FANDOM


Rozdział 1: Nowy "przyjaciel" Edytuj

Leżałam na łące. Była 8:00, miałam jeszcze godzinę do pójścia do szkoły. Byłam w mundurku, miałam przy sobie plecak, tylko czekać na szkołę. Zaczęło mi się nudzić, więc wstałam, wyjęłam z plecaka słuchawki i puściłam muzykę. Powoli szłam w stronę szkoły. Miałam jeszcze 45 min. W drodze do szkoły spotkałam moje przyjaciółki: Vanessę i Dominique.

-Cześć! - powiedziały.

-Hejoł!

-Co tam? - zapytała Vanessa.

-Spoko, a tam? - odpowiedziałam.

-Dobrze - powiedziała ze swoim francuskim akcentem Dominique.

Tak rozmawiałyśmy, dopóki Van nie wpadła przypadkowo na białą lisicę z czarnymi włosami.

-Ał! Masz jakiś problem?! - krzyknęła.

-Nie...

-To s*****aj! - odpowiedziała jej koleżanka.

-Nienawidzę dziewczyn ze starszych klas - powiedziała nam Domi.

-A kto by je lubił? To typowe "gwiazdeczki" i "plastiki"- odpowiedziałam.

-Dobra, nie ważne. Chodźmy na lekcję, bo się spóźnimy - popędziła nas Van.

Dzisiaj miałam 7 lekcji! 7! Koszmar! Po szkole zostałyśmy trochę na skate parku. Po około godzinie byłam już w domu. Przebrałam się w mój ulubiony strój: białą koszulkę na ramiączkach, czerwone legginsy i brązowe trampki. Zjadłam obiad i poszłam przejść się po mieście. Gdy już byłam w centrum, usłyszałam dziwny, psychiczny śmiech.

-Eggman- pomyślałam.

Miałam rację. W górze widać było duży statek, na szczycie którego stał ten wąsaty świr. Na niebie widać było mnóstwo Badników.

-Ciekawe, gdzie Sonic?-powiedziałam do siebie.

-Za tobą!-usłyszałam głos za mną.

Odwróciłam się. Rzeczywiście! To Sonic! Przyjacielsko uścisnęliśmy się.

-Hej Eggman!-krzyknął Sonic.-Znowu chcesz oberwać?

-Nie tym razem, Sonic!-odpowiedział mu Eggman przez głośnik.-Widzę, że jest z tobą twoja szara przyjaciółka. Pięknie! Im więcej zabitych mobian, tym lepiej!-krzyknął i zaczął się strasznie śmiać. Po 10 minutach walki poczułam, jak coś uderzyło mnie z całej siły w plecy. Siła uderzania była tak mocna, że odbiłam się od ściany jakieś budynku. Strasznie bolało!

-Ada!-krzyknął Sonic i szybko podbiegł do mnie.-Nic ci nie jest?!

-Nie, tylko strasznie bolą mnie plecy-odpowiedziałam.

-Poczekaj, zaraz ci pomogę!-powiedział, po czym wrócił do walki.

Po 5 min. Eggman już uciekał! Ale to był widok! Sonic pomógł mi wstać i odprowadził mnie do domu. Plecy nadal mnie bolały, mama chciała zadzwonić po lekarza, ale powtórzyłam jej: NIENAWIDZĘ LEKARZY! Gdy już wyszła z pokoju, spojrzałam na zdjęcie mojego brata. Chciało mi się płakać. Nie widziałam go od 7 lat! Uciekł z domu, gdy miałam 5 lat. Tęsknię za nim. Nie dopuszczam do siebie myśli, że coś złego mogło mu się stać. Gdy mama weszła do pokoju z piciem, próbowałam powstrzymać łzy. Chyba to zauważyła, bo powiedziała:

-Nie martw się. Na pewno niedługo go zobaczymy.

-Mówisz tak tylko, żeby mnie pocieszyć.-odpowiedziałam jej z wyrzutem.

-Nieprawda. Masz picie i proszę Cię, nie płacz.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Dzisiaj ze względu na moje plecy nie poszłam do szkoły. Z jednej strony cieszę się, a z drugiej - BÓL PLECÓW MNIE DOBIJA. Do tego nudy -_-. Na szczęście po szkole wpadły na chwilę Van i Domi. Jak one mnie znają! Powiedziały mi, że dzisiaj Philip znowu pobił tego Darren'a. Szkoda mi go. Czego ten Philip od niego chce? Co mu się w nim nie podoba? Nie rozumiem go. Ale czego można spodziewać się po łobuzie, którego ojciec i matka są ciągle pijani, nie zajmują się nim i jego rodzeństwem? Do tego Philip 2 razy siedział w poprawczaku. Podobno siedział tam za kradzieże i pobicia. Wszyscy w szkole się go boją! Raz nawet pobił nauczycielkę! Nienawidzę go. Zawsze omijam go szerokim łukiem. On wtedy tylko się do mnie złośliwie uśmiecha. Aż dreszcz mnie przeszedł. Gdy już poszły, zaczęłam zastanawiać się, co tam u Silvera. Jakiś czas go nie widziałam. Może później do niego zadzwonię. Tak rozkminiałam, aż przypomniałam sobie, że nudzi mi się! Więc włączyłam telewizję. Ale w telewizji jak to zawsze - nudy -,-. Dobra, pójdę się przejść. Walić to, że plecy mnie bolą! Gdy już trochę sobie pochodziłam, w parku zauważyłam Darren'a. Biedactwo! Cały był posiniaczony, oko miał podbite, rękę w bandażu!

-Hej, Darren! Wszystko w porządku? - zapytałam się go przyjacielsko.

-A nie widać? - odpowiedział z poirytowaniem w głosie.

-Znowu Philip?

-Jak zawsze...

-Nie możesz powiedzieć o tym komuś dorosłemu?

-Komu? Rodzice ciągle pracują, nauczyciele nic nie pomogą, a na policję nie pójdę.

-Czemu?

-Philip będzie wiedział, kto na niego nagadał, i wtedy z pewnością się zemści.

Zrobiło mi się go naprawdę szkoda.

-Dobra, idź już - powiedział.

-Dlaczego? - zapytałam się zdziwiona.

-Czekam na kogoś.

-Kogo?

-Nie twoja sprawa.

-Ej próbuję ci pomóc!

-Czy ja prosiłem o pomoc?

-Miło się was słucha...

Odwróciłam się. Za mną stał biały lis z kruczoczarnymi włosami, czarnymi oczami i czerwonymi źrenicami. Ubrany był w czerwoną koszulkę na ramiączka, czarne spodnie z owiniętym wokół prawej nogi czerwonym pasem i wysokie go kolan czarne glany z czerwonymi sznurówkami. Trochę się go przestraszyłam.

-O, Panie! Długo Pan tu stoi? - zapytał się Darren tak samo zaskoczony jak ja.

-Chwilę - odpowiedział mu lis. - A ty jesteś? - zwrócił się tym razem do mnie.

Byłam tak zaskoczona, że nie mogłam powiedzieć nawet słowa.

-To może ja pierwszy - powiedział po chwili ciszy. - Jestem Władcą Marionetek, ale niektórzy mówią mi Marceli.

-J...jestem Ada, Jeżyca Ada - nieśmiało mu odpowiedziałam.

-Miło mi. Darren nic mi nie powiedział, że kogoś przyprowadzi... - powiedział, po czym jego spojrzenie skierowało się na Darren'a.

-Ja... sam nie wiedziałem, że ona tutaj przyjdzie, Panie.

-Możesz mi coś wyjaśnić, Darren? - zapytałam się go. - Czemu mówisz do niego Panie?

Darren widocznie wahał się.

-Bo widzisz... Władca Marionetek jest moim tak jakby szefem.

-What?! - powiedziałam z niedowierzeniem.

-Chodzi o to - wtrącił się ten cały Marceli - że Darren jest moim sługą.

Patrzyłam na niego jak głupia. Sługą?!

-Dobra, nie ważne! - odezwał się do mnie Darren. - Idź już!

-Nie chcesz, żebym poznał twoją znajomą? - zapytał się go Marceli.

Darren chyba nie wiedział co odpowiedzieć. Przecież Marceli jest jego "szefem", a na szefów się nie wrzeszczy.

-No... może Pan, ale nie wiem, czy jest sens...

-Według mnie jest - odpowiedział mu Marceli, po czym zwrócił się do mnie - a według ciebie?

-No... może...

-No właśnie! - powiedział radośnie Marceli. - A właśnie, Darren - zwrócił się do lisa. - zapomniałem się spytać: coś ty taki posiniaczony?

-Nie chcę o tym mówić... - odpowiedział mu smutno Darren.

-Rozumiem...

-To... ja już pójdę do domu... Do widzenia, Panie! Cześć Ada! - pożegnał się z nami Darren.

-Pa! -odpowiedział mu Marceli. - To może zapoznajmy się? - zapytał się mnie.

-Dobrze...

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------To ja zacznę - powiedział Marceli. - Ile masz lat?

-12, a ty? -zapytałam się go.

-15 - odpowiedział.

-Długo tu jesteś?

-Nie. Ja tu nie mieszkam.

-Aha... a gdzie mieszkasz?

-W głowie.

Spojrzałam na niego jak na wariata.

-Nie jestem normalnym lisem.

-Widać po twoich oczach...

-Haha - zaśmiał się. - Masz rację. Co poradzę? Takie życie...W sumie...nieżycie.

-Jak to?

-Tak w sumie to ja nie żyję. Jestem tylko Alter Ego.

Nadal patrzyłam na niego jak na wariata. On spojrzał się na mnie zdziwiony.

-Nie wiesz co to znaczy "Alter Ego"?

-Wiem...

-To o co chodzi?

-Skoro jesteś Alter Ego...

-Tak...

-To czy nie powinieneś być w głowie?

-Byłem, ale potrafię wyjść na świat zewnętrzny.

-Ciekawe...Ale potrafisz wrócić do czyjejś głowy?

-Oczywiście.

-Fajnie...

I tak rozmawialiśmy przez ok. 2 godziny. Nawet fajny ten Marceli. Przyjemnie się z nim rozmawia. Nawet zapomniałam o bólu pleców! Marceli odprowadził mnie do domu.

-Do zobaczenia, Ada!

-Cześć!

Weszłam do kuchni, żeby się napić.

-Już cię plecy nie bolą? - zapytała się mnie mama.

-Nie, już nie tak bardzo.

-A kto to był ten chłopak, co cię odprowadził?

-To mój znajomy.

Mama podniosła jedną brew. No nie! Typowa mama! Jak jakiś chłopak mnie odprowadza, to już pytania typu: To twój chłopak? -_-

Rozdział 2: Zwiedzanko i Jakaś-tam Gra Edytuj

Obudziłam się rano o 9:00. Mimo to nie wyspałam się. Spojrzałam nieprzytomnym wzrokiem na kalendarz. Oh Yeah! Dzisiaj sobota! Brak szkoły, rodzice pojechali, będą wieczorem - super! Zjadłam śniadanie, umyłam ząbki, jeszcze tylko się przebrać. Jest jesień, więc może założę...czarną koszulkę, szare dresowe "alladynki" i czarne trampki. Na razie nigdzie nie planuję wychodzić, ale przygotuję szarą bluzę. Tak, zestaw idealny. Włączyłam laptop i przeglądałam internety. Po jakimś czasie usłyszałam drapanie o drzwi. Zdziwiłam się, zwłaszcza, że kto normalny drapałby drzwi? Poszłam sprawdzić. Gdy je otworzyłam, oczom moim ukazał się mały, czarny lisek, z czarnymi oczkami, czerwonymi źrenicami, białym brzuszkiem i białymi łapkami. Był taki słodki! Chciałam go pogłaskać, ale on wbiegł do domu, po czym skierował się do mojego pokoju.

-Ej, mały!

Gdy weszłam do pokoju, słodziak siedział na moim łóżku.

-,,Zaraz!" - pomyślałam. - ,,Te oczy...ma takie jak...Marceli!"

-Marceli? - odezwałam się do liska.

On pokiwał tylko główką.

-Serio? Wow!

Marceli uśmiechnął się.

-Aaaa...zmienisz się w normalnego siebie?

Lisek pokiwał główką. Nagle zaczął rosnąć i przybierać swoją normalną postać. Po chwili na łóżku siedział normalny Marceli.

-Nie wiedziałam, że tak potrafisz - powiedziałam.

-Wielu rzeczy o mnie nie wiesz - odpowiedział z uśmieszkiem na twarzy.

-Ale słodko wyglądałeś jako lisek *w*.

-Dzięki - odpowiedział śmiejąc się.

-A tak BTW to po co przyszedłeś? Pokazać się jako lisek? - zapytałam się go.

-Niestety nie - odpowiedział.

-To po co?

Marceli sięgnął po coś do kieszeni. Z niej wyjął duże pudełko (WTF?!) i podał mi je. Otworzyłam. W środku był jakiś dziwny przedmiot. Wyglądał jak jakaś dziwna i duża bransoleta. Miała jakiś duży otwór.

-Co to jest? - zapytałam się.

-Gauntlet - odpowiedział.

-Do czego to służy?

-Niedługo zobaczysz.

-No ok...dzięki :3

-Spoko. Mam nadzieję, że ogarniesz to.

-Na pewno. A właśnie! Marceli, pokażesz mi swój dom?

Marceli wyraźnie wahał się.

-Ale...czy jest sens? Mam...eee...bałagan! Bałagan w pokoju...

-Marceli, mnie nie zwiedziesz.

-No...ok...ale załóż bluzę.

-Czemu?

-U mnie w domu jest zimno.

-Ok - odpowiedziałam i założyłam szarą bluzę.

Marceli w tym czasie wyjął z kieszeni (WHAT?! Jakie on ma pojemne kieszenie XD) jakiś czarny zegarek i położył dłoń na moim ramieniu.

-Gotowa? - zapytał się.

-Chyba tak...

-Ok - powiedział i nacisnął guzik na zegarku. Nagle poczułam jakby żołądek podskoczył mi do gardła. Teleportowaliśmy się, czy coś. No nie! Ja źle znoszę takie podróże ;__; Po chwili wylądowaliśmy. Ja ledwie stałam, więc Marceli posadził mnie na jakimś krześle. Głowa mnie strasznie bolała.

-Czemu nie powiedziałaś, że źle znosisz takie podróże?

-Po pierwsze: nie pytałeś. Po drugie: skąd mogłam wiedzieć, że będziemy się teleportować?

Rozejrzałam się po jego pokoju. Rzeczywiście miał bałagan. Wszędzie były porozrzucane ubrania, książki, magazyny. Ściany pokoju były czerwone, podłoga była z ciemnobrązowego drewna. Na niej był czerwony dywan. Meble to była szafa, biurko, krzesło, półka na książki i łóżko. Ogólnie jego pokój wyglądał jak pokój jakiegoś emo. Było tutaj zimno, a Marceli chodził w koszulce na ramiączka o.O

-Straszny tu bałagan - powiedziałam.

-O, dzięki! Staram się - odpowiedział. - Już ci lepiej?

-Tak, dzięki - odpowiedziałam. - Więc to twój dom?

-Tak. Jest tu tylko ten pokój i łazienka.

-Aha. Fajny. Tooo...powiesz po co ten Gauntlet?

-Pokażę Ci na zewnątrz - odpowiedział, po czym złapał mnie i wcisnął guzik na zegarku. Gdy już dotarliśmy do mojego pokoju, Marceli zapytał się:

-Znasz jakieś miejsce do trenowania?

-Pewnie. Jest taki duży stadion.

-Świetnie! - powiedział, po czym zmienił się w małego liska i wskoczył na mnie.

-Rozumiem, że mam Cię tam zanieść? - zapytałam się.

Lisek kiwnął główką.

Stadion był świetnym miejscem do treningu nie-wiem-czego. Praktycznie nie ma tutaj ludzi, są tylko na jakieś specjalne okazje. Lisek całą drogę był do mnie przytulony, co jakiś czas odwracał się, żeby pooglądać widoki. Gdy dotarliśmy na miejsce, lisek z powrotem zmienił się w Marceliego i przestał mnie przytulać.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Dobra, trening czas zacząć! - zawołał Marceli.

-Czego trening?

-Żywiołowej Gry!

-Ok...

-Na początek załóż Gauntlet na lewą rękę i włóż Kulę do środka - powiedział i założył swój Gauntlet.

-Ok - powiedziałam, po czym założyłam swojego i włożyłam tą kulkę.

-Dobra, musisz powiedzieć w tym samym czasie co ja Chikara no kyū (Kulo Mocy).

-Spoko.

-Potem jedna osoba krzyczy Yōso o sentaku shimasu (Wybierz żywioł). Jako że ty jeszcze jeszcze nie masz go wybranego, ty to powiesz.

-Ok.

-Następnie gdy Kula wybierze Ci żywioł, powiedz swój żywioł i nazwę.

-Nazwę?

-No. Tak jak chcesz się nazywać. Najpierw Kula musi wybrać Ci żywioł.

-Ok, ok rozumiem.

-Skoro tak mówisz...Na 3! 1...2...3!

-Chikara no kyū - krzyknęliśmy w tym samym czasie.

-Yōso o sentaku shimasu! - krzyknęłam. Z Gauntletu wystrzelił czerwono-pomarańczowy promień.

-Super! - powiedział Marceli. - Masz Żywioł Ognia!

-Tak? Super! Uwielbiam ogień! - odpowiedziałam. - Dobra, teraz co mam powiedzieć?

-Żywioł i nazwę.

-Ok, więc Kasai (Ogień)! Eeee...niech będzie...Ognista Salamandra! - krzyknęłam, po czym z Gauntletu wydobył się czerwony pył i otoczył mnie ogień. Zaczęłam rosnąć, futro zaczęło zmieniać kolor, czułam także, że ubranie mi się zmieniło. Po chwili miałam żółte futerko, pomarańczowe włosy, czerwony makijaż i ubrana byłam w czerwony kombinezon z czarnym paskiem i czarne buty do kolan.

-Woooow! - krzyknęłam z wrażenia. - Ale czad!

-Fajnie wyglądasz - powiedział Marceli. - Moja kolej. Kurayami (Ciemność)! Krwawy Wróg! - krzyknął i z jego Gauntletu wyleciał fioletowy pył i otoczyły go łańcuchy. Po chwili wzbił się w powietrze (DOSŁOWNIE) i ryknął. Miał teraz normalne, czerwone oczy, czarną koszulkę z czerwonymi piórami, czarne spodnie i miał...nogi jak ptak. Miał również ogromne nietoperze skrzydła i długi jaszczurzy ogon. Stałam i patrzyłam się na niego.

-Wooooow...

-Dobra, teraz możesz użyć Kart Żywiołu i zaatakować mnie.

-Ok...Więc używam...Ognisty Podmuch! - powiedziałam i wokół mnie zaczęło tworzyć się ogniste tornado. Tornado pochłaniało jakieś rzeczy i rzucało nimi w Marceliego. Jego chyba to nie bolało.

-Nieźle - powiedział. - Teraz ja. Kule Ciemności! - krzyknął i nad nim zaczęły tworzyć się czerwone kule, które strzeliły we mnie. Trochę bolało. Już po chwili leżałam na trawie pokonana.

-Musisz się wiele nauczyć - powiedział Marceli. - Jeszcze raz?

-Spoko.

Ćwiczyliśmy przez ok. 2 godziny. Chyba lepiej mi idzie, chociaż ani razu nie pokonałam Marceliego. Chyba jest w to mistrzem! W drodze do domu Marceli dawał mi różne rady co do gry. po wejściu do pokoju od razu położyłam się na łóżku. Trening Żywiołowej Gry jest męczący!

Rozdział 3: Czas pomocy Edytuj

Weekend minął szybko, i znowu był znienawidzony poniedziałek. Rano standardowo zjadłam śniadanie, umyłam ząbki, przebrałam się w mundurek i spakowałam do szkoły. Dzisiaj wyjątkowo przyszły po mnie Van i Domi. Całą drogę rozmawiałyśmy o tej "Żywiołowej Grze". Później temat zszedł na Marceliego. Dziewczyny chciały go poznać, ale nie mam pojęcia gdzie on może być. Pierwszą w szkole lekcją był polski. Nuda! Potem kolejno matma, muza, infa, religia i najgorszy W-F. Najgorszy, bo mamy ze starszymi klasami, co oznacza, że będzie Philip i Amelia -_- Szatnie mamy ze starszymi dziewczynami, a chłopaki po przebraniu się tutaj wchodzą. Dzisiaj mieliśmy bieganie. Oczywiście Van była pierwsza. Ją wprost rozpiera energia. Czasami zachowuje się tak, jakby wypiła ok. 3 energetyki! Potem grałyśmy w siatkówkę z klasą Amelii. Jak zawsze - one wygrały. Na szczęście była to ostatnia lekcja i słodka wolność. Ja z dziewczynami wyszłyśmy ostatnie. Gdy szłyśmy korytarzem, z łazienki wyszedł Philip z tą jego bandą, czyli Alex'em, Blaise'm, Bruce'm, Danielem i Will'em. Na nieszczęście (oczywiście moje ;__;) odwrócił się w naszą stronę.

-O, Adusia! A gdzie ty się wybierasz? - zapytał się Philip. Towarzyszył mu jego złośliwy uśmieszek.

-Nie twoja sprawa - odpowiedziałam.

-No weź, mi nie powiesz?

-Odczep się.

-Oooo zgrywasz taką twardą i zadziorną?

-Odwal się, Philip! - powiedziała Vanessa.

-Ciebie nikt nie pytał o zdanie, debilko! - odezwał się Alex.

-Przestańcie! - krzyknęła Dominique.

-A co, w morde chcesz? - powiedział Bruce.

-Co tu się dzieję? - powiedział surowy, męski głos.

Chłopacy odwrócili się. Za nimi stał nauczyciel W-Fu.

-O, nic proszę pana - odezwał się Will.

-Tak tylko sobie rozmawiamy z małymi koleżankami - powiedział Philip i pogłaskał mnie po głowie. Miałam ochotę mu przyłożyć -_-

-Widzę, że rozmowa skończona - odezwał się nauczyciel. - więc chodźcie chłopaki. Omówimy jutrzejszą olimpiadę.

Chłopacy poszli za nauczycielem. Philip jeszcze mrugnął do mnie jednym okiem.

-Grupą byli w łazience? - powiedziała Van. - Czy nie wydaje wam się to dziwne?

-W sumie - powiedziałam. - Sprawdźmy.

Żeby wszystko było jasne! To była wspólna łazienka, nie męska! Pierwsza weszła Domi, ale zastygła nieruchoma.

-O co chodzi, Do.... - nie skończyłam.

Pod ścianą siedział pobity Darren! Cały był w krwi i siniakach. Przeraziłyśmy się.

-Darren! - krzyknęłam i podbiegłam do niego.

-Zostaw mnie - powiedział.

-Nie ma mowy! Chodź, pomożemy ci wstać - powiedziałam, po czym chwyciłam go lekko za ręce i postawiłam na nogi.

Biedak! Ledwo stał na nogach! Powoli pomogłyśmy wyjść mu z łazienki. Zaprowadziłyśmy go do pielęgniarki. Tam pani opatrzyła go i założyła bandaże. Chciała również zadzwonić po jego rodziców, ale on kategorycznie tego zabronił. Tłumaczył, że jego rodzice są zapracowani i nie odbiorą telefonów. Po wyjściu ze szkoły, odprowadziłyśmy go do mnie do domu, żeby trochę odpoczął. Później, gdy jego rodzice skończą pracę mają po niego przyjechać. Darren'a ciągle bolała ręka i głowa. Od razu położył się na łóżku. Szkoda mi go.

-Wyglądasz na zmęczonego - powiedziałam.

-I tak się czuję - odpowