, poszedł... - powiedziała Wera, skończywszy się modlić. - Rick, byłeś nad tą kadzią. Co w niej jest?

- Ciekły lateks. - odparł Jeż, po czym spojrzał na pomieszczenie nad nimi. - Możesz się gdzieś przyczaić?

- Jasne.

Rick wykonał Skok Biotyczny na mostek do pokoju. Skrócił sobie w ten sposób drogę i zaznaczył swoją obecność. Wiedział, że Heidi, jako biotyczka, wyczuje wytworzone przez niego pole efektu masy.

Wszedłszy do pokoju, Jeż ujrzał coś, co oficjalnie podchodziło pod "loszek", z tą różnicą, że tego typu pomieszczenia zwykle mieściły się w piwnicach domów. Pomimo tego małego szczegółu, wszystko się zgadzało: pomalowane na czerwono ściany, komoda ze skórzanymi ubraniami, różnego rodzaju i długości liny wiszące na hakach, kuferek podpisany jako "zabawki" oraz jakieś maści o zapachu czekolady.

- Matko... Ten gość jest na serio rąbnięty! - powiedział do siebie Rick, patrząc na cały ten sprzęt.

Nagle dobiegł go przytłumiony krzyk dobiegający zza drzwi prowadzących do sąsiedniego pokoju. Wiedziony tym dźwiękiem, podszedł i zajrzał do pokoju. Ten był znacznie mniejszy, lecz było w nim wystarczająco dużo miejsca dla kilku osób. Jeśli chodzi o meble, to stało tam podwójne hebanowe łóżko z czerwoną pościelą, dwie etażerki z tego samego drewna i toaletka. Na środku wisiała do góry nogami porwana Heidi, ubrana w ciasny kaftan bezpieczeństwa na całe ciało, pokryty wieloma czarnymi pasami jeszcze bardziej go zacieśniającymi. Na głowie Łania miała maskę odkrywającą tylko oczy, uszy i nosek. Nie mogła przez nią wydobywać innych dźwięków oprócz przytłumionych pomruków.

- Heidi! - krzyknął Rick, po czym podbiegł do dziewczyny. Zdjął kneblującą ją maskę. - Dzięki Chaosowi, nic ci nie jest!

- Rick... - wydusiła z siebie Heidi. Nie miała na nic siły przez ciagłe miotanie się w nadziei, że zdoła się uwolnić.

- Jeśli tylko coś ci zrobił...

- Nie... Nic nie zaszło...

Poczuwszy ulgę, Jeż wyciągnął miecz. Wziął zamach i przeciął trzymającą Łanię pod sufitem linę. Heidi, trzymana biotycznie przez Ricka, delikatnie opadła na podłogę.

- Wiesz, że nie pozwolę cię skrzywdzić... - wyszeptał chłopak. Łania uśmiechnęła się do niego ciepło. - Dobrze, zajmijmy się tymi więzami.

Nagle Heidi zobaczyła kogoś za Rickiem. Chciała go ostrzec, lecz z jakiegoś powodu nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa. Tym razem powodem nie było zmęczenie, tylko przerażenie.

Rozdział 6: ZemstaEdytuj

- Heidi...?

- Ach! Włamywacz! - usłyszał zza siebie Jeż. Odwrócił się i ujrzał Quentina, który, korzystając z nieuwagi, wyciągnął jedno z Ostrzy.

Wziął zamach, lecz Rick zablokował cios.

- Ach! Zaćpany biczownik!

- Przerywasz mi sesję, Gocie! - warknął Quentin, po czym dał Jeżowi z kopyta w brzuch, odpychając go na ścianę. Podniósł maskę i ponownie zakneblował nią Łanię.

- Porywasz mi dziewczynę, zboku! - odwarknął Rick, dość szybko się ocknąwszy.

Chłopak pobiegł z mieczem na Jelenia, lecz ten w ostatniej chwili odskoczył.

- De ja vu... - rzucił w przestrzeń, po czym wykonał kilka cięć skierowanych na Quentina. Ten odparował je równie szybko.

- Tylko na tyle cię stać? - zadrwił Jeleń. - Nic mi nie zrobisz!

- Zakład?

Walka przeniosła się do magazynu, a po chwili do hali. Quentin przeskoczył z mostu na belkę. Rick podążał za nim. Z każdym ciosem pojedynek stawał się coraz brutalniejszy.

W pewnym momencie Jeleń zacisnął wolną dłoń w pięść i z całej siły strzelił Jeża w twarz. Cios był tak silny, że uszkodził mu wizjer - soczewka pękła w dwóch miejscach, a górna powieka odpadła i poleciała do kadzi pod walczącymi chłopakami. Rick stracił równowagę. Wylądowałby w lateksie, gdyby wcześniej nie złapał się belki.

- Jakie to smutne. - powiedział Quentin. - Kompletnie ślepy na jedno oko, permamentnie oszpecony i zupełnie bezbronny Jeż. Na MOJEJ łasce!

Nagle z cienia wyskoczyła Wera, chcąc skopać Jelenia. Ten uchylił się przed ciosem i złapał Lisicę, mocno trzymając jej ręce za plecami. 

- Jeszcze jedna osoba do zabawy! - zaśmiał się maniakalnie. 

- Puszczaj!! - warknęła Wera, próbując się uwolnić. 

- Przecież wtedy nie będzie tak fajnie jak teraz.

- Ty na serio jesteś nienormalny!

- A mówiłem, że sam to załatwię? - przewrócił oczami wciąż wiszący na jednej ręce Rick. 

Wtem na halę wbiła przez świetlik Jina. W tym samym momencie w ścianie pojawiła się dziura, z której wyszedł Harris, rozruszając kark.

- Komu wtłuc? - spytał retorycznie. 

- Coś straszny tłok się tu robi. - rzucił Quentin, który jakimś cudem zdołał w tak krótkim czasie zmumifikować Werę taśmą izolacyjną. Rzucił nią w stronę Jeżycy i Kolczatki. - Łapcie! Miejcie jakieś zajęcie. 

Harris natychmiast zareagował i skoczył po Lisicę.

- O, cześć. - powiedział. 

- Mhmmh (cześć). - odpowiedziała przez taśmę dziewczyna. 

Kolczatka położyła Werę na podłodze. Tutaj dołączyła Jina i razem pozbywali się z niej taśmy.

- No. - powiedział Quentin, wróciwszy do Ricka. - A co do ciebie... Gdzie ty polazłeś?

- Za tobą! - zawołała do Jelenia Jina.

- Myślisz, skarbie, że się na to nabiorę?

- Jak sobie chcesz, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam.

- Quentin. - usłyszał zza siebie swoje imię z mocno mechanicznym akcentem. 

Jeleń odwrócił się powoli i omal nie dostał zawału. Stał przed nim Rick, ktorego futro mocno pociemniało i wyglądało jak pordzewiałe, a uszkodzony wizjer i blizny płonęły czerwono-pomarańczowym światłem. Q stał tylko przed nim. Nie śmiał nawet mrugnąć, taki był przerażony.

- Toś się wkopał, Q! - zaśmiał się Harris.

Rick wyrwał Quentinowi Ostrze z ręki i schował go do uprzęży. Potem chwycił samego Quentina za kołnierz i podniósł na wysokość oczu.

- H-hej. - zająkał się Jeleń. - To miał być tylko taki żarcik. N-nie znasz się na żartach? 

- Porywasz moją dziewczynę, znęcasz się nad nią psychicznie i poniżasz, i próbujesz zabić mnie moim własnym mieczem. - wyliczył Jeż. - Masz naprawdę chore poczucie humoru. 

Rick chwycił go za szyję, co spowodowało szamotanie się Quentina. 

- Rick! - zawołała już uwolniona Wera. - Nie duś go! Nie jest tego wart. Heidi nie chciałaby jego śmierci,  prawda? 

Usłyszawszy ostatnie słowa Lisicy, Jeż zwolnił uścisk. Jeleń upadł na belkę, łapczywie wdychać powietrze. Blizny Ricka powoli gasły. Uspokoił się wystarczająco, by jego sumienie znów zaczęło funkcjonować. Pamiętał jednak, że może nieco sponiewierać Quentina, więc pozwolił sobie na kopa z glana w pysk. Jeleń poleciał z belki, zahaczył porożem o kadź i wylądował na podłodze. Podniósłszy się, ujrzał Jinę, Harrisa i Werę stojących nad nim. Q uśmiechnął się głupkowato.

- A uśmiech ten wieńczy poroże tylko z jednej strony głowy. - zaśmiała się Jeżyca. 

- C-co? - Q obmacał głowę. Faktycznie, jego lewy róg wisiał na krawędzi kadzi. - Nie no...

- Ściągniesz sobie z ubezpieczenia. - odpowiedział beznamiętnie Harris. 


W czasie gdy trójka zajmowała się Jeleniem, Rick wrócił na most, a  po chwili wszedł do pokoju. Przeszedłszy przez magazyn, ujrzał Heidi leżącą pod ścianą i co jakiś czas próbując się uwolnić. Dziewczyna usłyszała kroki Jeża i uśmiechnęła się pod maską. Rick ściągnął jej z głowy maskę, chwycił w ramiona i pocałował w nosek. 

- Co się tam stało...? - spytała cicho chłopaka, gdy usiadł na łóżku z nią na kolanach. Wiedziała, że walka była ciężka, bo zobaczyła jego oko.

- Stracił trochę rogów i na pewno nic więcej ci nie zrobi. - odpowiedział, przytulając Łanię. Ta oparła głowę o jego ramię i po chwili zasnęła z uśmiechem. 


Brama, wielka metalowa konstrukcja w kształcie łuku, zaiskrzyła na niebiesko. Elijah i Synthia spojrzeli w jej kierunku. Po chwili nastąpił błysk połączony z podmuchem wiatru. Kiedy otworzyli oczy, zobaczyli trójkę osób wychodzących z powstałego portalu. Elijah ukłonił się lekko, ujrzawszy w tej trójce Werę. Lisica zrobiła to samo.

- A gdzie Rick i Heidi? - spytała Synthia, widząc przed sobą tylko Jinę, Harrisa i Werę.

- Oni za niedługo przyjdą. - odpowiedziała Kolczatka, ściągając z głowy noktowizor.

- Dobrze, chodźmy już. - powiedział Elijah, po czym poprowadził wszystkich na stołówkę.

Kiedy wszyscy wyszli, Brama otwarła się ponownie. Wyszedł z niej Rick, trzymając w rękach dalej śpiącą i dalej skrępowaną Heidi, przykrytą jego trenczem. Musiał na jakiś czas ukryć rozwalony wizjer. Z tego też powodu miał założony nań szeroki skórzany pas, który znalazł jeszcze w fabryce. 

- Już jesteśmy. - wyszeptał Łani do ucha. Ta tylko zamruczała cicho i otarła się o chłopaka. - Mam wrażenie, że ci się to podoba...

Wtem do pomieszczenia wszedł Seth z tabletem w jednej ręce i kubkiem kakao w drugiej. 

- O, hej Clar--

- Cii... - uciszył go Jeż. - Heidi śpi. 

- Aha, OK. - Lis spojrzał na śpiącą Łanię. - Czy ona ma na sobie to, co myślę, że na sobie ma?

- Powiedzmy. 

- Kumam, nie wnikam. Idźcie już, zajmijcie się sobą.

Rick skinął na Lisa, po czym wyszedł na korytarz. Przedtem jednak usłyszał coś, co przypominało krzyk ptaka dobiegający z tabletu Setha.


Heidi obudziła się w swoim łóżku. Obok niej siedział Rick i obserwował ją z uśmiechem.

- Hej, Rick. - przywitała się z chłopakiem. Chciała wyciągnąć w jego stronę rękę, lecz nie mogła się w ogóle ruszyć. Spojrzała po sobie. Cały czas była ubrana w kaftan, zniknęło tylko kilka pasów. - Um... Rick, czemu wciąż mam to na sobie?

- Nie miałem serca cię obudzić. - odpowiedział, podchodząc do Łani. - Wyglądałaś tak słodko, kiedy spałaś.

- "Tak" czy tak jak zwykle?

- Chyba to i to. - zaśmiał się po cichu Jeż, po czym usiadł koło Heidi, którą posadził obok siebie. - Dobrze... Zajmijmy się tymi więzami.

Łania odwróciła się do chłopaka plecami, ukazując klamry wiążących ją pasów. Rick zabrał się za pierwszy od dołu.

- Wiesz, że mówisz przez sen? - spytał.

- Tak? I czego się dowiedziałeś?

- Niewiele. Przez większość snu tylko mruczałaś. Definitywnie z zadowolenia.

- Och... - Heidi lekko się zaurmieniła.

Środkowy pasek był trudniejszy do odpięcia - im dłużej się z nim siłowało, tym mocniej się zaciskał, powodując nacisk na klatkę piersiową. Niespodziewanie Rick pociągnął zań nieco za mocno.

- Ach! - jęknęła dziewczyna, oblewając sie rumieńcem. Serce zaczęło bić znacznie szybciej. Wygięła się sugestywnie.

- Heidi, wszystko OK? - spytał Jeż, udając, że nie zna odpowiedzi. 

- T-tak... - powiedziała drżącym głosem Łania. - Możesz to... poluzować...?

- Nie obiecuję, że mi się uda.

Rick pokombinował trochę przy klamrze i zamiast zaciskać się coraz mocniej, pas w końcu puścił. Heidi odetchnęła głęboko. 

- A więc jednak! - powiedział chłopak. 

- Co? 

- Podoba ci się to.

- C-co? Skąd ci to przyszło do głowy? - spytała Heidi. 

- Widzę twoje reakcje. - odparł, całując ją za uchem, co spowodowało urocze nim "trzepnięcie". - Co ciekawe, nie zauważyłem ich w jego fabryce.

- To... zależy...

- Od? 

- Od... drugiej osoby. 

- Zapamiętam to sobie, skarbie. - uśmiechnął się Rick, ściągając szybko kolejne pasy. - Chyba to zatrzymam, co ty na to?

- Jeśli chcesz... - po plecach Heidi przeszedł przyjemny dreszcz. 

Minęło kilka minut. Rick rozpiął już wszystkie pasy, wziął się więc za sam kaftan. Rozwiązał mocny węzeł na plecach. Pomógł Heidi wyjść z "ubrania", zauważając przy okazji, że nie miała na sobie prawie nic. Dziewczyna wstała z łóżka i podeszła do szafki na ubrania. 

- Mógłbyś... - zasugerowała.

- A, tak.

Jeż odwrócił się do Łani plecami, podczas gdy ta założyła na siebie swój zimowy strój. Kiedy już się ogarnęła, chwyciła Ricka za rękę, po czym oboje wyszli z pokoju.

Rozdział 7: PrzejścieEdytuj

Synthia zaprowadziła Jinę na lądowisko. Razem z nimi poszli Elijah, Rick, Heidi, Wera i Harris. 

- Co się dzieje? - spytała Jeżyca matkę.

- Zobaczysz. - odparła, puszczając Rickowi i Heidi oczko. 

Jeż poklepał Harrisa po ramieniu. Ten po chwili wyszedł na środek. 

- Chciałem urządzić mały... pokaz fajerwerków. - powiedział, wyciągnąwszy z kieszeni mały, cylindryczny detonator. - Chciałabym w ten sposób pokazać pewnej osobie... co do niej czuję. Jina, señorita... To dla ciebie. 

Kolczatka nacisnęła detonator. W jednej sekundzie ku niebu poleciały dziesiątki rakiet, które eksplodowały, tworząc różnorakie kolorowe wzory. Ten pokaz trwał raptem kilka minut, lecz na wszystkich robił wielkie wrażenie, zwłaszcza na Jinie. Zwieńczeniem tego wszystkiego był złoty napis "Jina" otoczony małymi gwiazdkami i serduszkami. Widząc to, Heidi lekko szturchnęła Ricka w ramię. Odpowiedział jej tym samym.

- Jax... - powiedziała Jeżyca, podchodząc do Harrisa. - To... naprawdę dla mnie?

Si, señorita. Chciałem się przyznać wcześniej, ale--

Nie dokończył, gdyż Jina zamknęła mu usta swoimi. Rick i Heidi przybili żółwika, a Synthia objęła ich z uśmiechem. 

- Wow! - powiedział Harris, uwolniwszy się z uścisku dziewczyny. 

- I jak było? - spytała Jeżyca, krzyżując ręce za karkiem Kolczatki. - Wiesz... To mój pierwszy raz. 

- Wow... To było po prostu... Wow!

- Heh. Czyli nie aż tak źle. 

Harris i Jina wtulili się w siebie, podczas gdy na niebie gasły ostatnie fajerwerki. Wera stworzyła nad nimi miniaturową białą gwiazdę, która przy okazji ich ogrzewała.

- Jak oni pięknie razem wyglądają. - powiedziała Synthia, przyglądając się parce.

- Tak. - odparł Elijah, po czym zwrócił się do córki. - Może wejdźcie do środka? Z każdą minutą robi się zimniej.

- Coś może być na rzeczy. - stwierdziła Jina, próbując uwolnić Harrisa z jej własnego ucisku. - Chyba właśnie przymarzły mi ręce.

Kolczatka podniosła Jeżycę ponad siebie i opuściła, uwalniając siebie i ją.

- Służę pomocą. - powiedział, odłączając dziewczynie lewą dłoń.

- Dzięki. - uśmiechnęła się nieśmiało.

Wtem na lądowisko zleciał na skrzydłach Seth. Wylądowawszy, podbiegł do Elijah i Synthii.

- Szefie! Wera! Gotowe! - wydyszał.

- Co gotowe? - spytała Lisica.

- Brama! Uwolniliśmy jej pełen potencjał. - wytłumaczył, nie ukrywając ekscytacji.

- Naprawdę? - spytał Eli, chwytając żonę za ręce. - Synthio, słyszałaś?

- Tak, Eli. - Synthia przytuliła czarnego Jeża.

- Więc... - Jeż zwrócił się do Wery. - Co nam polecisz?

- Ja? - spytała Wera. - Coż... W takim wypadku... Niech wszyscy, którzy chcą iść, niech się przygotują.

- Tak jest. - odpowiedzieli wszyscy razem, po czym rozeszli się do swoich kwater.


Elijah wszedł z Synthią do ich pokoju. Cały czas milczał. Oparł się o szafę.

- Eli, wszystko w porządku? - spytała Jeżyca.

- Nie jestem pewien... - odpowiedział. - Minęło 18 tutejszych lat, odkąd opuściliśmy Debris. Kiedy już tam będziemy... Nie wiem, czy zdołam się przyzwyczaić do tych wszystkich zmian, jakie tam zaszły.

- Och, Eli... - Synthia przytuliła męża. - Nie musisz się o to martwić. Wiesz przecież, że tu czas płynie szybciej niż tam... Właściwie na Debris minęły tylko niecałe trzy lata. Nie mogło się tam wiele zmienić.

- Może i masz rację, Synthio. Dziękuję. - powiedział Elijah, rownież przytulając Jeżycę. Po chwili odwrócił się od niej i powoli otworzył szafę. - Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś to założę.

Na ścianie szafy wisiał jasnoszary płaszcz z odznakami kapitana Armii Królewskiej wyszytymi na kołnierzu. Pod nim leżała złożona niebieska szarfa, czarne jak smoła wysokie buty z metalowymi nakolannikami i równie czarne rękawice.

Po kilku minutach przed Synthią stał już w pełni odziany kapitan debrisjańskiego wojska. Długie czarne kolce zasłaniały jego chroniący szyję kołnierz. Na szarfę założył jeszcze wąski, lecz mocny, czarny skórzany pas. Po lewej stronie zwisała z niego pochwa z długim mieczem, po prawej zaś - kabura z pistoletem.

- I jak? - spytał Elijah.

- Właśnie za takiego ciebie wyszłam. - odpowiedziała Jeżyca, objąwszy go za szyję.


Bliźniaki szły w towarzystwie swoich drugich połówek w stronę Bramy.

- Jeśli już mamy ruszyć na nieznany nam teren, to przydałby się jakiś środek transportu. - oznajmił Harris, trzymając Jinę za rękę.

- To znaczy?

- Nam pewnego gościa, który zajmuje się pojazdami militarnymi.

- A ma jakieś "odchylenia" psychiczne? - spytał Rick.

- Pali nałogowo cygara. Poza tym jest czysty.

- Masz całkiem nieźle rozwinięte kontakty. - stwierdziła Heidi. 

- Co nie?

- A masz chociaż jak zapłacić? - spytał Jeż. 

- Spoko. Koleś ma u mnie dług. - uspokoiła ich Kolczatka. 

- Oby był wystarczająco duży. 

Harris wszedł do pokoju kontrolnego, w którym siedział, a raczej spał przy klawiaturze, Ben. Obok niego stała już dawno zastygła kawa.

- Ben. - potrząsnęła nim Kolczatka. - Hermano, pobudka. 

Piesiec podniósł się leniwie znad klawiszy i spojrzał przekrwionymi oczami na budzącego go chłopaka. 

- C-co jest? Który mamy rok? - spytał, rozciągając mięśnie. 

- Wciąż ten sam. Co tu robisz? 

- A jak sądzisz? Bite trzy dni ślęczałem nad kalibracją Bramy. Jeszcze tylko trzeba ją rozgrzać i możecie ruszać na podbój wszechświata. 

- Rozgrzać, tak?

- Mhm.

Lis wziął łyka zimnej kawy, co zaowocowało u niego grymasem.

- Bleh! Wystygła. 

- Ben, możesz ją otworzyć? 

- Mogę. A co? 

- Potrzebuję coś sprowadzić. Coś dużego. 

Harris pokazał Benowi kartkę ze współrzędnymi. Ten przez chwilę na nią popatrzył i wklepał numery na klawiaturze. Po chwili nacisnął przełącznik. Brama zaiskrzyła i otworzyła się. 

Gracias, amigo. - podziękował Harris, po czym wyszedł z pokoju i wbiegł do portalu. 

Wrócił po niecałym kwadransie, prowadząc długą wojskową ciężarówkę z napisem "Barracks" na chłodnicy. Pakę stanowiącą prawie 3/4 długości samochodu, osłaniała płócienna płachta utrzymywana przez metalowy szkielet. 

- Niezła fura, nie? - spytał retorycznie Harris. 

Rick obszedł ciężarówkę naokoło, oglądając wszystkie detale. 

- Fakt, całkiem całkiem. - stwierdził. 

- Pewnie spala więcej paliwa niż sam waży. - skomentowała Heidi. 

Jina przyjrzała się kołom i silnikowi.

- Pancerne opony, tytanowe felgi i podwozie... Silnik V8? Jax, to prawie lekki czołg! - powiedziała zahwycona.

Do pomieszczenia weszli Wera, Elijah, Synthia i Seth. Byli lekko zaskoczeni widokiem ciężarówki. 

- Co to? - spytał czarny Jeż. 

- Barracks OL. - odpowiedział Harris, wychodząc z samochodu. 

- Widzę, tylko co on tu robi?

- Pomyślałem, że może się przydać po drugiej stronie. 

- Hmm... Dobrze myślisz, chłopcze. 

- Może i dobrze, lecz będzie mały problem. - wtrącił się Seth, po czym zajrzał pod maskę. - V8 niby jest, ale z paliwem będzie ciężko. Dajcie mi chwilę. 

Lis wyciągnął z kieszeni dwie większe wersje Baterii i wmontował je w silnik. Ten rozbłysł na niebiesko, poczuwszy przypływ czystej energii. 

- Voila! - zawołał Seth. - I możemy już ruszać. 

- Ty też jedziesz? - spytała Heidi. 

- Przyda się wam wsparcie inżynieryjne i energetyczne. Przy okazji może zdobędę info o technologii tych całych Najeźdźców.

- W porządku. - oznajmił Elijah, poprawiając kołnierz. - Niech wszyscy wejdą do środka. Ben! Otwórz bramę!

Piesiec zasalutował, po czym, zmieniwszy współrzędne, uruchomił portal. Kiedy wszyscy wsiedli już na pakę, Harris i Eli usiedli w kokpicie. Kolczatka odpaliła wóz i ruszyła na Bramę. Całe pomieszczenie ogarnął oślepiający błysk. Gdy natężenie światła wróciło do normy, samochodu już nie było.

- I to by było na tylę, proszę państwa. - powiedział Ben, po czym ruszył do swojego pokoju, by przespać się w swoim własnym łóżku i nie czuć potem przeszywającego bólu pleców.

Rozdział 8: Pustkowia Miliona ŚwiatełEdytuj

Barracks razem z całą jego załogą, znalazł się w kompletnych ciemnościach. Harris włączył dalekie światła. Okazało się, że byli w jakimś tunelu, którego końca nie dało się zobaczyć. Samochód powoli ruszył wzdłuż niego.

- Muszę przyznać, Harris, że znalazłeś ciekawy sposób, by zaimponować Jinie. - powiedział Elijah do Kolczatki. - Jestem pod wrażeniem.

- Naprawdę, señor Clarke?

- Oczywiście. Tylko dwa razy widziałem taką reakcję: jeden raz podczas twojego pokazu i drugi, kiedy oświadczyłem się Synthii. - zaśmiał się pod nosem Jeż, przypominając sobie swoje oświadczyny.

- Dziękuję. Próbowałem trafić w jej gusta i najwyraźniej był to strzał w dziesiątkę.

Elijah i Harris milczeli przez kilka minut z powodu braku tematu. W końcu jednak starszy Jeż zabrał głos. 

- Patrzysz na mój mundur, mam rację? - spytał. 

- Tak... Ciekawe połączenie płaszczu i szarfy.

- Tak ubierali się na Debris oficerowie. Można powiedzieć, że to strój ceremonialny. 

- A mimo to nosi go pan częściej niż powinien?

- Można tak to ująć. Być może to jedyny jeszcze używany egzemplarz. 

Nagle Harris ujrzał na horyzoncie światło dzienne. Uśmiechnął się i dodał gazu. 

Tymczasem na tyłach ciężarówki panowała względna cisza, przerywana od czasu do czasu przez Setha składającego Baterię wewnątrz swojego plecaka. 

- Kolejna Bateria, Seth? - spytała Jina.

Błękitny Lis przytaknął, nie odrywając wzroku od swojej pracy. Jeżyca przewróciła oczami, po czym zwróciła się w stronę Wery. 

- Wera, mogę cię o coś spytać? 

- Pewnie. Pytaj. 

- Jak to jest być dziedziczką tronu?

- W danej chwili to tak, jakbym nią nie była. - odpowiedziała Lisica, wzruszając barkami. - Chociaż jak myślę o tym wszystkim, co będę musiała zrobić, będąc już w pełni królową... Myślę, że to może mnie przerosnąć...

- Nie możesz się martwić na zapas, Wero... - usłyszała.

- Kto to powiedział? - spytała Jina.

- Ja tam nic nie słyszałem. - rzucił Seth, ni to do siebie, ni to do niej

Z kieszeni księżniczki wyleciał świecący na biało ptak. Usiadł jej na ramieniu. Dziewczyna pogłaskała go po piórach.

- Fajny ptak. - pochwaliła Jeżyca.

- Nazywa się Flash. - powiedziała Wera. - Jest moją strażniczką i przyjaciółką.

- Jedyny w swoim rodzaju Świetlisty Feniks. - oznajmiła Synthia, przyglądając się Flash. 

- Nie jest aby za mała na strażniczkę? - spytała Jina, nie ukrywając zwątpienia. 

- Wierz mi, Jina. Zwykle jest znacznie większa. Mniej więcej wielkości tego auta. - wyjaśniła Lisica. 

- Aha... - odpowiedziała Jeżyca. - Ma jeszcze jakieś ciekawe moce?

- Jest nieśmiertelna i umie mówić.

- Naprawdę?

- Nie słyszałaś, co do mnie powiedziała?

- To była ona? - zdziwiła się dziewczyna.

- Słyszą mnie tylko rodowici Debrisjanie. - wytłumaczyła się Flash.

Jina wyglądała na lekko skołowaną.

- Dobra, to chyba za dużo wrażeń na dzisiaj jak dla mnie.

Nagle poczuła ciepły uścisk ze strony matki. Synthia uśmiechnęła się do Jeżycy.

- Może lepiej będzie jak się prześpisz? - zasugerowała. - Nie wiadomo, ile czasu zajmie nam dotarcie, a przy okazji wszystko sobie na spokojnie przemyślisz.

- Dobrze mamo. - odpowiedziała Jina, po czym odwróciła się na bok i spróbowała zasnąć. Nie trwało to długo, była wystarczająco zmęczona, by w kilka sekund paść na deski.

W międzyczasie ze snu wybudził się Rick trzymający na kolanach Heidi. Ta rownież się obudziła. Spojrzeli na siebie, po czym potarli się noskami na dzień dobry. Jeż wciąż miał uszkodzony wizjer, zasłonięty skórzanym pasem.

- Hej Seth. - zwrócił się do Lisa siedzącego naprzeciwko. - Możesz mi w czymś pomóc?

- Zależy w czym.

Seth spojrzał na Ricka, który przed chwilą zdjął pas.

- Matko! - powiedział, przeplatając irytację ze zdziwieniem. - Jak to się stało?

- Powiedzmy, że ktoś za mocno dał mi w twarz.

- Ale aż tak mocno? Daj mi chwilę.

Błękitny Lis wrócił do plecaka. Wyciągnął z niego nową parę mechanicznych powiek i soczewkę.

- Podejdź tu.

Rick posadził Łanię na swoim miejscu, po czym usiadł obok mechanika. Ten chwycił za śrubokręt i pozbył się uszkodzonych fragmentów wizjera, zastępując je nowymi.

- Mogłem wcześniej ci wcześniej zamontować te części. - oznajmił Seth. - Soczewka z utwardzanego szkła, znacznie wytrzymalsza niż ta stara.

- Dzięki. - Rick zamrugał kilka razy oczami. Soczewka zaświeciła na niebiesko, a na środku pojawiła się biała źrenica. - OK, działa. Dzięki.

- Spoko. - odparł beznamiętnie Lis, po czym wrócił do składania Baterii. Jeż w tym czasie wrócił na swoje miejsce przy Heidi.

- Uwaga, ekipo! - zawołał z kokpitu Harris. - Trzymajcie się! Chyba zaraz wyjedziemy z tego tunelu!


Po wielkiej polanie przechadzała się para dzieci - brązowy Ryś i czarna jak smoła Kotka z blond grzywką. Zbliżała się północ. Mimo to, wszystko było doskonale widać dzięki bezchmurnemu, rozgwieżdżonemu niebu. Chłopiec szedł prosto przed siebie, podczas gdy dziewczynka przeskakiwała z kamienia na kamień, nucąc przy tym jakąś piosenkę.

- Jesteś pewna, że idziemy w dobrym kierunku, Sam? - spytał Ryś, patrząc na Kotkę spod kaptura za-dużego-jak-na-niego płaszcza.

- Jasne! - odpowiedziała przyjacielowi, skoczywszy w jego stronę. Sięgnęła do kieszeni swojej skórzanej kurtki i wyciągnęła z niej nie pierwszej młodości mapę. - Zobacz. Jesteśmy gdzieśśś... o tutaj! - pokazała palcem na pusty obszar niedaleko miejsca podpisanego jako "Black Terra". - Jeśli dalej będziemy iść tą drogą, dotrzemy do miasta w jakiś... tydzień. 

- Tydzień. - powtórzył bez emocji chłopiec.

- Oj, Milo, weź się rozchmurz! - Sam przytuliła mocno Rysia. - Masz uczulenie na śmiech? 

- Duszę... się. 

- Wybacz. 

Kotka puściła Milo z uścisku. Ten upadł na kolana i zaczął łapczywie wdychać powietrze, co jakiś czas kaszląc.

- Wszystko w porządku, Milo?

- Tak... Chy-chyba tak. - Ryś podniósł się z ziemi, po czym ziewnął przeciągle.

- Chyba będziemy potrzebować jakiegoś miejsca do spania, nie? - spytała retorycznie Sam, rownież czując zmęczenie. 

Chłopiec podszedł do jednego z kamieni i przesunął go. Zasłaniał on wejście do małej norki mieszkalnej. Jedyne, co ostało się w niej po dawnych właścicielach, to drewniana ławka i stolik.

- Hej, Sam! - zawołał do Kotki. - Patrz, co znalazłem. 

Dziewczynka podeszła do Rysia i spojrzała na norkę.

- Super! - pochwaliła znalezisko przyjaciela, jednocześnie go przytulając. - To co? Wchodzimy? 

- Wchodzimy. 

Dzieciaki weszły do norki, po czym wyciągnęły koce. Sam owinęła się swoim i położyła obok Milo, dosłownie się w niego wtulając.

- Dobranoc, Sam.

- Dobranoc, Milo. - odpowiedziała Rysiowi, po czym szybko zasnęła, od czasu do czasu machając ogonkiem.

Nagle parka została brutalnie obudzona przez ryk silnika.

- Co to było? - spytała Sam, tuląc się do własnego, obecnie mocno napuszonego ze strachu ogona.

- Chyba jakiś pojazd. - odpowiedział niepewnie Milo, wychylając głowę z norki.

- Czy to...

- Raczej nie. Ich pojazdy wyglądają groźniej, a ten jest, nie wiem jak to ująć, surowszy?

Zaciekawiona słowami chłopca Kotka wyjrzała z norki. Zauważyła, że z przodu maszyny ktoś wychodzi: piaskowa Kolczatka w pomarańczowym podkoszulku i czarny Jeż z typowymi dla Lisów wąsami, ubrany w szary płaszcz przepasany niebieską szarfą. Po chwili z tyłu wyszło więcej osób: błękitny Lis z postukującym metalowo plecakiem, trójka brązowych Jeży, w tym jeden z cybernetycznym wizjerem, Łania oraz... Polarna Lisica ze świecącym na biało ptakiem siedzącym jej na ramieniu. Zauważywszy białą dziewczynę, źrenice Kotki rozszerzyły się bardziej.

- Milo, czy ty ją widzisz? - spytała przyjaciela.

- Kogo?

- Tę z ptakiem na ramieniu. To musi być ona! - odpowiedziała, wybierając z norki w stronę pojazdu.

- Sam! Czekaj! - zawołał Milo, po czym pobiegł za nią.


Elijah wyszedł z Barracksa, rozciągając mięśnie. Wziął głęboki oddech zimnego, nocnego powietrza.

- Tak. Jesteśmy na miejscu. - powiedział ni to do siebie, ni to do reszty.

- Huh, trochę tu pusto. - stwierdził Harris, zamykając za sobą drzwi.

Obaj poszli na tyły wozu, by pomóc reszcie wyjść. Pierwszy wyszedł Seth. Założył plecak i wyszedł z samochodu, nieznacznie się potykając. Następnie wyszła Jina, której zejść pomogła Kolczatka. Za nią wyszli po kolei: Rick, Heidi, Synthia i Wera z Flash na ramieniu. Brązowy Jeż przestawił się na noktowizję.

- Tylko ja widzę, jak coś się do nas zbliża? - spytał, wyciągając z kabury Rewolwer i celując w stronę zbliżających się postaci.

- Flash, możesz tam poświecić? - poprosiła Wera Feniksa. Ten wzleciał na kilka metrów, po czym zaświecił oślepiającym białym światłem i rosnąc do wielkich rozmiarów.

Flash wylądowała między księżniczką, a biegnącymi postaciami. Jak się okazało, owymi postaciami byli Milo i Sam. Zauważywszy wielkiego ptaka wręcz przed nimi wyrastającego, gwałtownie się zatrzymali, upadając jedna na drugiego.

- Wow! Na serio jest wielka. - skomentowała Jina.

- Yyy... Cześć? - przywitała się niepewnie Sam, powoli machając w stronę ptaka.

Lisica podeszła do dzieci. W międzyczasie Flash zmniejszyła się i usiadła jej na ramieniu, nie przestając intensywnie świecić. Kotka spojrzała na księżniczkę z zachwytem w oczach.

- Ła! Księżniczka Wera!

Dziewczynka wstała z ziemi i podniosła Milo. Po chwili ukłoniła się Lisicy w pas. Ryś tylko stał jak wryty, nie wiedząc, co robić.

- Wstań, proszę. - powiedziała spokojnie Wera. Kucnęła, by patrzeć Kotce w oczy. - Jak masz na imię?

- Samantha. - odpowiedziała. - Ale wszyscy mówią mi Sam.

- A twój przyjaciel? 

- J-jestem... Milo, wasza... wysokość. - przedstawił się nieśmiało Ryś, chowając oczy pod kapturem.

- Jest chorobliwie nieśmiały, księżniczko. - wytłumaczyła szeptem Sam.

Wera kiwnęła głową, lekko się krzywiąc na myśl o tytuowaniu jej per "wasza wysokość". Pogłaskała Kotkę po grzywce, na co ona odpowiedziała cichym mruczeniem.

- Gdzie idziecie? - spytała księżniczka, przestając głaskać dziewczynkę.

- Do Black Terra. - odparła Kotka, stęskniona za dotykiem dłoni Lisicy. - Wy też?

- Właściwie to tak. Jeśli chcecie, możecie się z nami zabrać.

- N-naprawdę? - oczy Sam zabłysły. Miała szansę podróżować razem z samą księżniczką Werą! Złapała i przytuliła Rysia, ściągając mu z głowy kaptur. - Milo, słyszałeś?

- Uch, tak. - odpowiedział chłopiec, tracąc powoli oddech.

Kotka puściła przyjaciela, przez co znów stracił grunt pod nogami.

- To będzie dla mnie... *ahem* dla NAS zaszczyt. - powiedziała, zgarniając Milo z ziemi. Ten przytaknął przyjaciółce, unikając przy tym kontaktu wzrokowego z Lisicą.

Wera zaśmiała się pod nosem, widząc ekscytację wręcz bijącą z oczu dziewczynki. Pogłaskała ją ponownie, po czym zaprowadziła razem z Rysiem do Barracksa.

- Poznajcie, to Sam i Milo. - przedstawiła dzieciaki Lisica.

- Cześć! - przywitała się Sam, przyglądając się ciekawsko każdemu z osobna.

Najwidoczniej wszystkim udzielił się nieustający dobry humor Kotki. Nawet Milo wyjrzał na z kaptura z lekkim uśmiechem na pyszczku.

Rozdział 9: SenEdytuj

- Dobrze. Jesteśmy już praktycznie w domu, mapę i jedziemy prosto do miasta. - wyliczyła Wera, siedząc w już od kilku minut jadącej ciężarówki. - Zapomniałam o czymś?

- Zapomniałaś wspomnieć, że każda sekunda spędzona z tobą jest najpiękniejszą chwilą mojego życia. - odpowiedziała siedząca naprzeciwko niej Sam.

- Hej, Wera, teraz masz własną fankę. - zauważyła Jina z uśmiechem na pyszczku. Przybiła żółwika z również rozbawionym bratem.

- Heh, najwyraźniej. - uśmiechnęła się Lisica. 

- Sam, właściwie gdzie są wasi rodzice? - spytała niepewnie Heidi. 

- Nie wiem. - wzruszyła barkami Kotka. - Jestem sama, odkąd miałam dwa lata. Co do Milo... Po stanie, w jakim go spotkałam, pewnie wolałby o tym nie mówić. 

- Och... - Łania położyła uszy po sobie, jednak poczuwszy na sobie chłodne ramię Ricka,  jej smutek powoli odchodził. - Przykro mi. 

- Jest spoko. - odparła dziewczynka, uśmiechając się do niej. - Ważne, że my żyjemy, prawda? 

- No... Chyba tak. 

- Podobno to dzieci są przyszłością narodu. - stwierdził Seth, przyglądając się trzymanej w dłoni Baterii. - W przypadku TEGO narodu stwierdzenie to jest jak najbardziej trafne. Szkoda tylko, że tych dzieci jest tak mało. 

- Powiedział aspołeczny inżynier, którego jedynymi przyjaciółmi są algorytmy komputerowe i Angry Birds. - zripostował Rick. 

- Wcale nie jest nas mało. - powiedziała Sam. - Mieszkałam w wiosce, w której praktycznie żyją same dzieci. 

- Heh, trochę jak Władca Much. - odpowiedziała Jina. 

- Jak kto? - spytała Kotka, przechylając na bok głowę. Wyglądała teraz co najmniej uroczo.

- Taka książka. 

Sam kiwnęła głową na znak, że rozumie. Po chwili ziewnęła przeciągle. Słysząc to, Harris zwolnił i skręcił w stronę dużej jaskini. Kiedy ciężarówka wjechała do środka, wyłączył silnik. 

- Powinniśmy odpocząć przed dalszą drogą. Mam rację, señor Clarke? - powiedział w stronę Elijah, który rownież wydawał się zmęczony. Ten tylko przytaknął. 

Grupa wysiadła z wozu i rozbiła obóz. Każda para miała po jednym namiocie: Rick spał z Heidi,  Jina z Harrisem, Eli z Synthią. Wera odstąpiła swój dzieciakom. Wzięła tylko śpiwór, który rozłożyła za namiotami reszty. Grupa powiedziała sobie "dobranoc" i poszła spać. 


Rick obudził się jakieś trzy godziny przed świtem. Leżał w swoim namiocie, wtulony z wzajemnością w Heidi. Ta wciąż jeszcze spała. Pogłaskał ją delikatnie po głowie. Łania uroczo zamruczała i trzepnęła uchem, powodując uśmiech na pyszczku chłopaka. Jeż powoli podniósł się z miejsca i wyszedł z namiotu, zostawiając w nim płaszcz.

Na zewnątrz ujrzał Werę siedzącą na masce ciężarówki, patrzącą na horyzont i głaszczącą co jakiś czas Flash po białych piórach.

- Niewiarygodne, że znów tu jesteśmy, Flash. - powiedziała. - Jest tyle do zrobienia...

- Pamiętaj, Wero, na wszystko przyjdzie pora. - odpowiedział jej Feniks.

- Wiem, Flash. Po prostu... - przerwała swoje przemyślenia, zobaczywszy Rick. - O, cześć.

- Cześć. Czemu nie śpisz? - spytał Jeż.

- Bezsenność. - odpowiedziała mu Lisica, przecierając oczy. - A ty?

- Nie mam pojęcia. - wzruszył barkami. - Miałem jakiś dziwny sen. Był w nim jakiś... czarny, wychudzony pegaz.

- Wychudzony pegaz?

- Tak. O złotej grzywie. Miał też wielkie błoniaste skrzydła.

- To mógł być Testral. - wywnioskowała Wera.

- Tes-co?

- To stworzenia podobne do koni. Często są utożsamiane ze śmiercią, bo widzą je tylko osoby, które widziały, jak ktoś umiera. - wytłumaczyła Flash.

- To dlaczego mnie się przyśnił, a nie Jinie?

- Cześć, co jest? - przywitała się brązowa Jeżyca, podchodząc do brata.

- Jina! - odskoczył od siostry chłopak. - Jak ty to robisz, że się tak skradasz?

- Geny? - zasugerowała Jina, jakby to było oczywiste, po czym zwróciła się do Lisicy. - To o czym gadacie?

- Nie przyśnił ci się aby złotogrzywy Testral? - spytała Wera.

- Tes-co?

- Pegaz-zombi. - wyjaśnił na szybko Rick.

- Aaa, było tak od razu. - Jeżyca stuknęła delikatnie brata w ramię. - Tak, widziałam takiego. Głównie z tego powodu już nie śpię.

- Jest jakiś powód tego, że mamy wspólne sny?

- Nie wiem. - wzruszyła barkami księżniczka. - Może to przez to, że jesteście bliźniakami?

- Raczej nie. To zwykle działa w kwestii odczuć fizycznych, nie snów. - stwierdziła Jina.

- To znaczy...?

- Pozwól, że zademonstruję. - powiedział Rick, po czym chwycił się za jedną z igieł z tyłu głowy i gwałtownie szarpnął, wyrywając ją. W tym momencie Jina złapała się w tym samym miejscu swojej kolczastej grzywy, z którego brat wyrwał sobie igłę.

- Au! - zasyczała. - Musiałeś akurat tę długą?

- Musiałem. - odpowiedział Jeż z rozbawieniem na pyszczku. - Hej, zawsze mogło być gorzej, nie?

- Taa... - Jina skończyła masować bolącą grzywę.

- To znaczy, że oboje czuliście, gdy ty straciłaś dłonie, a ty oko? - spytała zaciekawiona i rozbawiona sytuacją Wera.

- Raczej nie. - pokręcił głową Rick.

- Czułam wtedy jakieś swędzenie, ale to chyba nie było tego powodem. - powiedziała Jeżyca, spoglądając na wizjer brata.

Rozmowa toczona przez bliźniaki zdołała obudzić kilka osób, między innymi Heidi i Harrisa. Pierwsza wyszła Łania, starając się rozczesać długie, w tej chwili rozpuszczone włosy. Uśmiechnęła się do swojego chłopaka i vice versa. Następnym, który opuścił namiot, był Harris. Rozciągnąwszy mięśnie, Podszedł do Jiny i przejechał jej dłonią wzdłuż ramienia, szepcząc jej coś do ucha. Ta lekko się uśmiechnęła, delikatnie się przy tym rumieniąc.

- Dobra... - westchnęła Kolczatka. - To gdzie teraz mamy jechać, szefowo?

- Do Black Terra. - odpowiedziała Wera, zeskoczywszy z maski samochodu - Poczekajmy tylko, aż wszyscy się dobudzą.

Jax przytaknął, po czym wszedł do kokpitu, by przejrzeć mapę.

- A właściwie to jakie jest to całe Black Terra? - spytała Heidi, z małą pomocą Ricka, zawiązując sobie warkocz.

- To wielkie podziemne miasto. - odpowiedziała Lisica. - Zarządza nim moja ciotka, Kiara...

- Wszystko w porządku?

- Powiedzmy, że miałam z ciotką dość... Chłodne stosunki.

Tymczasem Harris siedział w kokpicie samochodu i przeglądał mapę. Nagle usłyszał coś w stylu chrapania dochodzącego zza siedzeń. Kolczatka odwróciła się ostrożnie. To Seth spał na pace, robiąc sobie z plecaka poduszkę.

- Seth, pobudka. - powiedział Harris. Lis tylko machnął na niego ręką i odwrócił się na drugi bok. - Dobra, chciałem być miły.

Kolczatka włączyła silnik i dała gaz do dechy na ręcznym. Ryk silnika gwałtownie podziałał na jeszcze śpiące osoby, a najbardziej na Setha, który spał najbliżej epicentrum hałasu. Wstał najszybciej jak potrafił, po czym wyleciał na techno-skrzydłach z ciężarówki, niefortunnie lądując na ścianie naprzeciwko. Stojący obok Elijah, rownież brutalnie obudzony, lecz wciąż opanowany, chwycił błękitnego Lisa za kołnierz bezrękawnika i zeskrobał go ze ściany jaskini.

- Co to było?! - spytała nerwowo Sam, wtulając się w Milo i przy okazji wbijając mu pazurki między żebra.

- Chyba zaczynam krwawić...! - wysapał Ryś, próbując uwolnić się z mocnego uścisku Kotki.

Do dzieci podeszła Synthia i kilkoma ruchami zdjęła dziewczynkę z ciała chłopca.

- Sorry za to, ale będziemy musieli się powoli zbierać. - powiedział Harris, wyszedłszy z ciężarówki.

- Ale czemu tak gwałtownie? - spytała Synthia, trzymając na rękach Kotkę i głaszcząc ją po głowie dla uspokojenia zarówno jej, jak i siebie.

- Powiedział przecież, że przeprasza. - wtrącił się Rick, który w międzyczasie zdołał już założyć trencz i uprząż z Ostrzami.

- Dobrze, uspokujmy się wszyscy. - powiedział stoickim tonem Elijah. Poczekał, aż wszyscy ucichli, po czym kontynuował: - No. Skoro już wszyscy jesteśmy na nogach, proponuję najpierw coś zjeść, a potem się popakować. Kto jest za?


Black Terra, prawdopodobnie jedyne skupisko wolnych Debrisjan, mieściło się głęboko pod ziemią, gdzie nie miały dostępu siły Najeźdźców.

Zarówno architekturą, jak i klimatem przypominało wiktoriański Londyn w godzinach nocnych - wąskie alejki ciągnące się między kanciastymi domami i kamienicami, szerokie drogi główne oświetlane latarniami oraz wielka wieża zegarowa sięgająca samego sklepienia wysokiej na kilkadziesiąt metrów jaskini. Pośrodku miasta stał potężny, lecz łagodniej wyglądający trzypiętrowy budynek. Był to ratusz miasta, do którego przenieśli się pozostali przy życiu przedstawiciele władzy.

Tuż przy bramie wjazdowej, Barracks został zatrzymany przez strażnika, młodego brązowego Lisa ubranego w lekki skórzany pancerz, trzymającego rękach karabinek, a przy pasie - długi nóż myśliwski.

- Stać! - krzyknął w stronę Harrisa prowadzącego wóz. - Kogo znowu niesie?

- Podejdź i zobacz zamiast sterczeć pod bramą i się drzeć. - zripostował w jego stronę Elijah.

Sprowokowany żołnierz podszedł do samochodu, by zobaczyć tego "żartwonisia", po czym stanął jak wryty.

- K-kapitan Clarke?

- We własnej osobie. - odpowiedział beznamiętnie czarny Jeż, spoglądając na strażnika. - Podaj swoje imię i stopień, żołnierzu.

- K-kapral Locke, sir. - zasalutował Lis, starając się nie jąkać.

- Kapralu... - zaczął Elijah. - Możesz uznać to za swego rodzaju test. Żołnierz nie może dać się sprowokować.

- Tak jest.

- A teraz prosiłbym o otwarcie bramy.

Strażnik kiwnął głową, po czym wbiegł do budki i nacisnął przycisk. Brama rozsunęła się przed ciężarówką, ukazując wjazd do miasta. Elijah skinął na Locke'a i dał sygnał Harrisowi, by jechać.

- Woooow! - powiedziała Sam, wychylając się z wozu i oglądając miasto.

- Co widzisz? - spytał Milo, siadając obok przyjaciółki. Odpowiedzi na pytanie nie otrzymał, więc odsunął płachtę. - Woooow...!

- Mówiłam?

Rozdział 10: Black TerraEdytuj

Harris zatrzymał się pod ratuszem. Elijah, Synthia i Wera wyszli z wozu. Za nimi podążyły bliźniaki i Heidi. Lisica, jakby wiedząc, co się święci, założyła na głowę kaptur. Po chwili poczuła delikatne poklepanie po plecach ze strony Jeżycy.

- Spokojnie, Wero. - powiedziała cicho Synthia, uśmiechając się do księżniczki. - Wszystko będzie dobrze.

Z kieszeni Wery wyleciała Flash, która, powiększywszy się, przytuliła się do niej.

- Dzięki. - szepnęła Lisica, po czym podeszła do drzwi ratusza i zapukała trzykrotnie.

W oknie na trzecim piętrze mignął cień przypominający Lisa. Osobnik ten zszedł na parter i otworzył drzwi. Przed Werą i Clarke'ami stanęła czerwono-beżowa Lisica w czarnej sukni, z naszyjnikiem w kolorze morskiego błękitu.

- Wero. - powiedziała do księżniczki.

- Ciociu. - odpowiedziała Wera, uciekając przed nią wzrokiem pod pretekstem lekkiego ukłonu.

- Kapitanie Elijah. Synthio.

- Kiaro. - powiedziała Jeżyca.

- Wróciliście do domu. - oznajmiła beznamiętnie Lisica.

- Jak widać. - odparł czarny Jeż, równie pozbawionym emocji głosem.

Kiara spojrzała na bliźniaki i Łanię.

- Macie już dzieci. - powiedziała. Młodzi lekko się ukłonili. - W dodatku dobrze wychowane.

- Pozwól, Kiaro, że ze względu na nasze stanowiska, przemilczę twoją uwagę. - odparł Elijah, którego bioniczna ręka powoli się zaciskała, o czym informowało ciche mechaniczne skrzypienie.

- Hm. - starsza Lisica odsunęła się od drzwi. - Wejdźcie.

Dorośli i Wera weszli do ratusza, zostawiając młodzież samą sobie.

- Chyba nie polubię tej całej Kiary. - stwierdził Rick, krzyżując ręce na piersi.

- Z ust mi to wyjąłeś, bracie. - odpowiedziała mu Jina, po czym założyła na głowę kaptur.

- To... Co robimy? - spytała Heidi.

- Wychodzi na to, że do zakończenia tych "obrad" mamy czas wolny, a wnioskując po reakcjach obu stron... Trochę to potrwa. - powiedział po krótkim namyśle Jeż.

Młodzi zauważyli, że ktoś się do nich zbliża. Był to czarny Labrador o brązowo-orzechowych oczach, na których widniały srebrne punkciki układające się w kształt trójkąta. Pies miał na sobie pomarańczową bluzę, fioletową apaszkę i bandaż na lewej ręce. Co jakiś czas podpierał się kijem.

- Hej! - zawołał w stronę bliźniaków. - Jesteście tu nowi, prawda?

- Tak, a co? - odpowiedziała Jina.

Labrador wyciągnął ku Jeżycy rękę.

- Na imię mi Blind. - przedstawił się. - Robię tu za przewodnika.

- Jestem Jina. - przedstawiła się dziewczyna. - To Heidi i mój brat, Rick.

- Miło poznać. - Blind sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej kieszonkową mapę. - Trzymajcie. To tak dla lepszej orientacji.

- Dzięki. - powiedział Rick, odbierając kartkę. Przejrzał ją na szybko, po czym schował do wewnętrznej kieszeni trencza.

- Nie wyglądacie jak tutejsi. - zauważył Pies. - Nawet jak na osoby z powierzchni.

- Technicznie jesteśmy stąd, ale wychowaliśmy się gdzie indziej. - wytłumaczyła Jeżyca.

- Rozumiem. W takim razie... Witajcie w ojczyźnie! - przywitał ich bardziej uroczyście Blind.

- Dzięki. Znasz może jakieś ciekawe miejsca w mieście?

- Coż, jeśli nie boicie się walki z Najeźdźcami, polecam dołączenie do Buntowników. A jeśli wolicie pracę spod szyldu "pierwsza pomoc", poszukajcie Ratowników.

- Dzięki. - odpowiedział Rick.

- Spoko. - Labrador spojrzał na wieżę zegarową. - Dobra, muszę się zmywać. Jak coś, to pytajcie o mnie albo o moją siostrę Ninę. To do zobaczenia. - pożegnał się, po czym poszedł w boczną uliczkę.

- Cześć. - pomachała mu Jina. Spojrzała na ciężarówkę z Harrisem wewnątrz. - To co, rozglądamy się po mieście?

- Jasne. I tak nie mamy nic do roboty przez dłuższy czas. - odparła Heidi. - Przydałoby się rownież znaleźć jakiś hotel albo coś w tym guście.

- Zobaczmy... - Jeż wyciągnął mapkę i przyjrzał się dokładnie ich okolicy. - Najbliżej nas jest... Hotel "Mars Lightning". Jakieś... - umilkł, chcąc obliczyć trasę. - Piętnaście minut drogi.

- Słyszałeś, Jax? - spytała Jina Kolczatki siedzącej cały ten czas w ciężarówce.

- Głośno i wyraźnie. - odpowiedział. - Wskakujcie!

Jina usiadła w kokpicie, obok Harrisa, a Rick i Heidi - na pace, przy dzieciakach i Secie. Kolczatka włączyła silnik. Z rury wydechowej wydobył się niebieskawy ogień, a wóz po chwili ruszył w kierunku wyznaczonym przez Ricka.


Hotel "Mars Lightning" był nieco bardziej wyróżniającym się od reszty, dwupiętrowym budynkiem. Okna na parterze były znacznie większe niż na piętrach, a nad podwójnymi drzwiami frontowymi kołysał się na lekkim wietrze inkrustowany mosiądzem znak z napisem "Mars Lightning" i trzema gwiazdkami.

- Wydaje się w porządku. - stwierdził Harris, oglądając hotel ze skrzyżowanymi na klacie rękami.

- Nie da się ukryć. - odparła Jina.

- To co, wchodzimy? - spytała Sam, tuląc się do swojego ogonka.

- Po to tu jesteśmy, mała. - odpowiedział jej Rick, głaszcząc ją po głowie. - Chodźmy.

- Idziesz, Seth? - spytała Heidi błękitnego Lisa siedzącego w wozie.

- Nie. Dzięki, ale nie. - odparł.

- Na pewno?

- Na pewno. Zdarzało mi się już spać w podobnych miejscach. Wiesz, jacy zdziercy zwykle prowadzą takie hotele? Wystarczy mi koc i wolne miejsce w aucie.

- Weźmiemy sobie to do serca. - powiedziała Jeżyca, niepostrzeżenie przewracając oczami.


Wnętrze hotelu wyglądało nieco skromnie, lecz bardzo schludnie. Na brukowanej podłodze leżał długi szkarłatno-mosiężny dywan prowadzący do drewnianego kontuaru. Po lewej stronie pomieszczenia stało kilka stolików i mała biblioteczka. W całym holu panowała cisza, przerywana co jakiś czas przez tykanie dużego zegara w rogu.

- Coś tu podejrzanie cicho... - powiedział Milo.

- Przesadzasz, Milo. - odparła mu Sam, głaszcząc chłopca po głowie. Nie dało się jednak ukryć, że rownież czuła lekki niepokój.

Heidi podeszła do kontuaru, po czym, lekko się wahając, nacisnęła dzwonek. Z pomieszczenia obok dało się usłyszeć ciężkie kroki. W końcu wyszedł z niego siwiejący, będący lekko przy tuszy, brązowy Wilk z głęboką blizną na pysku. Miał na sobie czerwoną koszulę w zieloną kratę, brązowe bryczesy i wysokie do połowy łydki buty z cholewą.

- Ach! Witam klientów! - przywitał się gospodarz. Uśmiechnął się serdecznie do Łani, ukazując metalowy górny kieł. - Jestem Gerald, gospodarz.

- Eee... Dzień dobry. - odpowiedziała dziewczyna z niepewnym, lecz ciepłym uśmiechem. - Chcielibyśmy wynająć pokój.

- Oczywiście oczywiście... - Wilk wyciągnął spod kontuaru książkę, po czym otworzył ją i założył okulary. - Podajcie mi, proszę, wasze imiona.

- Heidi, Jackson, Rick, Jina, Samantha i Milo.

- Dooobrze... - przeciągnął gospodarz, zapisując w książce uważnie każdą literę, po czym spojrzał łagodnymi pomarańczowymi oczami na swoich gości. - Dostaniecie trzy pokoje: dwa po lewej, jeden po prawej.

- Dziękujemy. - powiedział Rick.

- Drobiazg, młody... Jedna chwila. - Wilk wyszedł zza kontuaru i podszedł do Jeża. - Wyglądasz mi znajomo. Widziałem już podobne złote oczy.

- Chyba ma pan na myśli naszego ojca, Eli. - pomyślała na głos Jina.

- O! Właśnie! - wypalił nagle Gerald. - On miał właśnie takie oczy! Ale chwila. Czy chodzi nam o tego samego Eli?

- Znaczy wymagającego czarnego Jeża, kapitana tutejszego wojska... - zaczął Rick.

- Który wyszedł za uczoną, kiedy zadurzył się w niej na korytarzu? - dokończyła Jina.

- Ha! A jednak! Jesteście dziećmi Eli i Synthii. - uściskał serdecznie bliźniaki, po czym obejrzał ich dokładnie. - Widzę, że wojna już was nieco sponiewierała, hę?

- Jeśli uznaje pan wypadek z fajerwerkami i nierówną walkę z robotem-sługą szaleńca z przerostem ambicji za wojnę, to tak, można tak powiedzieć. - odpowiedziała w miarę zwięźle Jeżyca.

- Haha! Zupełnie jak on za młodu. - zaśmiał się Wilk, po czym pokazał grupie schody. - Proszę za mną.

Młodzi wzięli swój bagaż i weszli za Geraldem.

Korytarz na piętrze był obłożony jasnoniebieską tapetą, a na podłodze leżał podobny do tego na parterze szkarłatno-mosiężny dywan. Między drzwiami wisiały lampki, w których tliły się małe błękitne płomyczki. Gerald zaprowadził gości do swoich pokoi: 7, 8 i 9. Siódemka i dziewiątka stały obok siebie po lewej stronie korytarza, a ósemka - naprzeciwko dziewiątki.

- Proszę... - Wilk wręczył Harrisowi po dwa klucze do konkretnego pokoju. - Wybierzcie, z kim chcecie mieszkać. Potem się rozpakujcie. Ja w międzyczasie coś ugotuję.

- Dziękujemy. - powiedział cicho Milo.

- Nie ma za co. - odpowiedział Rysiowi z uśmiechem, po czym pociągnął spodnie i ciężkim krokiem zszedł na parter.

- Dobra, to kto śpi z kim? - spytał Harris, trzymając w dłoniach klucze. - Chłopak z chłopakiem, dziewczyna z dziewczyną czy chłopak-dziewczyna, chłopak-dziewczyna?

- Jestem za pierwszą opcją. - odpowiedziała Jina. Heidi jej przytaknęła.

- Ja zostaję z Milo. - powiedziała Sam, tuląc się do Rysia, lecz tym razem tak, by się nie dusił.

- No więc ustalone. - stwierdziła Kolczatka, rzucając dziewczynom i dzieciakom ich klucze. - Jina śpi z Heidi, Sam z Milo, a ja z Rickiem.

Wszyscy przytaknęli i udali się do swoich pokoi: chłopcy do dziewiątki, dziewczyny do siódemki, dzieci do ósemki.

Pokoje nie należały do dużych, lecz nie można było o nich powiedzieć "małe". Wewnątrz znajdowały się dwa łóżka, stoliki nocne i dywan między nimi. Obok wejścia stały drzwi prowadzące do standardowo wyposażonej łazienki. To było jedyne miejsce w pokoju oświetlane elektrycznością. Rick i Harris zrzucili torby na podłogę. Kolczatka padła na swoje łóżko.

- Prawdziwe łóżko! Nareszcie! - westchnął głośno.

- Aż tak bardzo za nim tęskniłeś? - spytał ironicznie Rick, rozpinając pasy trencza na klatce piersiowej.

- Jestem pilotem. Muszę się wysypiać, a w namiocie jest trochę ciężko się wyspać.

- Taki urok podróży. - odparł z uśmiechem Jeż, ściągając z siebie płaszcz i uprząż, po czym również padł na łóżko. - A propos, jak tam ci się układa z Jiną?

- Ostatnio spokojnie. Chcę jeszcze w jakiś sposób jej zaimponować.

- Może zabierz ją na randkę, do jakiejś restauracji albo co?

- A są tu jakieś restauracje?

- Hmm... - Rick wyciągnął z płaszcza mapkę od Blinda i zaczął ją przeglądać. - Blind nic tu nie zaznaczył. Może zapytaj Geralda?

- Dobra.

Tymczasem u dziewczyn...

- Ale super, że będziemy razem mieszkać! - powiedziała zahwycona Jina, wskakując na swoje łóżko i siadając po turecku.

- Taa... Trochę jak w akademiku. - odpowiedziała z uśmiechem Heidi. 

Jeżyca zaśmiała się cicho. Po chwili ucichła, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. 

- Co jest, Jina?

- Czy według ciebie jestem atrakcyjna? - spytała Jina. 

- Tak, a co? Niech zgadnę: chodzi o Jaxa?

- Mhm. Lubię go, ale nie mam pojęcia, jak to okazać. 

- Przypominam, że rzuciłaś mu się na szyję podczas pokazu fajerwerków.

- I co? Mam go całować, ilekroć coś dla mnie wysadzi? - spytała ironicznie Jeżyca.

- Może znajdźcie wspólne zainteresowania? Na przykład, oboje lubicie demolkę.

- Nom... - Jina położyła się na łóżku. Po chwili się podniosła i otworzyła swoją torbę.

- Czego szukasz? - spytała Heidi.

- Kiedy w tamtej fabryce zajmowaliście się z Rickiem sobą, ja chciałam coś sprawdzić.

- To znaczy? - ciągnęła Łania, której wróciły wspomnienia z tamtej nocy.

Jeżyca wyciągnęła z torby parę lateksowych rękawiczek w kolorze identycznym jak jej futro. Założyła je sobie na dłonie, zasłaniając w ten sposób całą cybernetykę.

- I jak?

- Zrobiłaś sobie rękawiczki? - zdziwiła się Heidi.

- Co ma się dobry materiał marnować?

- W sumie racja...

- Poza tym, nie każdy musi wiedzieć, że mam protezy.

- Przy okazji, mogę cię o coś zapytać?

- O co chodzi?

- Jesteście z Rickiem bliźniakami, a tylko on jest biotykiem. Jak to możliwe? - spytała Łania.

- A wiesz, że nie wiem? Pewnie też jestem, tylko nie mam żadnych implantów ani wzmacniaczy.

Wtem dziewczyny poczuły przyjemny zapach ciągnący się z parteru.

- Mmm... - zamruczała Jina. - To chyba Gerald ugotował obiad.

Rozdział 11: Stary "znajomy"Edytuj

Po obiedzie, dziewczyny postanowiły przejść się na rynek. Tego dnia był tam lekki tłum. Kupcy przy stoiskach zachęcali mieszkańców do kupna ich towarów, przekrzykując się nawzajem. Spośród tych wszystkich osób wyróżniał się osobnik w pelerynie przypominający Jelenia. Zakrywał on twarz długim czerwonym szalem, zostawiając odsłoniętą parę zielonych zaspanych oczu. Przechodząc obok dziewczyn, tajemniczy osobnik potknął się i oparł na nich ręce, niepostrzeżenie wbijając im po jakiejś igle w klatkę piersiową. Były wystarczająco małe, by nie dało się odczuć ukłucia.

- Hej! - powiedziała Jina. - Uważaj.

Zakapturzona postać nic nie odpowiedziała. Spojrzała na Heidi, uśmiechnęła się złowieszczo, po czym zniknęła w tłumie.

- Dziwny typ... - powiedziała cicho Heidi.

Dziewczyny szły dalej. Po pewnym czasie zaczęły mieć lekkie zawroty głowy. Jina oparła się o mur i przyłożyła rozpalone czoło do zimnych cegieł. Heidi usiadła obok niej.

- Co się dzieje...? - spytała cicho Jeżyca.

- To chyba jakaś... Trucizna. - odpowiedziała Łania, której świat wirował przed oczami. Skuliła się w sobie i położyła głowę na kolanach. Czuła, jak jej mięśnie powoli wiotczeją. Po chwili Heidi upadła na bruk, nieprzytomna.

- Heidi... - powiedziała cichnącym głosem Jina, zanim rownież straciła przytomność i upadła nieco bardziej niebezpiecznie. Z jej skroni uleciało nieco krwi.

Z cienia wyłoniła się zakapturzona postać, ta sama, która zderzyła się z dziewczynami na rynku. Tajemniczy osobnik ściągnął szal, ukazując w pełni jeleni pysk, po którego lewej stronie widniała podłużna pozioma blizna. Podniósł on Heidi i Jinę z ziemi, po czym zniknął z nimi w cieniu.


Rick zszedł na parter, gdzie Gerald siedział przy stole i zakładał Milo na lewą rękę metalową opaskę z wygrawerowanym nań mosiężnym kołem zębatym.

- Gerald? - powiedział do Wilka.

- Sekundkę, Rick. - odparł, poprawiając okulary. - Dobrze, Milo. Czujesz wewnątrz taki mały guziczek?

- Aha.

- Napnij mięśnie tak, by go nacisnąć.

Ryś skupił się. Po chwili opaska kliknęła, a z miejsca, w którym chłopiec powinien mieć palec serdeczny, wysunęło się wąskie, inkrustowane mosiądzem ostrze.

- Wow! - powiedział Milo, widząc broń wystającą mu z dłoni.

- Podoba ci się? To ukryte ostrze skrytobójców z Bractwa Mechanus. Traktuj je z szacunkiem, a nieraz uratuje ci skórę.

- Jest świetne. Dziękuję. - podziękował Ryś.

- Potem pokażę ci, jak go używać. A teraz już zmykaj na górę. Twoja przyjaciółka powinna na ciebie czekać w pokoju.

Milo ukłonił się przed Geraldem, po czym schował ostrze i pobiegł na piętro.

- I jak tu nie lubić dzieci? - spytał sam siebie Wilk, chowając okulary do kieszeni koszuli. - To o co chodzi, młody?

- Czy ty właśnie dałeś broń skrytobójcy dziewięciolatkowi? - spytał Rick, przysiadając się do gospodarza.

- Mały ma potencjał. Jeśli będzie trenować teraz, wkrótce wyrośnie na bardzo dobrego żołnierza. Poza tym, ma już miecz, więc co za różnica?

- Skoro tak mówisz... - wzruszył barkami Jeż. - Aha, jeszcze jedno: nie widziałeś gdzieś przypadkiem dziewczyn? Nigdzie nie mogę ich znaleźć.

- Mówiły coś o wyjściu na miasto, rozejrzeć się czy coś w ten deseń.

- Dzięki. Rozejrzę się za nimi.

- Polecam rozejrzeć się na rynku. Może któryś ze sprzedawców je widział.

Rick przytaknął, po czym wstał i poszedł na górę, po Harrisa.


Jina obudziła się na starym łóżku, w ciemnym pokoju. Wciąż czuła lekkie odrętwienie. Chciała wstać i się rozruszać, lecz nie mogła. Jej nogi były skrępowane od ud po stopy ciasnymi czarnymi pasami, a ona sama miała na sobie równie ciasny kaftan bezpieczeństwa. Poczuła w pyszczku dość spory kawał materiału, przez co nie mogła nic powiedzieć.

- Mhmhmhmhmh! - krzyczała przez knebel, próbując jednocześnie się uwolnić. Na darmo, pasy mocno trzymały. - Hmmmhmh (Cholera).

Wtem usłyszała czyjeś kroki. Jeżyca momentalnie ucichła. Drzwi otworzył ciemnobrązowy Jeleń z blizną pod okiem i obrączką na lewym rogu. Miał na sobie szary kaftan bezpieczeństwa z rękawami o długości zredukowanej do łokci i kilkoma zwisającymi pasami. Wyglądał jakby przed chwilą nawiał z psychiatryka.

- Słyszę, że się obudziłaś. - powiedział, patrząc nijak na swoją "zdobycz".

- Mhmhmmh!

- Tak, to ja, Quentin. Nie spodziewaliście mnie tutaj, jak mniemam. Ale do rzeczy.

Quentin wyciągnął Jinie z szmatę pyszczka.

- Tak lepiej. - stwierdził z lekkim uśmiechem.

Jeżyca patrzyła na Jelenia z mieszanką nienawiści i niepokoju w oczach.

- Możesz wyluzować? - spytał niepokojąco spokojnie. - Chcę tylko pogadać.

- Wobec tego czemu leżę związana? - spytała ironicznie Jina. - I gdzie jest Heidi?!

- BHP. Jakoś cieżko jest gadać, jak twój rozmówca albo próbuje cię udusić, albo skopać do nieprzytomności.

- Zawsze mogę cię zagryźć.

- Zawsze mogę znaleźć cię położyć na stole i łaskotać, aż się popłaczesz. A wracając do twojego drugiego pytania: Heidi jest w innym pokoju. Miałem do niej zajrzeć, ale usłyszałem twój krzyk.

Wszystkie słowa, które dotychczas wyszły z ust Quentina, nie brzmiały sadystycznie, lecz monotonnie, jakby miał moralnego kaca. Jina starała się jednak nie zwracać na to większej uwagi niż to potrzebne.

- Jak się tu dostałeś? - spytała nieco spokojniej.

- Tą samą drogą, co ty. - odpowiedział Jeleń, siadając na skraju łóżka. - Słyszałem, że masz już chłopaka. Jax, mam rację?

- Co cię to obchodzi?

- Tylko pytam. Ale sądząc po twojej reakcji, trafiłem w dziesiątkę.

- Zdajesz sobie sprawę, że teraz masz spore kłopoty? Rick może ci odpuścił, ale nie wiem, czy Jax jest równie wyrozumiały. Najpewniej oberwiesz od obydwu.

- Może tak, może nie. - Q przejechał sobie po twarzy dłońmi. - Matko, właśnie zdałem sobie sprawę, jaki jestem żałosny. Chcę się z gościem pogodzić, więc porywam mu siostrę i dziewczynę. Jak wpadam na takie "genialne" pomysły...- wstał i uderzył z całej siły pięścią w ścianę. - Dlaczego nie potrafię niczego zrobić dobrze??!!

Jina patrzyła na Jelenia. Wydawał się jej kompletnym wrakiem tamtego Quentina z fabryki. Który pewnie też był czyimś wrakiem.

Q odwrócił się do Jeżycy i podszedł do niej. Ta po chwili poczuła rozluźnienie w okolicach nóg. Quentin ściągnął z niej pasy i pomógł wyjść z kaftana.

- Czemu? - spytała Jina.

- Bo nie chcę cię więzić. Jak mówiłem, chcę tylko pogadać. - Jeleń wstał i otworzył drzwi. - Twoje ubranie leży na komodzie. Ja poczekam tutaj.

Jeżyca wstała i podeszła do komody. Jak powiedział Q, na niej leżały jej ciuchy. Dziewczyna ubrała się szybko. Nie wiedziała, co teraz myśleć o Jeleniu. Porwał ją i Heidi, i uwięził w jakimś domu. Z drugiej strony chciał się z nimi pogodzić. Jakoś nie chciała mu uwierzyć, że rzeczywiście się zmienił. Postanowiła mu jednak zaufać. Jak na razie.

- A gdzie Heidi? - spytała Quentina siedzącego na krześle w rogu korytarza.

- Pokój obok.

Jina otworzyła drzwi wskazane przez Jelenia. Wewnątrz stał pod kątem 45 stopni, obity ciemną skórą stół w kształcie litery X. Do niego przypięta była rozebrana Heidi. Wierciła się łaskotana przez latające wokół niej piórka, głośno się śmiejąc.

- O, zmieniłeś repertuar. - stwierdziła Jina, patrząc na maltretujące Łanię piórka.

- Hahaha!! Dohohość!! Już nie mohohohogę! - krzyczała przez śmiech Heidi.

- No. Po co mam zadawać ból, skoro mogę zadawać śmiech? - odpowiedział Quentin. Podszedł do Jeżycy i zagwizdał ostro. Piórka momentalnie przerwały swoją pracę i poleciały do szuflady obok stołu.

Heidi zaczęła głęboko oddychać. Była cała czerwona na pyszczku i oblana potem. Miała zacieki pod oczami, co znaczyło, że aż płakała ze śmiechu. Patrzyła zmęczonym wzrokiem na Quentina i Jinę.

- Jak to zrobiłeś? - spytała Jina.

- Te piórka działają synchronicznie. 10 minut łaskotania, 5 minut spokoju i kolejne 10 minut łaskotania. Dezaktywuje je tylko wyraźna komenda. - odpowiedział Jeleń, po czym podszedł do Łani i odpiął ją ze stołu. Ta nie miała nawet siły, by zaprotestować. Q podniósł ją, położył na łóżku i przykrył kołdrą.

- Wszystko OK? - spytała Jina.

- Tak... - odpowiedziała zmęczona Heidi. Spojrzała na Jelenia. - Ty...

- Jest spoko, Heidi. - uspokoiła ją Jeżyca. - Pogadaliśmy i jak na razie nikogo nie skrzywdził.


- Przepraszam. - powiedział Rick do sprzedawcy na rynku, po czym pokazał mu zdjęcie siostry. - Nie widział jej pan w okolicy?

- Niestety nie. - odpowiedział.

- Dobrze, dziękuję...

Rick i Harris krążyli po rynku i wypytywali wszystkich, czy nie widzieli Jiny albo Heidi. Za każdym razem odpowiedź brzmiała "nie". Już mieli się poddać, kiedy nagle z zaułka wyszła około dziesięcioletnia Orliczka w połatanej tunice.

- Hej, macie coś do jedzenia? - spytała chłopaków.

Harris wyciągnął ku niej rękę z dużym czerwonym jabłkiem.

- Dziękuję. - powiedziała grzecznie, po czym wzięła gryza owocu. - Jestem Rosie.

- Jestem Jax, a to Rick. - odpowiedziała Kolczatka, przedstawiając siebie i Jeża.

- Nie widziałaś tu może mojej siostry? - spytał Orliczkę Rick, pokazując jej zdjęcie Jiny.

- Hmm... - zastanowiła się Rosie. - Tak, była tutaj. W towarzystwie jakiejś bardzo ładnej Łani.

- To one! - powiedział Harris.

- Potem wpadł na nie jakiś dziwak w starym płaszczu. Uśmiechnął się do tej Łani w taki chory sposób i poszedł dalej. Pózniej z jakiegoś powodu stoczyły się na bruk. Wtedy znów pojawił się ten gość w płaszczu, podniósł je i zniknął.

- Wiesz, gdzie mógł pójść? - spytał Rick.

- Pewnie do Dorzecza. Tam jest takich typów najwięcej.

- Możesz nas tam zaprowadzić?

- Pewnie! Chodzie za mną! - powiedziała Rosie, po czym pobiegła w ciemną uliczkę. Chłopaki ruszyli za nią.

Rozdział 12: DorzeczeEdytuj

Rosie poprowadziła Ricka i Jaxa do Dorzecza. Była to najbiedniejsza, a zarazem najwilgotniejsza dzielnica w Black Terra. Większość tego miejsca stanowiło wielkie jezioro, na którym stały połączone kładkami, w większości drewniane chaty.

- To tutaj. Witajcie w Dorzeczu! - powiedziała Orliczka.

- Skąd w podziemnej metropolii jezioro? - spytał Rick.

- Wdzisz tamten tunel? - dziewczynka wskazała palcem dziurę w ścianie jaskini, z której wypływała woda.

- No.

- Kiedyś Dorzecze było o tam. - wskazała tym razem na dno jeziora. - Pewnego dnia ktoś dowiercił się do podziemnej rzeki, a ona momentalnie zalała wszystko i wszystkich. Smutne, ale prawdziwe.

- I stąd wzięło się też Dorzecze. - wywnioskował Harris.

- Bingo!

Rosie spojrzała na wieżę zegarową.

- Przepraszam was, ale muszę iść. - powiedziała lekko zawiedziona. - Niech skrywa was cień.

Nim chłopaki zdążyli cokolwiek powiedzieć, Orliczka zniknęła w cieniu.

- Co to miało znaczyć? - spytał Jax Ricka. Ten tylko wzruszył barkami. - Dobra tam, ruszajmy.

Przez jakiś czas szukali gościa zgodnego z opisem Rosie. Niestety, żadnego takiego tu nie było. Chłopaki oparli się o barierkę mostu.

- To na nic. Nigdy ich nie znajdziemy... - stwierdził z rezygnacją Jax.

Rick nic nie odpowiedział, tylko stał tam, wgapiając się w budynek na przeciwko. Po chwili się ożywił.

- Jax, widzisz?

- Co?

- Tamten dom naprzeciwko.

Jeż przybliłył widok z wizjera. 2x. 4x. 8x... W oknie ujrzał Jinę i Heidi siedzące przy stole.

- To one! - powiedział.

- Świetnie! Chodźmy!

Harris już miał tam pobiec, lecz Rick złapał go za pasek w spodniach.

- Ej!

- Czekaj. Ktoś tam jeszcze jest. - powiedział Jeż, po czym zaczął dalej obserwować dziewczyny.

Wtem podszedł do nich jakiś chłopak. Szedł tyłem, lecz dało się u niego zobaczyć kilka szczególnych cech: obrączka na porożu, co oznaczało Jelenia, oraz nietypowa koszula. Osobnik odwrócił się, co spowodowało u Ricka podwyższenie ciśnienia.

- Znowu on. - wycedził przez zęby Rick. - Nawet na Debris.

- Co za on? - spytał Jax. Po chwili skojarzył zniknięcie dziewczyn z pewnym nieprzyjemnym w obyciu Jeleniem. - Aaa, ten on.

- Wchodzimy.


- Więc skąd u ciebie taka nagła zmiana? - spytała Jina Quentina, który poszedł akurat do kuchni zrobić im kawę.

- Powiem tyle, że łatwo można przemyśleć to i owo, kiedy prochy przestają działać, a ty budzisz się wisząc głową w dół nad wielką kadzią płynnego lateksu. - odpowiedział, przynosząc na tacy trzy gorące kubki.

Dziewczyny wzięły niepewnie swoją kawę.

- Wyluzujcie. Poza cukrem nic tam nie wsypałem.

- Wolę pozostać w tej kwestii sceptyczna. - stwierdziła cicho Heidi, starając się nie patrzeć swojemu byłemu w oczy. Odłożyła kawę na stolik.

- Rozumiem, nie ufasz mi. Sam bym sobie nie zaufał. - powiedział Quentin, przysiadając się do stolika.

Wtem usłyszał pukanie. Podszedł do drzwi, dalej trzymając w dłoni swoją kawę. Otworzył je powoli.

- Ty!! - usłyszał.

- Ja? - zdziwił się Jeleń, patrząc, jak osoba za drzwiami wyciąga w jego stronę miecz. Doskonale znał jego właściciela. Pomarańczowe światło w miejscu prawego oka tylko potwierdziło jego obawy. Upuścił z przerażenia kawę i zaczął się cofać.

Rick podchodził powoli w stronę Quentina, prowadząc go Ostrzem na ścianę.

- Najpierw porywasz moją dziewczynę, a zaraz potem i ją, i moją siostrę?! - spytał retorycznie Jeż, nie kryjąc narastającego w nim gniewu.

- Rick! - krzyknęła w jego stronę Łania, po czym rzuciła mu się na szyję i nie zamierzała puścić.

- Heidi! - odpowiedział jej chłopak, rownież ją przytulając.

Quentin skorzystał z nieuwagi Jeża i zakradł się do drzwi. Kiedy jednak je uchylił, ujrzał postać równie wkurzonej Kolczatki.

- A gdzie to się wybieramy? - spytał Harris, po czym sprzedał Jeleniowi kopa w klatę. Ten poleciał na ścianę i zwinął się w bólu.

Kiedy podniósł wzrok, ujrzał Ricka mierzącego doń z Rewolweru.

- Rick, czekaj! - krzyknęła Jina, stając między bratem a Quentinem.

- Jina, ty go bronisz? - zdziwił się Rick. - Zapomniałaś? To on was porwał!

- Syndrom sztokholmski może? - zasugerował Jax.

- On po prostu chciał zwrócić na siebie naszą uwagę. Żeby się z nami pogodzić. - wyjaśniła Heidi. - Mam rację, Q?

Jeleń niepewnie przytaknął, trzymając się za brzuch.

- I wy mu wierzycie? - zdziwiła się Kolczatka.

- Zapomniałaś, co ci zrobił, Heidi? - spytał Rick.

- Nie mówię, że mu wierzę, ale sądzę, że powinniśmy dać mu szansę.

Rick niechętnie schował broń. Wizjer znów zaczął świecić na niebiesko.

- Nie wierzę ci. - zwrócił się do Quentina. - Ale jeśli dziewczyny ci ufają, jeszcze będziesz żyć.

- Jak mam udowodnić... że mówię prawdę? - spytał Jeleń.

- Wymyśl coś. - odpowiedział mu Jax. - Kaftany robić umiesz, to i to zdołasz.

- A tym czasem... - Rick wyciągnął z płaszcza dużą rolkę taśmy pocztowej.


Wybiła 18. Gerald siedział za ladą i czytał książkę zatytułowaną jako "Historia Imperium Fenrisa", kiedy nagle usłyszał pukanie w drzwi. Ściągnął z nosa okulary i położył je na książce, zaznaczając miejsce, w którym skończył, po czym powolnym krokiem ruszył w stronę wejścia.

- O! Już jesteście? - powiedział Wilk, widząc przed drzwiami całą ekipę.

- Taa, trochę nam zeszło. - odpowiedział niedbale Rick.

- A co to za nietypowy plecak? - spytał gospodarz, zauważywszy przywiązaną do pleców Harrisa dużą drewnianą skrzynię z otworami na powietrze.

- Egzotyczny zwierzak? - odparła pytającym tonem Jina.

Gerald tylko wzruszył barkami i wrócił do czytania książki. Młodzi tymczasem poszli na górę.


- Dobra, wypuść go. - poleciła bratu Jeżyca.

Rick przytaknął i po czym wyciągnął Ostrze z uprzęży, po czym wbił je poziomo względem wieka skrzyni. Uderzył lekko pięścią w rękojeść i długa drewniana płyta poleciała w powietrze, ukazując niemalże całkiem zmumifikowanego taśmą białą pocztową Quentina. Jeż podniósł go telekinezą i "posadził" na wcześniej przytachanym do pokoju krześle. Do Jelenia podeszła Heidi. Delikatnie chwyciła taśmę na jego pysku, po czym już znacznie mniej delikatnie ją zerwała. Przy okazji lekko go goląc. Q wykrzywił się w bólu, jaki nastąpił chwilę potem.

- No. A teraz nam wszystko ładnie wyśpiewasz. - powiedziała pół zalotnym, pół sadystycznym tonem, próbując naśladować jego głos.

Rozdział 13: W stronę światłaEdytuj

Quentin spokojnie opowiedział, jak znalazł się na Debris i dlaczego porwał dziewczny. Twierdził, że A: wszedł niedomkniętym portalem do Sanktuarium, a potem w ostatniej chwili przyczaił się pod Barracksem, i B: chciał się pogodzić z ekipą.

- Serio? - spytał sarkastycznie Rick, robiąc przy tym typową dla tego typu tekstów minę. - Chciałeś się z nami pogodzić poprzez porwanie?

- Wspominałem, że jestem ćpunem na odwyku? - odpowiedział pytaniem na pytanie Jeleń, patrząc nieobecnym wzrokiem Jeżowi w wizjer.

- Że ćpunem, to wiemy od dawna. - powiedział Harris. - Że na odwyku, to od teraz.

- Ty, może dlatego jest taki spokojny? - zasugerowała Jina..

- I co? Mamy go tak po prostu puścić, bo w czasie robienia nam z życia jesieni średniowiecza, był niepoczytalny?! - spytał Rick, niedowierzając.

- A czy ja mówię o puszczeniu go? Może mu ufam, ale nie na tyle, by pozwolić Quentinowi łazić swobodnie po mieście.

Heidi przez ten czas milczała, intensywnie nad czymś myśąc.

- A może wysłać go, by wykonał jakieś niewykonalne zadanie i albo je wykona, albo padnie w trakcie. - powiedziała po chwili. - Chociaż wolałabym tę pierwszą opcję.

- Heidi, oszpecił cię i mu to wybaczasz? - zdziwił się Jeż.

- Nienawidzę bezsensownej śmierci. Poza tym owszem, zostały mi blizny, ale wciąż żyję. - wytłumaczyła z gorzkim uśmiechem na pyszczku.

- Przepraszam, jakie blizny? - spytała Jina. 

- Na plecach. - odparła Łania. - Możesz go teraz uwolnić? 

Jeżyca podłączyła sobie hak w miejsce lewej dłoni, po czym podeszła do zmumifikowanego Jelenia. Chwyciła hakiem taśmę i kilkukrotnie szarpnęła, rozrywając ją. 

- Czyli rozumiem, że mamy zawieszenie broni. - stwierdził Quentin. 

- Tylko pamiętaj: mam cię na oku. - odpowiedział mu Rick. - Jedno potknięcie i... Resztę dopowiedz sobie sam.

- Dopowiedziałem.

- Dobra. - powiedziała Jina, po czym podeszła do drzwi wyjściowych. - To teraz pójdziemy do rodziców i Wery, oni zdecydują, co się z tobą stanie na dłuższą metę.


Jeleń kierował się do Dorzecza. Clarke'owie okazali się dla niego łaskawi i pozostawili go przy życiu. Musiał jednak wykonać pewne zadanie, które miało udowodnić jego dobre intencje: miał pozbyć się niebezpiecznego bandyty panoszącego się w tunelach Sztolni. Reszty miał się dowiedzieć na miejscu. Skierował się więc do bramy Dorzecza, gdzie czekała na niego barka.

Podszedł do Łodzi i zajrzał do środka przez okienko. Wewnątrz siedziała ruda Kolczatka w ciemnym płaszczu i kapeluszu, grająca polkę na akordeonie. Quentin uznał, że to jest jego transport i wszedł na pokład. Zapukał trzykrotnie w drzwi kajuty. Muzyka ucichła.

- Idę! - odezwał się do niego chrypliwy głos, po czym mógł usłyszeć kroki w swoją stronę.

Drzwi otworzyła mu ta sama ruda Kolczatka, co grała na akordeonie. Jej wygląd zewnętrzny niemal sprawił, że całe śniadanie Jelenia podeszło mu do gardła. Mieszkaniec tej barki był pozbawiony chrząstki nosa, a jego twarz miała na sobie kilka warstw bandaży, odsłaniając tylko usta i przekrwione, lodowoniebieskie oczy. Pod płaszczem nosił potarganą koszulę do garnituru, usztywniane szare buty oraz połatane brązowe spodnie do połowy łydki. Jednak pomimo wyglądu między mumią a zombi, nie czuć było od niego zgnilizny, tylko wodę kolońską.

- Co? Kolejny sierściuch przyszedł się ponabijać z ghula-akordeonisty? - spytał gniewnie.

- N-nie. - odpowiedział Quentin. - Ja... Szukam kogoś, kto mógłby mnie zabrać do Sztolni.

- Ach, to ty jesteś tym zresocjalizowanym gościem. - powiedziała Necro-Kolczatka, uspokajając się. Wyciągnęła zabandażowaną rękę ku Jeleniowi. - Jestem Caleb.

- Quentin. To co muszę zrobić?

Caleb machnął na Jelenia, by z nim poszedł. Będąc już wewnątrz, odpalił silnik i barka zaczęła płynąć.

- Dostałem info, że znasz się na porwaniach. - powiedział. - To prawda?

- Można tak powiedzieć. A co?

- W Sztolni ukrywa się typ porywający przyjezdnych. Potrzebujemy go żywego. - wyjaśnił Caleb. - Tu na scenę wkraczasz ty. Musisz go obezwładnić i przytachać do mnie.

- A gdzie chcesz go trzymać? - spytał Quentin.

- Czasami zajmuję się transportem zwierząt. Mam w ładowni klatkę, akurat pasującą gabarytowo do Mobian. To jak? Wchodzisz w to?

- A mam wybór?


Caleb wysadził Q w środku tunelu.

- Dobra. - powiedział. - Jeśli dalej pójdziesz tym tunelem, dotrzesz na bagna. Panoszy się tam jakaś piromanka, więc się tam nie zapuszczaj. Po pewnym czasie zobaczysz rozwidlenie. Idź tam, porwij tego gościa i wróć z nim do mnie.

Kolczatka rzuciła Jeleniowi pistolet z odzysku i nóż.

- A to na wszelki wypadek.

- Dzięki. - powiedział Quentin, po czym poszedł wzdłuż tunelu.

Caleb skinął na niego i wrócił do kajuty, skąd po chwili dobiegły dźwięki akordeonu.


Quentin szedł dalej przez ciemny tunel, kiedy nagle dostrzegł w oddali światło. Szybko pobiegł w tym kierunku. Odgłos jego kopyt uderzających o skałę dało się usłyszeć w prawie całym tunelu.

Dotarł do małej komory ze stolikiem i krzesłem. Na stole leżał talerz z upieczonym mięsem oraz butelka białego wina i szklanka. Komorę oświetlała pochodnia naprzeciwko mebli. Quentin wystawił rękę nad talerz.

- Jeszcze ciepłe. - stwierdził. Skierował więc swe kroki dalej, do drugiego tunelu połączonego z "jadalnią".

- Jesteś jakiś anemiczny, Q. - usłyszał od kopytnej Łani, która nagle pojawiła się obok Jelenia i szła obok niego spacerkiem. Ubrana była w obcisły top, szorty i wysokie do kolan buty na niskim obcasie. Długie srebrne włosy łagodnie opadały jej na niebieskie oczy. - Może weźmiesz trochę proszku? Przecież zawsze ci to poprawia nastrój.

- Daj mi spokój, Stella. - odpowiedział, nawet nie patrząc w stronę tajemniczej dziewczyny. - Ty nie istniesz.

- Och, ależ istnieję. Istnieję w tobie. Ale ty MUSISZ tłamsić w sobie tę prawdę.

- Wobec tego jeśli wbiję sobie róg między żebra, zginiemy razem. Z czego ty drugi raz.

Uśmiech zszedł z pyszczka Łani.

- Skoro tak stawiasz sprawę... - powiedziała. - Muszę już znikać. Do zobaczenia ponownie, braciszku.

Nim Quentin zdążył cokolwiek powiedzieć, Stella zniknęła. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Jeleń potarł czoło.

- Za każdym razem musi tak robić... - westchnął, po czym kontynuował wędrówkę.

Tym razem trafił do dużo większego pomieszczenia. Było w nim znacznie mniej światła niż w poprzednim. I lokator! Jeleń ukrył się za kufrem, gdy usłyszał kroki. Dla pewności odkręcił sobie róg i schował za pasek w koszuli. Wychylił lekko głowę, by zobaczyć tego kogoś.

Lokatorem groty był czarno-biały Lis o czerwonych oczach, z masą krwistych wirów wytatuowanych na całym ciele. Ubrany był w postrzępione jeansy i równie zniszczoną zieloną przepaskę, założoną bezpośrednio na spodnie. Trzymał w ręce obgryzioną kość, po czym rzucił nią w stronę Quentina. Ten wzdrygnął się, zauważywszy, co to była za kość.

- O fuck, o fuck, o fuck, o fuck... - przeklinał pod nosem. - To kanibal...!

Jeleń przekradł się do kolejnej zacienionej kryjówki, uważnie patrząc, gdzie patrzy wytatuowany Lis. W końcu, gdy był doń odwrócony plecami, Q podkradł się do niego, po czym z całej siły strzelił kanibala z pistoletu w potylicę, momentalne pozbawiając go przytomności. Usatysfakcjonowany Jeleń schował broń za pas i przykręcił róg na swoje miejsce.

- Dobra... Jeszcze znaleźć jakąś linę, żeby dokładniej obezwładnić i mogę się...

Quentin przerwał swoje przemyślenia, słysząc cichy, przytłumiony płacz gdzieś w okolicy.

- Co do... Jest tu ktoś jeszcze? - spytał, po czym związał Lisowi ręce za plecami jednym z pasów od koszuli. Mając już względną pewność, że nie zwieje, Jeleń zaczął rozglądać się po grocie.

Do ściany była przykuta bladoniebieska Jeżyca, ubrana w czarny top i przepaskę do kolan. Na oczach miała opaskę, wilgotną od łez, a w pyszczku szmatę utrzymywaną na swoim miejscu kawałkiem taśmy. Jej ciało, podobnie jak kanibala, było pokryte tatuażami. Jej jednak miały biały kolor i wyglądały znacznie bardziej harmonicznie.

- Niech zgadnę: zostawił sobie ciebie na deser? - spytał cicho Quentin. Wyciągnął nóż i podszedł bliżej Jeżycy. Ściągnął jej z oczu zapłakaną opaskę. Miały ładny srebrny kolor. 

Jeżyca zauważyła nóż w dłoni Jelenia i natychmiast odwróciła wzrok, znów cicho płacząc. Q pogłaskał ją delikatnie po igłach,  po czym przeciął trzymające ją pod ścianą łańcuchy. Były wystarczająco zniszczone, by dał radę. Kiedy dziewczyna upadła, Quentin uklęknął przed nią i lekko oderwał jej z pyszczka taśmę. Potem wyciągnął z niego materiał. 

- Wszystko w porządku? 

-T-tak... Kim jesteś? - spytała Jeżyca. 

- Ratunkiem. - odpowiedział Jeleń. - Nazywam się Quentin. 

- Jestem... Miko. - przedstawiła się nieśmiało dziewczyna. 

- Kim jest ten koleś? - Q wskazał na nieprzytomnego Lisa..

- Nazywa się Mefisto. Jest... BYŁ moim współplemieńcem.

- Muszę go zabrać. - powiedział Quentin. 

- Weź go, proszę. Aż żal patrzeć na wojownika ogarniętego żądzą zadawania cierpienia...

Jeleń przytaknął, po czym zarzucił sobie Lisa na ramię. 

- Potrzebujesz jeszcze jakieś pomocy? - spytał Miko.

- Muszę się dostać do najbliższej wioski. To znaczy, jeśli nie masz z tym problemu. 

- Coż, nie wiem, gdzie jest jakaś wioska, ale znam całkiem niezłe miasto. Z chęcią cię tam zaprowadzę.

- Naprawdę? Dziękuję. 


Caleb przerwał grę, usłyszawszy pukanie do drzwi jego łajby. Odłożył akordeon na podłogę, po czym poszedł do wejścia.

- O, już jesteś? - zauważył, widząc Quentina z przewieszonym przez ramię Mefistem.

- Tia. - odpowiedział Jeleń. - Gdzie go załadować?

- Dolny pokład, klatka w kącie. - poinstruował go ghul.

Q przytaknął, po czym wszedł do środka i skierował się ku schodom do ładowni. Za nim powoli weszła Miko. Przyjrzała się kątem oka Kolczatce. Dreszcz przeszedł jej po plecach, gdy pomyślała, czego potrzeba, by po Mobianinie zostawić "to".


Ekipa siedziała w Dorzeczu, czekając na Quentina. Wręcz umierali z nudów.

- No gdzie on jest? - spytał zniecierpliwiony Harris.

- To trochę trwa. - odpowiedziała mu Heidi, po czym oparła się o barierkę i zaczęła wpatrywać się w taflę wody.

Rick stał obok niej, oparty plecami, i przyglądał się otoczeniu. Po chwili coś mu przyszło do głowy.

- Hej, Jin'. - szturchnął siostrę łokciem.

- Hm?

- A może tak mały wyścig?

Jeżyca nagle się ożywiła.

- Dobra! Gdzie? - spytała.

Chłopak spojrzał jeszcze raz na Dorzecze.

- Startujemy z tej skrzyni. - wskazał na dużą skrzynię stojącą pod jednym z domów. - Potem robimy kółko po dachach i murach. Ten, kto dotrze tutaj, nie dotykając chodnika, wygrywa.

- Jak rozumiem, żadnego biotycznego wspomagania?

- No raczej.

Rick wbił Ostrza między płyty chodnika, tworząc w ten sposób prowizoryczną linię startu. Bliźniaki stanęły przed nią. Heidi podeszła do nich i uniosła rękę w górę. 

- I... Start! - krzyknęła, po czym rodzeństwo pobiegło sprintem na skrzynię i odbiło się od niej w stronę wystającej belki.

Rick szybko wspiął się na dach i pobiegł wzdłuż niego, w czasie gdy Jina sunęła po murze, utrzymując się wbitym weń hakiem. Po chwili odbiła się, skoczyła na ścianę naprzeciwko i tak samo, jak wcześniej, odbiła się od niej, tym razem na dach.

- Nieźle! - pochwalił ją brat, po czym przyspieszył. - A tak potrafisz?

Powiedziawszy to, skoczył z dachu i złapał się wiszącej na łańcuchu latarni, na rogu budynku obok. Siła bezwładności zrobiła swoje i brązowy Jeż wylądował na ścianie, chwytając się gzymsu.

- Łatwizna! - odpowiedziała bratu, kilka sekund pózniej lądując obok niego.

Rick uśmiechnął się do siostry, po czym wspiął się na dach i zaczął, ile sił w nogach, biec w kierunku mety. Jina była tuż za nim. Od krańca dachu dzieliły ich tylko centymetry. Bliźniaki skoczyły w tym samym czasie. Czas gwałtownie dla nich stanął. Po chwili Jina przeturlała się w kierunku mety, a zaraz po niej Rick. Kiedy się podnieśli, usłyszeli oklaski ze strony Heidi i Jaxa.

- Remis! - powiedziała Łania, pomagając swojemu chłopakowi wstać. - Byliście świetni.

- Oboje. - dodał Harris, przytulając Jeżycę.

- Dzięki... Tylko jak to możliwe, że był remis, skoro Jina wylądowała pierwsza? - spytał Rick.

- Zahaczyłam o bruk, przez co zwolniłam. - wytłumaczyła Jina, odpinając hak.

- Jest dobrze. - powiedziała Kolczatka. - I patrzcie! Już jest!

Przez tunel wpłynęła barka. Gdy zacumowała, zszedł z niej Quentin w towarzystwie jakiejś bladoniebieskiej, wytatuowanej na biało Jeżycy w przepasce. Jeleń kiwnął głową ekipie na "cześć".

- Tylko ja mam wrażenie, że coś tu nie pasuje? - spytała Ricka Jina.

- Znaczy skąpo odziana, wytatuowana laska idzie obok Quentina, nie będąc w stanie wskazującym na spożycie?

- Nom.

- Nie tylko ty.

Quentin i jej towarzyszka podeszli do bliźniaków.

- Zadanie wykonane. - powiedział do nich.

- Tak? I gdzie ten gość, co go miałeś złapać? - spytała Jina, patrząc nieufnie na Jelenia.

Ten wskazał jej tylko na barkę, w stronę której biegła trójka strażników miejskich. Po kilku minutch wyszli, trzymając zakutego w łańcuchy Mefisto, któremu założyli również kaganiec. Gdy przechodzili obok ekipy, niebieska Jeżyca odruchowo schowała się za Quentinem.

- Dzięki, młody. - powiedział jeden ze strażników w stronę Jelenia, uśmiechając się.

- Spoko. - odparł lakonicznie.

- Przydałby się u nas taki spec od porwań.

- Dzięki, ale nie skorzystam.

Strażnik wzruszył barkami, po czym popędził swoich towarzyszy i więźnia, kierując ich do więzienia.

- Eee... Kto to był? - spytał Rick, wskazując na skutego Lisa.

- Kanibal. - odpowiedział Quentin. - Chciał zagrozić tej piękności. - mówiąc to, spojrzał z lekkim uśmiechem na kryjącą się za nim Jeżycę. - Na szczęście nie zdążył.

- Jestem Miko. - przedstawiła się niebieska Jeżyca, wychodząc zza Jelenia z uśmiechem. - Witajcie.

- Cześć. - przywitała się z nią Jina. - Ja jestem Jina. To mój brat Rick, Jax i Heidi.

- Mogę go na chwilę wypożyczyć? - spytała Heidi, po czym pociągnęła Quentina za pas w kaftanie do uliczki między budynkami. - Znowu to robisz!

- Niby co?

- Uwodzisz dziewczyny, by je potem torturować?

- Wyluzuj, Heidi. Przerzuciłem się na pióra, sama widziałaś. Więc w czym problem?

- W tym, że ci nie wierzę. Niemożliwe, żebyś tak nagle się zmienił. I jesz--

Jeleń uciszył Łanię palcem położonym na usta.

- Czekaj czekaj. Wiem już, o co ci chodzi.

- Niby o co?

- Ty jesteś zazdrosna!

Heidi aż położyła po sobie uszy ze zdziwienia.

- Co?! Ja? Zazdrosna o ciebie? Chyba cię coś... - ucichła na chwilę. - Zrób coś dla mnie, proszę, i zamknij oczy.

Q wzruszył barkami i zrobił, o co prosiła. Po chwili gruchnął o chodnik z krwawiącym nosem. Łania w tym czasie starała się rozruszać bolącą rękę.

- Dobra, już oficjalnie mi przeszło. - powiedziała. - Rozejm?

Jeleń podniósł się na kolana, nastawił szczękę i wytarł z siebie krew.

- Rozejm... - westchnął, po czym położył się plackiem na ziemi. - Możesz powiedzieć Miko, gdzie mieszkam? Ja sobie jeszcze poleżę.

- OK. - odparła zadowolona dziewczyna, po czym wróciła do ekipy.

- A gdzie Q? - spytał Harris.

- Powiedział, żebym pokazała naszej nowej znajomej, gdzie mieszka i żebyśmy na niego nie czekali.

Rozdział 14: InicjacjaEdytuj

Jina obudziła się zlana potem. Zegar na ścianie pokazywał piątą. Jeżyca schłodziĺa sobie czoło dłonią, po czym po cichu wstała z łóżka i skierowała się do łazienki. Wzięła szybki prysznic, ubrała się i wyszła z pokoju. 

Na korytarzu była podobna ilość światła jak wcześniej, lecz teraz większość latarenek była zgaszona. Takie specyficzne zacienienie, wliczając w to duże okno na drugim końcu korytarza, tworzyło dość przytłaczającą atmosferę. Jina starała trzymać wyobraźnię na wodzy i szybkim, lecz cichym krokiem, poszła w stronę schodów. 

Będąc już w połowie drogi na dół, nozdrza Jeżycy uderzył słodki zapach. Podążając za nim, trafiła do kuchni, w której Gerald przyrządzał naleśniki, cicho przy tym pogwizdując.

- O, witaj Jina! - przywitał się wesoło, odwracając się w stronę Jiny. - Co tak wcześnie dzisiaj na nogach?

- Hej... - powiedziała, wciąż jeszcze nieprzytomna. - Hę? A, tak. Ostatnio kiepsko sypiam. Złe sny i te sprawy...

- Rozumiem. - odparł Wilk, podając Jeżycy kubek świerzej kawy. - Proszę, powinno cię rozruszać. A mógłbym wiedzieć, czego ten sen dotyczył?

Jina wzięła łyka gorącego napoju i oparłszy się o blat kuchenny, spytała:

- Słyszałeś może o tes...tralach? Tak, chyba tak to się wymawia.

- Testrale, mówisz?

- Taa... Już drugi raz śni mi się to samo z jednym w roli głównej. 

- To może nie być przypadek. - Gerald położył Jeżycy dłoń na ramieniu. - Ale na twoim miejscu bym się teraz o to nie martwił. To przecież tylko sen. A teraz leć na górę, pobudź resztę. Za chwilę będzie śniadanie.

Jina uśmiechnęła się do Wilka, dopiła kawę i pobiegła na górę. Sam Gerald wrócił do smażenia naleśników, lecz tym razem mniej entuzjastycznie. Po pewnym czasie odłożył patelnię. Założył na nos okulary, po czym wyciągnął spod koszuli medalion w kształcie serca. Otworzył go. Wewnątrz widniały dwa zdjęcia: jedno jego, a drugie - polarnej Wilczycy w ciemnoszarej szacie. Widząc ją, starszy Wilk uśmiechnął się gorzko i uronił łzę na zdjęcie. Westchnął głośno.

- Kazałaś mi zabrać Rona. Spełniłem twoją prośbę. I wtedy zacząłem je widzieć. - powiedział, ocierając oczy. - Bogowie, dlaczego ci na to pozwoliłem...?

- Wszystko w porządku, panie Gerald? - usłyszał.

Gerald spojrzał za siebie. Stał tam Milo, jeszcze nie do końca ubrany. Miał na sobie tylko swój oliwkowy sweter i jeansy.

- Co? A, tak tak. Wszystko jest w jak najlepszym... porządku... - odpowiedział nieco zaskoczony Wilk. Odstawił gotowe już naleśniki na talerz.

Ryś pociągnął kilka razy nosem.

- Mmm! Pachnie pysznie.

- I takie jest. - powiedział Gerald, głaszcząc małego po głowie. - Chcesz mi pomóc przygotować resztę?

- Jasne! - odparł Milo, po czym stanął na wcześniej przysuniętym przez gospodarza stołku. - Co mam robić?

Wilk wyciągnął z lodówki miskę z owocami: truskawkami, jagodami i winogronami, i postawił ją przed Rysiem. 

- Pomożesz mi zrobić sałatkę. - powiedział z uśmiechem.


Tymczasem na piętrze...

Jina zakradła się do pokoju chłopaków. Wyciągnęła z kieszeni małą petardę. Schowała się za rogiem, po czym rzuciła ładunek między ich łóżka.

Wybuch był mały, lecz wystarczająco głośny, by obudzić Ricka i Jaxa. A w każdym razie Ricka, który w jednej chwili podniósł się z łóżka i wycelował z Rewolweru w ścianę.

- Stój, bo strzelam!! - krzyknął odruchowo. Jego lewa źrenica była teraz wielkości główki od szpilki, a prawa jakby miała zaraz pęknąć. Po pół minuty wgapiania się w ścianę, opuścił broń. - Co do...

Jeż rzucił swoją poduszką w jakimś cudem wciąż śpiącego Harrisa.

- Co? - spytała zaspana Kolczatka z poirytowaniem w głosie, odgarniając dredy z twarzy.

- Jakim cudem cię to nie obudziło?

- Przypominam, że jako pilot spędzam dużo czasu przy pracujących silnikach.

- No tak, to wszystko wyjaśnia.

Rick podrapał się po igłach, po czym spojrzał na podłogę. Leżała na niej lekko osmalona metalowa skorupka.

- Jina, wyłaź. Wiem, że tu jesteś.

- Niby skąd? - spytała Jeżyca, dalej ukrywając się za ścianą.

- A: Zostawiłaś szczątki petardy...

- I B: Właśnie do nas przemówiłaś. - dodał z uśmiechem Harris, siadając na łóżku.

Jina głośno westchnęła, po czym wyszła do chłopaków i usiadła koło Kolczatki.

- Gerald przygotował śniadanie. Idziecie?

- Nooo... A co jest? - spytał Jax, delikatnie obejmując ją ramieniem.

- Naleśniki.

W jednej sekundzie ubrany wyłącznie w spodnie od piżamy Rick pojawił się pod drzwiami w pełnym rynsztunku. Nawet wizjer wypolerował! Jak to zrobił w tak krótkim czasie, Chaos jeden wie.

- Na co jeszcze czekacie? - spytał, po czym pomknął na parter.

Jina i Harris spojrzeli po sobie.

- To co? Idziemy? - spytała Kolczatka. - Czy wolisz jeszcze ze mną posiedzieć...

Jeżyca uśmiechnęła się uroczo.

- Może lepiej chodźmy, zanim Rick wszystko pożre.

Parka wyszła na korytarz. Na nim zastali Heidi w stanie lekkiego szoku.

- Co jest, Heidi? - spytała Jina.

- Nie słyszeliście tego wybuchu? - odpowiedziała pytaniem na pytanie Łania.

- To akurat moja wina. Wybacz.

Heidi spojrzała na Jeżycę. Po chwili poczuła zapach naleśników z dołu.

- Heh, to wszystko wyjaśnia. - zaśmiała się lekko. - Dobra, Sam. Możesz zejść.

W tym momencie z sufitu zaskoczyła czarna Kotka. Wylądowała dokładnie przed dziewczynami.

- Gdzie jest Milo? - spytała Jinę.

- Minęłam się z nim na schodach. - odpowiedziała Jeżyca. - Chodźmy.


Wszyscy już zasiedli do stołu. Gerald okrążył ich, podając każdemu po dwa naleśniki na talerz, po czym sam usiadł na swoim miejscu. Wtedy cała grupa zaczęła jeść.

- Rick, jak to się dzieje, że masz teraz jakiś lekki sen? - spytała Jina brata.

- To znaczy?

- Kiedy cię tak ostatnio budziłam, nie mierzyłeś w nic i nikogo bronią ani nie krzyczałeś. - wytłumaczyła.

- A, ostatnio znowu mam ten koszmar. Wiesz, o co mi chodzi.

- Niestety tak.

Wtem usłyszeli pukanie do drzwi.

- Przepraszam was na chwilę. - powiedział Gerald, po czym wytarł się serwetką i podszedł do drzwi. Otworzył je i aż zaniemówił.

Stał przed nim Elijah w swoim już codziennym płaszczu, trzymający za rękę Synthię. Oboje nie wyglądali jednak zbyt dobrze: Eli miał prawą rękę w temblaku z szarfy i zabandażowane czoło, a Synthia - podarty żakiet i kilka zadrapań.

- Witaj Gerald. - przywitał się czarny Jeż.

- Eli? Synthia? - zdziwił się Wilk, po czym mocno przytulił obojga, uważając jednak na ich obrażenia. - Cześć wam! Co się stało?

- Właśnie wróciliśmy z rozmowy z Kiarą. - odpowiedziała Synthia, uśmiechając się do przyjaciela. - Możesz nas już odstawić?

- A, tak. Wybaczcie. - Gerald opuścił małżeństwo. - Po prostu od tak dawna was nie widziałem. Nie mogłem się powstrzymać. Proszę, wejdźcie!

- Dzięki. - powiedział z uśmiechem Eli, po czym razem z żoną wszedł do środka.

Wszyscy spojrzeli na wchodzące małżeństwo. Bliźniaki aż wstały, widząc ich obrażenia.

- Eee... Tato? Możemy wiedzieć, co tam zaszło? - spytała Jina.

- To było tak: wasza mama w swej mądrości podcięła tę pozbawioną wszelkich emocji Kiarę, gdy schodziła ze schodów. Potem chwyciła mnie za szarfę i pociagnęła za sobą, ciągnąc przy okazji Synthię, która w ostatniej chwili chwyciła mnie za kołnierz. - wyjaśnił czarny Jeż.

- Podsumowując, wasz tata ma zwichnięte ramię, ja siniaki na 2/3 ciała, a Kiara skręconą kostkę, podbite oko, złamany nadgarstek i suknię do wymiany. - dodała Synthia.

- Auć. - skwitował Rick.

- Niczego nie żałuję! - zawołała starsza Jeżyca, zostając przytuloną przez męża.

- Wręczyć im medal za ten czyn! - krzyknął Gerald, śmiejąc się serdecznie.

Elijah i Synthia usiedli przy stole. Eli zwrócił się do dzieci:

- To jak? Jesteście gotowi?

- Gotowi na co? - spytała Jina.

- Na waszą rodową inicjację oczywiście.

Bliźniaki spojrzały po sobie niepewnie.

- Spokojnie, nie chodzi o walkę na smierć i życie. - uspokoił ich ojciec. - Po śniadaniu musimy gdzieś pojechać. Pomożesz nam, Harris?

- Jasne. - przytaknęła Kolczatka.


Barracks wyjechał z miasta i kierował się gdzieś w góry. W kokpicie siedział Harris, na tyłach zaś - Rick, Jina i Elijah.

- Rick, oddaj jedno Ostrze Jinie. - powiedział ojciec.

Jeż bez wahania wyciągnął miecz i podał go siostrze.

- Nasza rodzina od wieków posługuje się tymi Ostrzami. - zaczął Elijah. - Ale nie tylko one czynią nas tym, kim jesteśmy.

- To znaczy? - spytała Jina.

- Jedziemy właśnie do pewnego bardzo ważnego dla nas miejsca. Miejsca spoczynku pierwszych Clarke'ów.

- Wycieczka na cmentarz? - zdziwił się Rick.

- To nie jest żaden cmentarz. - odparł ojciec. - Tego miejsca nigdy nie skalano żadnymi budynkami ani nie skażono. Można powiedzieć, że to takie miejsce kultu. Od pokoleń wielcy szermierze przychodzili tam, by uczyć się od mistrzów tej sztuki. Za każdym razem byli odprawiani z kwitkiem.

- Jesteśmy! - zawołał Harris.

- Zresztą sami zobaczycie. - dokończył Eli, po czym wyszedł z wozu.

Znaleźli się przed doliną, do której prowadziła wąska szczelina w górze.

- Musicie przejść tą szczeliną. - polecił dzieciom czarny Jeż.

- Ty nie idziesz? - spytał Rick.

- Ja już swoją inicjację przeszedłem. Teraz wasza kolej.

Nie czekając na odpowiedź, Elijah wszedł do kokpitu, po czym polecił Harrisowi, by jechał do miasta. Ten chciał się sprzeciwić zostawianiu swojego najlepszego przyjaciela i dziewczyny na pustkowiu, lecz wiedział, że nie powinien tego robić. Spojrzał ostatni raz na Jinę przez lusterko samochodu, po czym odjechał.

- Oni po nas wrócą, prawda? - spytała brata Jina.

- Obawiam się, że nie... - odparł nijako Rick, spoglądając na szczelinę. - Chodź, załatwmy to, co mamy do załatwienia i zwijajmy się stąd.


Rodzeństwo szybko przeszło przez szczelinę i dotarło do doliny. Pokrywała ją gęsta, jedwabiście miękka trawa. Nieopodal szumiał strumień wpływający do jeziorka. Nieopodal niego rosło drzewo, pod którym stały dwie kamienne tablice.

- Nic dziwnego, że wybrali to miejsce na swoje sanktuarium i miejsce pochówku. - skomentował ten widok chłopak, po czym uklęknął przed jedną z tablic.

- Co tam masz? - spytała Jeżyca, podchodząc do brata.

- To chyba ich groby... - odpowiedział, czyszcząc tablicę rękawem. - "Tu spoczywa... James Clarke, pierwszy Tancerz."

- Tak tam pisze? Hmm...

Jina uklękła obok Ricka i rownież przeczyściła tablicę obok.

- "Tu... Spoczywa... Jamie Clarke, pierwsza Tancerka."

- To bliźniaki. - wywnioskował Jeż.

- Skąd to wiesz?

- To samo imię, tylko zależne od płci i ten sam tytuł. - wyjaśnił. - Tylko dlaczego akurat Tancerze?

- Chętnie odpowiemy wam na to pytanie. - usłyszeli zza siebie lekko zniekształcony kobiecy głos.

Bliźniaki odwróciły się i omal nie dostały zawału. Przed nimi stały półprzezroczyste widma czarnych, złotookich Jeży około trzydziestki - kobiety i mężczyzny. Kobieta miała na sobie czarne bryczesy, skórzane buty do kolan, swoistą futrzaną spódnicę oraz top z tego samego materiału, co spódnica. Mężczyzna ubierał się tak samo, z wyjątkiem braku topu. Duchy po prostu stały nad Rickiem i Jiną, uśmiechając się z nutą złośliwości.

- Szkoda, że się nie widzicie. - powiedział duch Jeżycy.

- Kim wy jesteście? - spytała Jina.

- Jestem James Clarke. - przedstawił się mężczyzna.

- A ja Jamie Clarke. - przedstawiła się kobieta.

- Pierwsi Tancerze! - powiedzieli chórem, kłaniając się bliźniakom w pas.

- Ale dlaczego akurat Tancerze? - spytał Rick, wstając i pomagając siostrze wstać.

- A widziałeś te kocie ruchy? - odpowiedział pytaniem na pytanie James, po czym wykonał dwanaście salt w tył, wieńcząc to poczwórnym obrotem i lądowaniem na równe nogi. - Ta-dam!

- Wow! - powiedziała Jina.

Duch Jamesa podszedł do reszty.

- Niech zgadnę: jesteście dzieciakami Eli'a? - spytał bliźniaków.

- Tak. - przytaknęła Jeżyca. - Skąd wiecie?

- Bo u Clarke'ów bliźniaki rodzą się co drugie pokolenie, a Elijah jest jedynakiem. - wytłumaczyła Jamie.

- Więc przysłał was tu na waszą inicjację? - spytał James. - Pokażcie Ostrza.

Rick i Jina wyciągnęli miecze, i pokazali je duchowi.

- Najwyższej jakości debrisjańska stal... Srebro wysokiej próby... Adamantowy rdzeń. I jeszcze ta magiczna poświata. Tak, to są nasze Ostrza! - powiedział, przyglądnowszy się Ostrzom.

- Przy okazji, mogę wiedzieć, czemu macie na sobie to żelastwo? - spytał duch Jeżycy, patrząc na wizjer Ricka i dłonie Jiny.

- Wypadek przy pracy. - odpowiedziały zgodnie bliźniaki.

- Rozumiem... Wobec tego, jeśli nie macie żadnych pytań... Zaczynajmy inicjację!

Wokół młodych rozciągnął się runiczny krąg. Kiedy ktoś próbował go opuścić, zostawał zatrzymany przez pole siłowe. To samo tyczyło się wejścia.

- Zazwyczaj przyzywamy jakiegoś mocnego potwora, z którym poradziłby sobie tylko utalentowany szermierz. - zaczął James.

- Ale skoro jest was dwoje... - dodała Jamie.

- Mamy walczyć między sobą? - zdziwiła się Jina.

- Zgadłaś. A żeby nie było za łatwo lub gdyby ktoś nagle się poddał...

Duch Jeżycy pstryknął palcami. Od tego momentu bliźniaki widziały siebie nawzajem jako swoich największych wrogów.

- Zaczynajcie!

Rick i Jina zataczali między sobą koła, co jakiś czas powarkując. Nagle Jina skoczyła w stronę brata i zamachnęła się mieczem. Chłopak w porę odparował cios, uderzając przy okazji siostrę w brzuch.


Walka toczyła się długo i zaciekle. Żaden z bliźniaków nie zamierzał odpuścić. Oboje byli zlani potem i krwią tego drugiego. W końcu w Ricku obudził się demon - futro pordzewiało, a oczy i blizny zabłysnęły na pomarańczowo.

- Uuu! Będzie ciekawie! - powiedział z ekscytacją James.

Rdzawobrązowy Jeż podciął siostrę nogą i przejechał krańcem Ostrza po jej policzku.

- A teraz... - powiedziała Jamie, po czym pstryknęła palcami i szał w oczach Jiny zniknął.

Jeżyca spojrzała po sobie i stojącym na nim wściekłym bracie. Dotknęła świeżej rany. Skojarzyła fakty. Łza popłynęła jej po zranionym policzku.

- Na co czekasz, Rick? - spytał retorycznie James.

- Wykończ wroga!! - krzyknęła Jamie.

Rick uniósł miecz nad głowę. Był w każdej chwili gotowy do zamachu. Nagle duch Jeża pstryknął palcami. Chłopak powoli się uspokajał. Kiedy jego wygląd wrócił do normy, spojrzał na siebie, a potem na swoją zmaltretowaną siostrę.

- Co się właśnie stało...? - spytał ni to siebie, ni to duchy.

- Rzuciliście się sobie do gardeł. - wyjaśnił James.

- Wygrałeś. Teraz dokończ swego dzieła. - dodała Jamie.

Jeż spojrzał na siebie, na Ostrze, na Jinę. Zacisnął dłoń na rękojeści, po czym cisnął miecz przez krąg między duchy.

- Nie zrobię tego!! - krzyknął.

- Bez tego inicjacja się nie zakończy. - powiedział bez emocji duch Jamesa.

- Stracicie Ostrza i okryjesz rodzinę hańbą. - dodał duch Jamie.

Rick wziął głęboki oddech.

- Tak więc bierzcie je sobie.

Duchy uniosły ręce, po czym bliźniaki usłyszały głośne, nieco ezoterycznie brzmiące oklaski.

- Co... To ma znaczyć? - spytała pół-zmęczonym, pół-płaczliwym głosem Jina.

- Gratulacje! Zdaliście! - zawołała Jamie.

James telekinezą uniósł Ostrza i wbił je w ziemię, koło bliźniaków.

- Nie rozumiem... - powiedział Rick, pomagając siostrze wstać.

- Wiecie dlaczego tylko Clarke'owie wychodzą stąd zadowoleni? - spytał duch Jeża. - Ponieważ każdy przedstawiciel innego rodu dostawał dokładnie to samo zadanie: walka z najlepszym przyjacielem.

- Za każdym razem ktoś ginął. - dodała jego siostra.

- Pokazaliście, że niezależnie od nagrody, nie powinno się niszczyć rodzinnej solidarności. Jesteście godni dzierżyć Ostrza.

- A jeśli chodzi o te rany...

James przeszedł kolejno przez Jinę, a pózniej przez Ricka, powodując u nich dreszcze. Poczuli jednak, jak ich obrażenia goją się w błyskawicznym tempie. Jedyne, po czym została blizna, to rana na policzku Jiny.

- Wow! Jak to zrobiliście? - spytał Rick.

- Kiedy jesteś trupem, otwierają się przed tobą nowe możliwości. - odpowiedział z uśmiechem James.

- A teraz przyszedł czas na waszą prawdziwą nagrodę. - stwierdziła Jamie, po czym zagwizdała ostro. W całej dolinie rozległo się rżenie konia.

Rozdział 15: SzponyEdytuj

Bliźniaki usłyszały stukot kopyt kierujący się w ich stronę. Kilka chwil pózniej leżeli na ziemi, przygnieceni przez wychudzone koniowate zwierzęta o całkowicie czarnej skórze, pustych, białych oczach i grzywach w odcieniach złota. Na ich bokach widniały złożone nietoperzowe skrzydła.

- Rick, pamiętasz ten sen, w którym rzucił się na ciebie taki zwierz? - spytała Jina, wpatrując się w oczy "pegaza" i nie ośmielając się nawet mrugnąć.

- Aha... - odpowiedział równie przerażony Rick.

- Chyba właśnie się spełnia.

Duchy podeszły do koni.

- Poznajcie: oto Gold i Ebony! - powiedział James, głaszcząc przygniatającego Jinę ogiera.

- Jedyne w swoim rodzaju złotogrzywe Testrale. - dodała Jamie.

- Testrale? Mowa o tych zombiepodobnych pegazach, które widzą tylko świadkowie czyjejś śmierci? - spytał brązowy Jeż.

- Jak mówiłam, są jedyne w swoim rodzaju. Nie tylko dlatego, że mają złote grzywy. Te widzą wszyscy, nie tylko osoby o nieciekawej przeszłości.

Gold i Ebony wstały z ziemi, uwalniając bliźniaki. Dopiero teraz zauważyli, że Testrale miały już na sobie siodła z ciemnej skóry, z metalowymi częściami wykonanymi ze złoto-czarnego metalu - ebonu, i wygrawerowanymi imionami wierzchowców

- Śmiało, pogłaszczcie je. - polecił James.

Rick niepewnie wyciągnął rękę i powoli przyłożył do smoczego pyska Ebony. Ta, bardziej chętna do nawiązania znajomości, zbliżyła głowę do Jeża.

- Polubiła cię. - oznajmił James.

Jina również spróbowała nawiązać więź między nią a Goldem. Ostrożnie wyciągnęła położyła dłoń na jego pysku. Testral lekko rozpostarł skrzydła, poczuwszy zimny dotyk jej metalowych dłoni.

- Widzę postęp. - powiedziała Jamie. - Dobra. A teraz wsiądźcie na nie i lećcie na podbój nieba!

Bliźniaki spojrzały na ducha z miną mówiącą "Jaja se robisz!".

- Co? Nigdy wcześniej nie jeździłem konno. - ostrzegł Rick, po czym niepewnie wsadził nogę w strzemię i wsiadł na Ebony.

- Podpisuję się pod przedmówcą. - oznajmiła Jina, rownież niepewnie wsiadając na Golda.

- Szybko się nauczycie. - odpowiedział im James. - Po prostu trzymajcie mocno lejce i nie dajcie się zrzucić.

- Że co?! - krzyknęła Jeżyca.

Duch nie odpowiedział. Dał Testralom znak, a te rozpostarły skrzydła i wzleciały w przestworza.


Harris i Heidi siedzieli przed bramą miasta, po obu stronach sporej skrzyni robiącej im za stół, i grali w karty. Kolczatka wyraźnie martwiła się o Jinę.

- Podbijam. - powiedziała Heidi, kładąc na środek skrzyni dwa kapsle. Harris nie zareagował. Siedział tylko, opierając głowę na rękach i tępo wgapiał się w odwrócone karty. - Hej, słyszałeś?

- Hm? - zamruczał pytająco, spoglądając nagle na Łanię.

- Wchodzisz?

Kolczatka kiwnęła głową i dorzuciła od siebie dwa kapsle.

- Wszystko OK, Harris? - spytała wprost dziewczyna.

- Po prostu ją tam zostawiłem...

- Słuchaj: wiem, że się martwisz, ale niepotrzebnie.

- Niby czemu?

- Policz sobie, co przeżyła Jina. Wybuch, utratę dłoni, hipotermię...

- Utrata dłoni nie grozi śmiercią. - zauważył Jax.

- Ale to, że się nie załamała, się liczy.

- Może... Może powinienem coś zrobić, by się już tak nie martwić...

Kolczatka spojrzała ukradkiem na swoje karty.

- Nah, kiepskie karty. Odpadam. - powiedział smętnie, po czym odszedł od skrzyni, zostawiając Heidi samą.

- Ja zagram za Harrisa! - odezwał się nagle Seth, wychodząc z tyłów Barracksa i spadając na miejscu Kolczatki.

Jax wsiadł do wozu i włożył do odtwarzacza płytę. Po chwili z głośników popłynęła smętna muzyka, godna upicia się przy niej, patrząc na zachód słońca zza ciemnych awiatorów.

- Jina, gdzie jesteś... - powiedział w pustkę.

Nagle zobaczył na niebiesko-szarym niebie dwie postacie. Z każdą sekundą robiły się coraz większe, nabierając coraz wyraźniejszego kształtu. Kształtu czarnych, nieumarłych koni.

- Co do...?!

Tuż przed wozem wylądowały dwa Testrale. Na jednym z nich siedział Rick, na drugim - Jina. Oboje wyglądali... Nieciekawie. 3/4 ich igieł sterczały do tyłu, a wizjer chłopaka był zabrudzony przez martwe owady.

- Nigdy... więcej... tak... szybkiej... jazdy. - wydukała Jina, po czym zeszła z siodła i chwiejnym krokiem podeszła do wozu.

- Rick? Jina? - spytał Harris, przerywając swój letarg i wyszedł na zewnątrz. - Jak wy...

Nagle Jeżyca zachwiała się. W jednej chwili upadała na ziemię, a w drugiej obejmowała Kolczatkę za szyję.

- Dzięki, Jax. - powiedziała z uśmiechem, po czym podniosła się na równe nogi.

- Co się tam działo. I skąd ta blizna?

- Wierz lub nie, ale ta cała inicjacja jest bardziej pokręcona niż myśleliśmy...

W międzyczasie Heidi podbiegła do Ricka z entuzjazmem w oczach.

- Wow! Nie wiedziałam, że jeździcie konno! - powiedziała.

- My też nie. - odparł Jeż, zeskakując z siodła i przecierając cyber-oko.

Łania ostrożnie podeszła do Testrala.

- Heidi, poznaj Ebony! - usłyszała z ust swojego chłopaka. - Nie bój się, nie gryzie.

- Jesteś pewien? Nie wygląda zbyt przyjaźnie...

- Jak każdy przedstawiciel tej rasy.

- Skoro tak mówisz...


Grupa wróciła do hotelu. Po drodze udało im się zgarnąć Werę i Flash. Kiedy stanęli pod budynkiem, Testrale wzbiły się w powietrze i wylądowały na jego dachu, a feniks zmniejszył się do rozmiarów świetlika. Harris otworzył drzwi.

Wewnątrz było znacznie ciemnej niż wcześniej. Nigdzie rownież nie było śladu po dzieciakach, Geraldzie, czy rodzicach bliźniaków.

- Jest tu kto? - spytała Heidi, wszedłszy do środka.

- Brat, prześwietl to i owo, OK? - zasugerowała Rickowi Jina. Jeż przytaknął i przestawił wzrok na termowizję.

- Ani żywej duszy... - powiedział, po czym zajrzał na piętro. - A nie, czekaj. Dzieciaki są w pokoju i chyba przesypiają kilka ostatnich dni.

Bliźniaki profilaktycznie wyciągnęły Rewolwery. Jina i Harris weszli powoli do jadalni. Wszystko było w najlepszym porządku. Na stole stały trzy talerze z niedojedzonymi naleśnikami oraz dwa kufle piwa i kieliszek szampana.

- Jeszcze ciepłe. - stwierdził Harris, wyciągnąwszy dłoń nad talerz.

- Wychodzi na to, że ktoś lub coś przerwało im jedzenie. Chodźmy dalej.

- Hej! Chodźcie tutaj! - usłyszeli ze strony Wery.

Księżniczka stała za ladą, utrzymując w powietrzu kulę światła, podczas gdy Seth wyciągnął jakąś książkę i otworzył na zaznaczonej przez wystającą kartkę stronie. Rick sięgnął po kartkę. 

- "Podążajcie za lilią." - przeczytał. - Sorry, ale co?

- To chyba cytat z jakiejś książki. - zasugerowała Jina. - Jakakolwiek by ona nie była.

Wera już miała coś powiedzieć, kiedy nagle do środka weszli Eli, Synthia i Gerald.

- ... A potem mówię mu prosto w twarz: "Nie!" i rzucam nim przez pół kontynentu. - powiedział czarny Jeż, kończąc swoją historię o tym, jak to wtłukł Eggmanowi. Wilk zaśmiał się serdecznie.

- Rany! Szkoda, że mnie tam nie było. Ten cały "Eggman" to jakiś maniak. - odpowiedział.

- A żebyś wiedział, przyjacielu. A żebyś wiedział.

Dotychczas milcząca Synthia spojrzała na ekipę. Uśmiechnęła się na powitanie.

- Witajcie. - powiedziała, zwracając przy okazji uwagę męża.

- O, już jesteście. Szybko wam to poszło. - zauważył Eli.

- Taa... - odpowiedział Rick.

- Nie chcesz nam może czegoś powiedzieć, tato? - spytała Jina, ukazując bliznę na policzku.

Starsza Jeżyca spojrzała na córkę z troską, a po chwili na Eli'a z wyrzutem.

- Czemu na mnie patrzycie? Nie ja to wymyśliłem. - bronił się Elijah. - Poza tym, przeżyliście i to się liczy.

Synthia przewróciła oczami.

- A przy okazji... Gdzie byliście przez ten czas? - spytał Rick.

Gerald zawahał się. Spojrzał na przyjaciół, którzy wyraźnie pokazywali, by nie mówił.

- Wybaczcie, tajemnica. - powiedział lekko zawiedziony. - Może kiedyś--

Wtem za Eli'em przybiegł kapral Locke, wyraźnie przerażony. I pozbawiony lewej dłoni, której kikut był teraz szczelnie zabandażowany.

- Kapitanie! Kapitanie!! Pomoc potrzebna od zaraz! - krzyczał, próbując wyhamować przed czarnym Jeżem.

Elijah spojrzał zaskoczony na Lisa.

- Co się stało, kapralu? - spytał, patrząc na jego obrażenia.

- Zwiadowcy Najeźdźców! Są tutaj! Raptem kilkadziesiąt metrów od bramy!

Czarny Jeż dał Locke'owi z liścia w twarz na uspokojenie.

- Spokój, żołnierzu! Zaprowadź nas tam.

- Tak jest. - odpowiedział, salutując.

- Synthio, zostań z Geraldem. Wero, Seth, wy lepiej też zostańcie.

- Tajest. - przytaknął Seth.

- Ale ja chcę wam pomóc! - zaparła się Wera.

- Z całym szacunkiem, jesteś bardziej potrzebna w mieście niż tam.

- To może chociaż... - księżniczka dała Jinie jeden ze swoich mieczy świetlnych. - Weź to. Przyda ci się.

- Dzięki. - powiedziała Jeżyca z uśmiechem.


Eli i ekipa wyszli z Black Terra prowadzeni przez Locke'a. Trafili na ogołoconą polanę, na której rozstawili się Najeźdźcy.

- To oni! - powiedział Locke, wskazując na grupę. - Zmywam się stąd!

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, Lis był już daleko.

- Kogo oni wypuszczają w tych czasach do wojska... - westchnął głęboko Elijah. - Rick, z kim mamy do czynienia?

Rick przybliżył sobie widok. Ujrzał parę mocno zmodyfikowanych cybernetycznie Lisów w kombinezonach bojowych, z których jeden dzierżył jakiś dziwny młot, oraz coś, co przypominało krzyżówkę Wilka z Żurawiem. Był nagi i w 3/4 łysy, z długimi bionicznymi nogami, na których stał jak na palcach. Górne partie jego ciała były oddzielone od dolnych masą kabli, które prawdopodobnie całkowicie zastąpiły wszystkie tamtejsze tkanki. Obie ręce mutanta zostały zamienione na ultraostre szpony. W czaszkę miał wszczepiony wizjer, podobny do tego Ricka, lecz świecący jaskrawoczerwonym światłem.

- Sądząc po tym wielkim cyborgu, będzie cieżko. - stwierdził Jeż.

Elijah utworzył na każdym Barierę. W tym czasie wszyscy wyciągnęli broń.

- Dobra, jedziemy! - krzyknął Harris, po czym pobiegł prosto oddział. Reszta ekipy podążyła za nim, kompletnie zaskakując Najeźdźców.

Walka była zaciekła. Pierwszy padł żołnierz ze strzelbą, przeszyty na wylot mieczem czarnego Jeża. Jax, korzystając z okazji, wziął jego broń i zaczął z niej naparzać w cyborga. Ten nic sobie z tego nie robił, tylko warczał i ciął wszystko szponami.

Później zginął młotodzierżca. Najpierw został ogłuszony przez mocne uderzenie Bo w klatkę piersiową, a potem dostał kilka chaotyczno-energetycznych serii w łeb ze strony bliźniaków.

Zwycięstwo nie trwało zbyt długo. Cyborg wykopał Ricka i Heidi z pola bitwy, pozbawiając ich przytomności. Elijah pobiegł ku nim, by ochronić ich przed dobiciem. Jina zaczęła naparzać z Rewolweru jak szalona. Wilk oczywiście miał to gdzieś. Zaszarżował na nią i kilkoma celnymi ruchami odciął Jeżycy ręce niemalże do barków.

- Jina!! - krzyknął Harris, rzucając strzelbę na ziemię. Pobiegł do leżącej w kałuży własnej krwi Jeżycy. Ta krzyczała i płakała z bólu i przerażenia. Elijah rownież pobiegł do córki.

- Jina, skarbie, spójrz na mnie. - powiedział do niej Eli, tamując krwawienie własnym płaszczem.

Jeżyca zobaczyła nad sobą ojca i Kolczatkę. Wtuliła się w czarnego Jeża, dalej płacząc.

- Zabij go. - polecił Harrisowi Elijah. - Skrzywdził moją córkę, zasługuje na to.

Jax przytaknął mężczyźnie i odwrócił się do cyborga. Chwycił młot zabitego żołnierza i zaszarżował z nim na Wilka z furią w oczach. Cyborg wykonał kilka cięć, pozbawiając go przy okazji prawie całego lewego dreda niemal. Kolczatka nic sobie z tego nie robiła. Biegł na niego dalej, ignorując obrażenia i utratę krwi. Kiedy był wystarczająco blisko, zaczął wymachiwać obuchem. Najpierw pozbawił go szponów, potem zmiażdżył nogę. Kiedy cyborg upadł, Harris zamachnął się, po czym młot nawiązał bardzo bliską znajomość z jego klatką piersiową, niszcząc po drodze żebra i pozostałe w nim organy wewnętrzne.

- To koniec. - powiedziała Kolczatka, gdy szał bojowy minął. Podszedł do Elijah. - Co z nią? 

- Straciła przytomność, ale przeżyje. Wracajmy do miasta. 


Jina otworzyła powoli oczy. Leżała w szpitalnym łóżku, w pokoju pomalowanym na złoto i czerwono. Czuła, że nie ma na sobie nic poza opatrunkami w okolicach talii i barków. Chciała wstać i rozeznać się w sytuacji, lecz nie miała na to siły.  Nie miała siły na nic. 

Wtem usłyszała pukanie w drzwi. Do środka powoli wszedł Harris. Miał wszczepiony ciemnozłoty mechaniczny dred. Gołym okiem dało się zauważyć, gdzie kończy się żywa tkanka, a gdzie zaczyna metal.

- Dzień dobry, señorita. - powiedział z uśmiechem. 

- Jax...

Kolczatka pocałowała dziewczynę i usiadła na krańcu łóżka. Jeżyca spojrzała na jego wszczep.

- Co się tam stało, Jax? - spytała cicho.

- Nie pamiętasz? Tamten cyborg omal cię nie zabił. Na szczęście zdołałem mu w tym przeszkodzić. 

- Dzięki. Ale co stało się ze mną? 

Harris zawahał się lekko. 

- Wiesz, lepiej będzie, jak sama to zobaczysz. 

Delikatnie ściągnął z Jiny kołdrę. Poza topem z bandaży, ujrzała jeszcze coś. Ciemnozłote mechaniczne ręce ciągnące się prawie do barków. Na 3/4 powierzchni miały wygrawerowane czarne wzory kojarzące się z barkoiem. Kłykcie miały kształt tępo zakończonych piramidek.

Jina zbliżyła do siebie rękę i obejrzała z każdej strony. Spojrzała na Harrisa przeszklonymi oczami, po czym wtuliła się w niego.

- Dziękuję. - powiedziała po cichu. 

- Drobiazg. - odparł. - Powiedzieli, że możesz wyjść, kiedy tylko się obudzisz. Chyba nie chcesz, żeby Rick pożarł wszystkie naleśniki? - zaśmiał się pod nosem. 

Jeżyca przytaknęła z uśmiechem i powoli wstała z łóżka. Ubrała się i wyszła z pokoju, trzymając Jaxa za rękę.

THE END

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki