FANDOM


Przedział wiekowy: +14

Rozdział 1: Ponure przebudzenieEdytuj

Heidi obudziła się w podwójnym łóżku, przykryta czerwoną ozdobną kołdrą. Szybko zauważyła, że jest kompletnie naga. A obudzenie się nagim w cudzym łóżku nigdy nie należało do najfajniejszych przeżyć. Łania podniosła się gwałtownie z miejsca, zakrywając się kołdrą.

- O Boże, o Boże, o Boże, o Boże...! - mówiła do siebie, okalając pomieszczenie wzrokiem. - Gdzie ja jestem...? A co ważniejsze... - złapała się za głowę. - Czemu nic nie pamiętam?

Pokój miał staromodny wystrój. Naprzeciwko łóżka stała duża szafa z lustrem wiszącym na drzwiach. Po prawej stronie Łani było wiktoriańskie biurko, na którym leżała jakaś kartka. Nad nim widniało duże zasłonięte okno. Dało się zobaczyć, że był środek nocy. Pomieszczenie oświetlała tylko latarenka stojąca obok kartki.

- Podsumujmy, co wiem: nic nie pamiętam, obudziłam naga w łóżku, w ciemnym pokoju, w jakimś obcym domu... I tyle. - powiedziała nieco spokojniej. Heidi powoli wstała z łóżka i chwiejnym krokiem podeszła do biurka. Usiadła na krześle, podniosła kartkę i zaczęła czytać.

"Droga Heidi... Sama nie wiem, czemu to piszę. Może dlatego, że za kilka chwil stracę pamięć? Nie wiem. Do rzeczy: miejsce, w którym się znajdujesz, to >>Zamek Van de Merwe<<. Przybyłaś tu, by wykonać pewne... Zadanie. Polega ono na znalezieniu pewnego artefaktu i DOSŁOWNYM stawieniu czoła swoim lękom. Do tego musiałaś wyczyścić sobie pamięć ze wspomnień sprzed około dwóch tygodni."

- To wyjaśnia amnezję... - skomentowała Łania.

"Zauważyłam, że ten zamek roztacza wokół siebie dosyć... Nietypową atmosferę. Kiedy to piszę, czuję jakby miało mi zaraz rozsadzić mózg. [...] Nie wiem, co mnie do tego podkusiło... Ale nie ma już odwrotu. Zdobądź  artefakt i znajdź wyjście z tej ruiny i nie daj się szaleństwu!

Twoja przyjaciółka, Heidi."

- Co?! - zdziwiła się dziewczyna, czytając ponownie imię nadawcy. - Ja to napisałam? Ale...

Wtem zauważyła, że na kartce pisze coś jeszcze.

"P.S. To nie są urojenia. Cokolwiek siedzi w tym zamku, chce cię w nim zatrzymać. Rada na przyszłość: nawet jeśli to tylko omamy, nie daj się zwieść. Omijaj TO szerokim łukiem, inaczej TO cię zabije. Nie próbuj nawet z TYM walczyć, i tak ci się nie uda. Chowaj się, skradaj, uciekaj... COKOLWIEK!!"

Heidi zakryła pyszczek dłonią. Nie mogła uwierzyć, co zrobiła. Wpakowała się do jakiegoś nawiedzonego zamczyska, a jego mieszkaniec chce ją albo zabić, albo pozbawić poczytalności. Sama nie wiedziała, co było gorsze. Wiedziała jednak, że musi się z tym zmierzyć, żeby uciec. Westchnęła głośno.

- Co lub kto mnie do tego podkusił? - spytała łamiącym się głosem. Przetarła oczy. - No... Muszę się z tego jakoś wyplątać...

Łania wstała i odsunęła zasłonę. Wyjrzała przez okno.

- Długa droga na dół... Cholera...

Podeszła powoli do szafy i otworzyła ją. Wewnątrz leżało tylko kilka części ubrania: biała damska koszula na ramiączkach, z koronkami, czarny gorset, obcisłe brązowe spodnie z paskiem i czarne skórzane kozaczki do kolan. Do kompletu była rownież czarna koronkowa bielizna.


Po kilku minutach Heidi przejrzała się w lustrze. Wyglądała jak wiktoriańska dama z polowania.

- Heh, chociaż jedna dobra wiadomość... Wyglądam w tym bosko! - powiedziała do siebie z niepewnym uśmiechem. Zrobiła sobie jeszcze kucyk z włosów za pomocą długiego rzemyka. Kiwnęła twierdząco głową, wzięła w dłoń latarenkę i podeszła do drzwi. Przełknęła głośno ślinę, po czym nacisnęła klamkę.

Rozdział 2: Zamek Van de MerweEdytuj

Korytarz był bardzo długi. Przez jego środek przebiegał czarno-złoty dywan. Od czasu do czasu pod ścianą stały zbroje wyprofilowane na lisie, wilcze itp. Znalazła się nawet zbroja na Kolczatkę. Tak samo jak w pokoju, na korytarzu nie było ani trochę światła. Heidi uniosła przed siebie zapaloną latarenkę, lecz ta nagle zgasła. Łania wzdrygnęła się, ale dalej powoli szła przed siebie.

- Spokojnie, Heidi... To tylko wiatr...

Nagle zauważyła na dywanie ślady czegoś, co wyglądało na krew. Adrenalina zaczęła się powoli uwalniać. Chciała jak najszybciej uciec z tego zamku. Ciekawość wzięła jednak górę nad zdrowym rozsądkiem i Heidi podążyła za krwią. Kiedy przeszła koło drzwi, te gwałtownie się otworzyły, omal nie przyprawiając dziewczyny o zawał. Złapała się za serce i oparła się plecami o murowaną ścianę.

- Moja głowa... - jęknęła po cichu, po czym przeszła przez drzwi.

Pomieszczenie okazało się dużym gabinetem. Na biurku, nad którym wisiał portret sinego Lisa o długich srebrnych włosach i czerwonych oczach, stała mała puszeczka podpisana jako oliwa oraz mała paczka zapałek. Heidi wzięła je bez namysłu, sądząc, że wkrótce się jej przydadzą. Po chwili spojrzała na portret Lisa.

Stał wyprostowany na czerwonym tle, ubrany w ciemnoszare bryczesy, długie białe pończochy i czarne buty z klamrami. Na górze nosił czerwoną kamizelkę ze złotymi guzikami, spod której wystawały rękawy białej koszuli. W jednej dłoni trzymał inkrustowaną laskę z gałką, w drugiej - uniesiony w górę pistolet skałkowy. Patrząc na niego, dało się poczuć bijącą od niego dumę i odwagę.

- To musi być dawny właściciel tego zamku... - wydedukowała Heidi. - Wygląda tak dumnie...

Wtem coś zaskrzypiało po drugiej stronie drzwi. Łania odwróciła się i ujrzała poruszający się cień. Zaczęła gorączkowo szukać jakiejś kryjówki. W końcu weszła do niskiej szafki z blatem stojącej pod ścianą. Było w niej wystarczająco dużo miejsca, by schować się wewnątrz. Dziewczynie pozostało już tylko czekać. 

Drzwi otworzyła mała złota Lisiczka o zielonych oczkach, w wieku około 10 lat. Miała na sobie staromodną czerwoną sukienkę na ramiączkach. Dziewczynka pochodziła chwilę po pokoju i zatrzymała się przed szafką. 

- Gdziekolwiek jesteś, i tak cię znajdę. - zachichotała z demonicznym akcentem, po czym wyszła na korytarz prowadzący do pokoju gościnnego. 

Kiedy usłyszała zamknięcie drzwi, Heidi wyszła ze swojej kryjówki. Serce waliło jej jak młotem, a ręce trzęsły się ze strachu. Postawiła latarenkę na biurku, uzupełniła w niej oliwę i w pośpiechu ją zapaliła. Ciepłe światło sprawiło, że strach powoli mijał. Po chwili jednak wrócił ze zdwojoną siłą, kiedy Łania spojrzała na portret hrabiego.

Jego ubranie było teraz potargane jakby przed chwilą rozszarpane przez gałęzie drzew. Z oczu, ust i gardła wypływała ciemna krew. Z lufy zardzewiałego już pistoletu wylatywał szarawy dym. Nawet tło się zmieniło - miało teraz bardzo ciemnoczerwony, niemal czarny kolor.

Heidi czuła, jak obraz zmaltretowanego Lisa wrzyna jej się w umysł. Potrząsnęła energicznie głową, trzymając ręce na skroniach. Kiedy spojrzała półokiem na obraz, ten jakimś sposobem wrócił do normy. Łania odetchnęła głęboko.

- Muszę stąd uciec zanim stracę zmysły... - powiedziała, chwytając latarenkę, po czym cichym, lecz szybkim krokiem, opuściła gabinet.

Heidi znalazła się w okrągłym pokoju z wąskimi oknami. Jak się domyśliła, była to wieża zamkowa. Na podłodze, obok schodów prowadzących w dół, leżała książka z jedyną ocalałą stroną. Na okładce widniał pozłacany napis "Dziennik Alexandra Van de Merwe". Łania podniosła resztki książki i zaczęła czytać, przyświecając sobie latarenką.

Z tego, co tam napisano, hrabia Alexander nabył gdzieś jakąś tajemniczą kryształową kulę. Spowodowała ona postępujące u Lisa szaleństwo i zafascynowanie nekromancją. Reszta albo się urywała, albo była zbyt niewyraźnie napisana, by dało się cokolwiek przeczytać. Ostatnie słowo na kartce brzmiało: Ki-.

- Czyli jeśli chcę się dowiedzieć, co się wtedy działo, muszę uzupełnić ten dziennik. - wywnioskowała Heidi. - Coś czułam, że zostanę tu dłużej...

Łania wzięła zniszczony dziennik i zeszła na dół. Jej oczom ukazała się kuchnia. Stały tu blaty, piece i spiżarnie. Na podłodze koło drzwi wyjściowych leżała kartka. Dziewczyna podeszła i podniosła ją. Upewniwszy się, że pochodzi z dziennika Alexandra, włożyła ją za okładkę. Nastąpił niewielki błysk. Gdy światło wróciło do normy, Heidi zobaczyła, że kartka w jakiś sposób wróciła na swoje miejsce sprzed wyrwania.

Nagle usłyszała czyjeś bardzo ciężkie kroki. Wiedząc, co to oznacza, instynktownie schowała się w cieniu, wcześniej barykadując się skrzynkami i beczkami. Zgasiła latarenkę i czekała na rozwój wydarzeń.

- No do kroćset! Otwierajcież się!! - usłyszała, po czym nastąpiło uderzanie w drzwi. - Dobra. Skoro po dobroci nie umiecie...

Rodział 3: OdmieniecEdytuj

Heidi była pewna, że ktokolwiek się do niej dobija, nie przedrze się przez barykadę. Nie miała pojęcia, jak bardzo się pomyliła. Drzwi w jednej chwili poszły w drzazgi pod naporem dwóch długich, zardzewiałych tasaków z zadziorem. Ich właściciel przysunął je do siebie, po czym jednym potężnym kopniakiem rozwalił blokujące przejście skrzynki. Kiedy wszedł do kuchni, Heidi omal nie dostała zawału. 

Drącym się archaicznie osobnikiem był wściekły czarny Kundel z obłędem w oczach, z zakrwawionymi tasakami zamiast rąk. W jego łysiejące, chude ciało były wszyte różnej wielkości, poplamione krwią, metalowe płyty, a do rąk i nóg miał przykręcone pręty, zapewne żeby pomóc mu się poruszać. 

- No!! - krzyknął. - Tylko kto tu może jeszcze być...?!

Nieumarły Kundel zaczął powoli przeczesywać teren w poszukiwaniu intruza.

-  Daruj sobie te gierki, cwaniaku! Obaj wiemy, że to nic nie da! - zawarczał. Akurat stał do Łani plecami. Dało jej to szansę na wymknięcie się z pomieszczenia.

Nagle potknęła się o zardzewiałą puszkę, która wypadła ze skrzynki. Kundel odwrócił się w jej stronę i krzyknął:

- Wybierasz się gdzieś?!

Zaszarżował na Heidi, wywijając dookoła tasakami. Pociął jej lewą rękę, nogę i brzuch, jednocześnie rozcinając jej ubrania. Kiedy upadła, uniósł oba ostrza, by ukończyć swe dzieło i... padł na ziemię przez zbytnie obciążenie pleców. Łania skorzystała z okazji,  podniosła się i dała w długą przez korytarz.

- Ja pier...!! - wrzasnął Kundel, patrząc jak jego niedoszła ofiara ucieka na korytarz. Podniósł się i zaczął za nią biec. - Wracaj tu, suko!!!

Jak nietrudno się domyśleć, Heidi nawet nie śniła o zatrzymaniu się. Biegła na ślepo przez korytarz, zalewając się łzami i własną krwią. Wreszcie dotarła do drzwi prowadzących do piwnicy. Nie namyślając się długo, otworzyła je, zbiegła po schodach i ukryła się w najbliższym cieniu, cicho łkając. Kiedy poziom adrenaliny w jej krwi opadł do w miarę optymalnego poziomu, zdała sobie sprawę, gdzie teraz jest. 

Znalazła się w czyimś, co przypominało lochy i salę tortur w jednym. Pośrodku stał drewniany stół operacyjny, cały czerwony od ostatniej istoty, która się na nim położyła. Naprzeciwko niego była mała klatka, do której, będąc na czworaka, zmieściłby się Mobianin. Wszystko to oświetlała wisząca nad stołem dogasająca latarenka. Łania podeszła do niej, utykając, i chwyciła za rączkę. 

- Wer ist hier? - usłyszała. - Ich kenne jemanden in hierher kam. Wer sind Sie?!

Heidi bardzo powoli zaczęła przeczesywać piwnicę w poszukiwaniu właściciela głosu. W końcu dotarła do klatki, w której ewidentnie coś siedziało. Kiedy dokładniej się przyjrzała, zauważyła, że to nie coś, tylko KTOŚ. Bardzo straszny ktoś. 

W klatce siedział na czworaka mocno pokaleczony samiec Hieny, o futrze w kolorze brudnego brązu. Z resztek jego oczu płynęła ciemnoczerwona krew. Jedyne, co miał na sobie, to poszarpana piaseczna przepaska sięgająca mu do 1/3 ud. Kiedy poczuł koło siebie Łanię, gwałtownie przysunął się do krat i chwycił dziewczynę za gorset.

- Sie! Befrei mich! - powiedział demonicznym, lecz błagalnym głosem. 

Heidi wyrwała się z uścisku. Jej tętno i oddech przyspieszyły, a oczy znów zalały się łzami. Ten szaleniec miał ją dosłownie na wyciągnięcie ręki. Kto wie, co mógłby jej zrobić? Odsunęła się od klatki aż do połowy szerokości całej piwnicy. Patrzyła na niego przerażonym wzrokiem. Dopiero po pewnym czasie dotarło do niej, co on mówi.

- Mam... cię uwolnić...? - spytała go drżącym głosem. 

Hiena przytaknęła.

- Tylko jak... Jak mogę mieć pewność, że nic mi potem nie zrobisz?

- Nie możesz. - odpowiedział już zrozumiale.

Heidi spojrzała w krwistoczerwone, pozbawione białek oczy więźnia, dalej zachowując dystans. 

- Zszokowana? - spytał z ironią w głosie. - Po co pytam... Oczywiście, że tak.

- Kim... Czym ty jesteś...? 

- Niegdysiejszym strażnikiem Kuli. Ten... Hurensohn, Alexander, zamknął mnie tutaj i stara się mnie złamać. Arme, kleine Fuchs. Ostrzegałem go, by nie patrzył prosto na nią. Ale czy posłuchał? Nein!

- Ale skoro miał--

- MA. - poprawiła ją Hiena.

- Skoro MA ją od ciebie, to... Od jak dawna tu jesteś? 

- Jakieś... - policzył na szybko na palcach. - 50 Jahre.

Heidi już miała się zastanawiać nad obecnym wiekiem hrabiego, kiedy nagle poczuła silne pieczenie w okolicach ran. Chwyciła się kurczowo za brzuch. 

- Jesteś ranna. - powiedział więzień. - W tamtej szafce jest laudanum.

Łania podniosła się na w miarę równe nogi, po czym podkuśtykała do szafki wskazanej przez więźnia. Wewnątrz stała buteleczka z eliksirem przeciwbólowym. Odkorkowała ją i na szybko pochłonęła całą zawartość. Po chwili ból ustąpił, pozostawiając dziewczynę ze strachem w oczach. Odwróciła się do Hieny w klatce. 

- Gdzie jest klucz? - spytała. 

Więzień wskazał palcem na haczyk przy szafce. Heidi wzięła wiszący na nim klucz, po czym podeszła do klatki. Włożyła klucz do dziurki w drzwiczkach i przekręciła go w lewo. 

- Obym nie musiała tego żałować...

Drzwi klatki otworzyły się powoli, ze skrzypieniem. Chwilę później wyszedł z niej na czworaka więzień. 

- Danke. - powiedział, po czym uciekł w cień i zniknął. 

- Czekaj! Jak masz na imię? - zawołała za nim Łania. Po chwili spojrzała na podłogę w klatce. Widniało na niej wypalone w metalu imię. 

Proteus.

Rozdział 4: W ciemnościEdytuj

Opatrzywszy rany i uzupełniwszy oliwę w latarence, Heidi udała się do drzwi wyjściowych. Nie chciała zostać w tej piwnicy dłużej niż to konieczne. Zwłaszcza, że kiedy stała przy stole, zaczęła słyszeć czyjeś jęki połączone z dźwiękiem piłowania drewna lub, co bardziej makabryczne, ciała.

Nacisnęła klamkę i pociągnęła za nią. Z jakiegoś powodu drzwi się nie otworzyły. Łania zaczęła za nie szarpać, lecz te dalej uparcie zostawały zamknięte. Heidi w końcu zrezygnowała z szarpania za klamkę i zaczęła rozglądać się za jakąś alternatywą. W międzyczasie zdążyła znaleźć kilka kartek z dziennika.

- Skoro ten zamek jest starszy niż wygląda... - pomyślała na głos, po czym przyłożyła ucho do ściany i zaczęła ją odpukiwać, przemieszczając się co jakiś czas o niecały metr. Pomyślała, że w piwnicy może być jakieś tajne przejście. 

Nie pomyliła się. Po którymś odpukaniu usłyszała w jednym miejscu pustkę. W dodatku cegły słabo tam trzymały. Heidi zdołała wyciągnąć wystarczająco dużo, by zrobić w miarę sensowną dziurę. Weszła do niej, co poskutkowało głośnym pluskiem po drugiej stronie i zalamoknięciem knota latarenki. Łania podniosła się na równe nogi i obejrzała nowe otoczenie. Znalazła się w zalanych tunelach, które dawniej pewnie prowadziły do innych części zamku. Woda sięgała nieco ponad kostki. Jedyne światło dawał księżyc w pełni, widoczny przez małe okienka na ścianie. 

- Nie słyszę żadnych niepokojących, pochodzących znikąd dźwięków. Wreszcie jakaś miła odmiana... - powiedziała do siebie szeptem Łania, po czym zaczęła powoli przemieszczać się w zalanych tunelach. 


Minęło już trochę czasu, a Heidi dalej brodziła w ciemności, szukając wyjścia. Miała wrażenie, że chodzi w kółko. Wkrótce jednak ujrzała przed sobą poustawiane pod ścianami skrzynki i beczki. Teraz miała pewność, że idzie w dobrym kierunku. 

Nagle usłyszała za sobą czyjeś nienaturalnie szybkie kroki stawiane w wodzie. Jak najszybciej zastawiła przejście w swoją stronę tym, co akurat było pod ręką. Zostawiła jednak trochę miejsca, by móc się dokładnie przyjrzeć napastnikowi. Opuściła uszy, by być na równi z barykadą i czekała. Kroki stawały się coraz głośniejsze.

Na ścianę skoczył jakiś potwornie pokaleczony Lis. Za jego ubranie służyło coś, co, wnioskując po mocno poszarpanej nogawce do kolana, kiedyś było zielonymi płóciennymi spodniami. Heidi przyjrzała mu się zza barykady.

- Proteus...?

Lis postawił uszy na sztorc i odwrócił głowę w stronę Łani. Podbiegł na czworaka bliżej niej. Dopiero teraz dało się zauważyć, że był on kompletnie ślepy! Z jego czarnych oczodołów płynęła zastygła już dawno krew. Wyszczerzył makabrycznie pożółkłe kły, zachichotał jak psychopata, po czym pobiegł na czworaka w przeciwną stronę.

Jedyne, co w międzyczasie powstrzymywało Heidi przed krzykiem, była czyjaś ręka trzymająca ją za pyszczek. Kiedy Lis był wystarczająco daleko, została pociągnięta w cień. Dopiero przyciśnięta do ściany, ujrzała swojego "wybawcę", jakim była uwolniona jakiś czas temu Hiena.

- Möchten Sie sich selbst zu töten? - spytał retorycznie po niemiecku, patrząc jej prosto w zapłakane fiołkowe oczy. - Wierz mi, bycie pożartym przez Nędzarza. SCHLECHTE Idee!

Łania starała się uspokoić. Zaczęła głęboko oddychać przez nos, słuchając słów Proteusa.

- Hören: zajmę go, a ty uciekaj tamtymi drzwiami. - wskazał na zamknięte za nimi drzwi. - Verstehen Sie?

Dziewczyna przytaknęła na tyle, na ile pozwalały jej dłonie Hieny.

- Gut.

Proteus puścił Łanię, po czym przebiegł na czworaka po ścianie i skręcił w stronę Nędzarza. Heidi bez namysłu pobiegła do drzwi, otworzyła je i zniknęła za nimi. W pomieszczeniu, do którego trafiła, dało się poczuć subtelny zapach papieru i atramentu.

Trafiła do wielkiej biblioteki, oświetlanej przez wprostproporcjonalny do rozmiarów pomieszczenia żyrandol z dziesiątkami starych świec. Dokładnie pod nim, na podłodze, widniał krąg zastygłego wosku. Dla Heidi ta biblioteka wydała się doskonałą kryjówką. Przy okazji miała co poczytać, by choć na chwilę się wyciszyć. 

Nagle usłyszała czyjś cichy płacz. 

Rozdział 5: Córeczki tatusiaEdytuj

Za regałem klęczała popielata, około 16-letnia Lisica o długich czarnych włosach. Ubrana była w zwiewną, prześwitującą w świetle, czarną koszulę nocną sięgającą mniej więcej do 1/3 ud. Klęczała tak, skierowana w stronę wysokiego na dwa i pół metra okna i płakała rzewnie z tylko sobie znanego powodu. 

Heidi podkradła się do niej, lecz w ostatniej chwili została odciągnięta przez Proteusa, który jakimś niepojętym sposobem znów pojawił się koło niej. Odciągnął ją za regał. 

- Schlechte Idee. - powiedział, kręcąc głową. 

- Kto to? - spytała Łania, odwracając głowę w kierunku Lisicy. 

- To Dementia. - odpowiedział Proteus. - Pomniejszy Demon Obłędu. W przeciwieństwie do swojej młodszej, wiecznie uśmiechniętej "siostrzyczki", Manii, ta wiecznie płacze. 

- To znaczy, że są dwie?

- A słyszałaś demoniczny chichot? - odpowiedział pytaniem na pytanie Proteus. Nagle zastrzygł uszami, słysząc otwieranie wielkich drewnianych drzwi. - Cholera! To ona!

Hiena pociągnęła Łanię pod stół i uciszyła ręką. Heidi spojrzała w stronę drzwi. Stała w nich tamta złota dziesięcioletnia Lisiczka w czerwonej sukience. Wiatr wiejący jej za plecami momentalnie zgasił wszystkie świece na żyrandolu, powodując tym samym ciche "IK!" ze strony Łani, dalej zakneblowanej dłonią Proteusa. 

- Cześć, siostrzyczko! - przywitała się radośnie z Dementią, wciąż mówiąc jak opętana.

Płacz na chwilę ucichł.

- W-witaj... - powiedziała Dementia łamiącym się głosem. Brzmiał nieco mniej strasznie od dziewczynki w czerwonym, ale i tak mroził krew w żyłach. 

- Wiesz co? Mamy gości! Wreszcie będę mogła się z kimś pobawić!  Może dla ciebie też znajdzie czas?

- N-naprawdę? 

Heidi odwróciła się do Proteusa, gdy przestała czuć go na sobie. Ten w niewiadomy sposób zniknął. Łania spojrzała na rozmawiające "siostry". Nad nimi ujrzała Hienę stojącą na czworaka na regale i szykującą się do ataku.

- Töchter... - powiedział głośno Proteus, zwracając na siebie uwagę. - Gehen Sie nach Hause!

Lisice spojrzały na Hienę dokładnie wtedy, gdy ta skoczyła na nie z kłami i pazurami. Heidi w tym czasie zamknęła oczy, nie mając zamiru ich otworzyć, dopóki to się nie skończy. Jedyne, co teraz do niej docierało, to demoniczne, wrzynające się w mózg krzyki dziewcząt i dźwięki szarpania pazurami. Na koniec usłyszała coś jak zasysanie energii. Otworzyła oczy.

Po dziewczynach zostały tylko czerwona sukienka na ramiączkach i czarna koszula nocna - obie mocno poszarpane. Proteus również zniknął. Pozostawił po sobie jednak wypalone na podłodze ślady dłoni, stóp i pazurów oraz pozrzucane z regałów książki. Świeczki na żyrandolu znów zaczęły oświetlać bibliotekę. 

Heidi przyjrzała się porozrzucanym książkom. Wszystkie miały za strony wyrwane kartki z dziennika. Łania powyrywała je i włożyła do właściwej okładki. Wyszło na jaw kilka faktów historycznych...


Van de Merwe miał bezpośredni kontakt z Rodziną Królewską. Miał rownież jakieś dziwaczne układy z kobietą, która w dzienniku opisywana jest jako "Regentka". Słowa, jakimi ją opisywał, świadczą, że był w niej zakochany. Ta jednak nie podzielała jego uczucia.

Zawiedziony Lis chciał jej jakoś zaimponować, więc wyruszył na mroźną północ w poszukiwaniu idealnego prezentu. Tam spotkał tajemniczą istotę, która przedstawiła się jako "Inny". Zaoferował hrabiemu tajemniczą kryształową kulę, a zażądał za nią raptem dwóch monet.

Alexander wrócił do zamku z kulą w dłoni, akurat podczas wizyty "Regentki". Hrabia już miał dać jej prezent, kiedy nagle usłyszał szept dobiegający z wnętrza kuli. Autor dziennika opisuje go jako "mroczny, lecz promienny, opiekuńczy, lecz zimny".

Wtedy właśnie zaczął się postępujący u hrabiego obłęd, podczas którego zmienił się nie do poznania: uprzejmy, towarzyski i charyzmatyczny szlachcic był teraz odizolowanym od całego świata obłąkanym nekromantą, o błękitnej krwi którego świadczyło wyłącznie nazwisko. 


Po plecach Heidi przeszedł zimny dreszcz. Wolała nawet nie myśleć, co Alexander mógł jeszcze przyzwać. Położyła dziennik na stole i usiadła obok. Oparła głowę rękami. 

- Czyli jestem na ostatniej prostej... - pomyślała na głos. Chwyciła w dłoń latarenkę i przyjrzała się jej z bliska. Knot był całkiem suchy, mimo iż jakiś czas temu wylądował wodzie. - Dzięki...

Łania wstała, wzięła latarenkę i dziennik, po czym skierowała się do jednych z drzwi wyjściowych. Miała wrażenie, że podświadomie wie, gdzie się kieruje. Nie wiedziała jednak, co tam znajdzie...

Rozdział 6: Umysł szaleńcaEdytuj

Wielka, ciemna sala. A na jej końcu zniszczony tron. Co więcej, na tym tronie ktoś siedział.

Był to szkielet Lisa, ubrany w rozpadające się szlacheckie ubranie, którego kołnierz i połowa środka koszuli były zakrwawione. Na kolanach trzymał zardzewiałą szpadę. W jego zaciśniętej niemalże w pięść dłoni znajdowała się mała czarna kula, w której co jakiś czas tańczyły czerwone iskierki, oświetlając kościste palce. Na policzkach widniały płynące z oczodołów czarne ślady zastygłej krwi. Pomimo tego, że to był już "nagi" szkielet, na jego "pyszczku" dało się zobaczyć obłąkany uśmiech.

Heidi bardzo powoli weszła do sali, jeszcze ciszej zamykając za sobą ciężkie,  okute, drewniane drzwi. Przyjrzała się szkieletowi z daleka. Nagle przypomniał jej się tamten obraz. Dodała dwa do dwóch i zamarła. 

- Alexander...! - wyszeptała z przerażeniem. Spojrzała na lewą dłoń trupa. - To musi być Kula...

Podeszła powoli do tronu. Kiedy znalazła się u podnóża, ukłoniła się lekko. Nie wiedziała, czemu, ale wierzyła, że może to coś dać. Po chwili podeszła do szkieletu i spróbowała wyciągnąć mu z ręki artefakt. 

Nagle poczuła na nadgarstku ciasny, zimny uścisk. To szkielet chwycił ją za rękę i za nic nie chciał puścić. Spojrzał na Łanię swoimi pustymi, wciąż zakrwawionymi oczodołami, w których po chwili pojawiły się małe czerwone światełka. 

- Ładnie to tak? Niepokoić zmarłych? 

Heidi patrzyła z przerażeniem na nieumarłego Lisa i natychmiast zaczęła się szarpać, by uwolnić rękę z jego uścisku. Ten we wprost idealnym momencie ją puścił, przez co Łania poleciała z hukiem na podłogę.

Szkielet zaśmiał się maniakalnie, po czym chwycił starą szpadę w dłoń i wstał z tronu, kierując się w stronę dziewczyny. Z każdym postawionym krokiem pojawiało się na nim coraz więcej ciała. Kiedy stanął dokładnie nad nią, Heidi miała przed sobą hrabiego Van de Merwe'a we własnej osobie. Rany jednak nie znikały z jego ciała. Z jego oczu i gardła wciąż sączyła się świeża krew. 

- Demolujesz mój dom. Uwalniasz mego więźnia... Niepokoisz moją służbę. - wyliczył hrabia, po czym pomachał przed Łanią Kulą trzymaną we wciąż kościstej dłoni. - A teraz... chcesz mnie okraść. 

- Ta Kula nigdy do ciebie nie należała! - odparła Heidi, starając się ukrywać strach. - Wszystko już wiem.

- Twierdzisz, że wiesz wszystko... - ciągnął dalej Alexander, zataczając kółka wokół Łani, po czym wrócił na tron, dalej szczerząc się jak obłąkany. - Podaj konkretny przykład...

- Regentka...

Hrabia postawił uszy na sztorc. 

- Kochałeś ją...

- Może i kochałem. - przerwał Alexander, wstając z siedziska i zaczynając krążyć po komnacie. - Ale to już przeszłość. Przez kogo moje gardło wygląda jak szwajcarski ser? Przez kogo wyruszyłem na północ, by znaleźć odpowiedni podarek, który ogrzałby to skute lodem serce, które rozgrzewa wyłącznie krew swych wrogów? Nie wiesz nawet, co zrobiła swej szwagrowej. Sama mi się zwierzyła... Ale teraz, kiedy dzierżę w dłoni samą Kulę Obłędu, nigdy już nie doprowadzę do takiego obrotu spraw. Nigdy! 

Heidi musiała działać i myśleć szybko. Dopóki obłąkany hrabia ciągnął swoją tyradę, miała szansę w miarę szybko odebrać mu Kulę i uciec. Zakradła się do wędrującego Lisa i wyciągnęła ku niemu rękę. Ten nagle się odwrócił i pchnął Łanię zardzewiałą szpadą w bok. Dziewczyna upadła na kolana, trzymając się za ranę i próbując stłumić płacz i krzyk.

- Myślałaś, że uda ci się mnie oszukać? - spytał retorycznie, patrząc jej w oczy, po czym szepnął jej do ucha: - Źle myślałaś.

Alexander uniósł szpadę i wycelował prosto w kark Heidi. Już miał zadać śmiertelny cios, kiedy nagle...

- Schluss!! - wrzasnął po niemiecku czarny cień z wyraźnymi czerwonymi oczami, który wyleciał zza drzwi i zaczął zataczać zacieśniające się koło wokół hrabiego. Po raz pierwszy na jego pyszczku dało się zobaczyć strach.

Nagle cień zatrzymał się dokładnie przed Lisem. Obok niego pojawiły się jeszcze dwa - złoty i siny. Z czarnego cienia zmaterializowały się twarz i ręce Proteusa. Hiena wyszczerzyła się przerażająco.

- Alexandrze Van de Merwe!! - wykrzyknął razem z dwoma towarzyszącymi mu cieniami. - Więziłeś nas przez całe 50 lat. Teraz... Pora, byś posmakował własnego lekarstwa! Podanego przez samego Demona Obłędu!!!

Cała trójka chwyciła hrabiego i zaczęła wokół niego krążyć. Ten początkowo dygotał, co z czasem przerodziło się w krzyk bólu i rozpaczy.

Heidi widziała to wszystko, zanim przyćmiło jej wzrok i padła nieprzytomna.


Obudziła się z krzykiem, zlana potem. Przyjrzała się sobie i swojemu otoczeniu. Leżała na czerwonej kozetce, w małym pokoju przypominającym gabinet psychiatry. Miała na sobie swoje stare ciuchy i swój kłosowy warkocz zamiast kucyka na rzemyku i stroju kawalerzystki. Była przykryta kocem.

- To był tylko sen... - powiedziała do siebie szeptem, po czym złapała się za głowę czując w niej lekki ból. Jej pamięć w jakiś sposób wróciła na swoje miejsce.

Wtem do gabinetu wszedł bordowy Kober z jednym okiem białym i drugim czarnym, ubrany w długi do kostek czarny płaszcz z kołnierzem.

- Widzę, że już się obudziłaś. - powiedział na powitanie. Podszedł do niej i podał jej rękę, ukrytą w białej gumowej rękawiczce. - Zicar Hipnosis.

- Heidi. - przedstawiła się Łania, uściskując jego dłoń. - Jak się tu znalazłam?

- Ciężko stwierdzić. - powiedział Zicar, wzruszając barkami. - Jeden ze strażników zauważył cię leżącą niedaleko bramy. I jak na zawołanie, pojawił się jakiś Jeż z bionicznym okiem. To... jakiś twój znajomy?

- Tak... To mój chłopak.

- Rozumiem. Ale wracając: przyniósł cię tutaj. Fizycznie nic ci nie było. Problem w tym, że w ogóle nie kontaktowałaś. Jakbyś była w transie połączonym ze śpiączką.

Heidi zrobiła zdziwioną minę. Kober kontynuował jednak swój wywód.

- Obudziłaś się dopiero teraz. To pierwszy raz, gdy spotkałem się z takim przypadkiem. W każdym razie, skoro jesteś już przytomna, mogę przeprowadzić standardowe badanie. Skoczę tylko po swoje rzeczy i możemy zaczynać.

Skinął na pożegnanie Łani, po czym wyszedł z gabinetu, lecz wcześniej dodał:

- Tam leżą twoje rzeczy. Przy okazji: ładny tatuaż.

- Tatuaż? - zdziwiła się dziewczyna, lecz w tym samym momencie psychiatra zniknął za drzwiami.

Heidi, lekko chwiejnym krokiem, wstała i podeszła do krzesła, na którym stał plecak. Wewnątrz ujrzała coś, co zmroziło jej krew w żyłach.

Przerdzewiała latarenka i czarna kryształowa kula, w której tańczyły czerwone iskry.

Wtem poczuła ból w lewym boku. Uniosła w tym miejscu koszulę. Znajdował się tam okrągły tatuaż przypominający tribalowy wir. Wydawał się rzeczywiście wirować.

Guten Abend,' Fräulein. - usłyszała znajomy, demoniczny głos. - A może powinienem powiedzieć: Guten Abend, Czempionko?

- Proteus? - spytała Heidi, rozglądając się po pomieszczeniu. Po chwili zdała sobie sprawę, że głos dobiega z Kuli.

- We własnej osobie. - odpowiedział z zadowoleniem w głosie Demon. - Chcieliśmy ci osobiście podziękować za uwolnienie nas ze szponów tego Hurensohna Van de Merwe'a. 

- Wy?

- Pamiętasz te dwie Lisice?

Łania przytaknęła.

Gut... Nie przedłużając: oficjalnie mianuję cię moją Czempionką i obdarzam moim artefaktem: Kulą. Szanuj ją, a ona będzie szanować ciebie.

- D... Dziękuję...

W tym momencie głos Proteusa ucichł, a iskry w Kuli zniknęły. Heidi uniosła ją i przycisnęła do piersi.

- To nie był sen... - wyszeptała.

Nagle do gabinetu wkroczył Zicar, trzymając w dłoni notes i ołówek. Łania szybko schowała artefakt do plecaka i odwróciła się do psychiatry.

- Wszystko w porządku? - spytał Zicar, widząc konsternację malującą się na pyszczku dziewczyny.

- T-tak, w jak najlepszym. - odpowiedziałą niepewnie, po czym wróciła na swoje miejsce na kozetce.

- Dooobrze... Możemy zaczynać.

Kober przysunął krzesło do kozetki i zaczął powoli notować. Heidi w tym czasie opowiedziała mu swój "sen", pomijając te ważniejsze fragmenty.

THE END (?)

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki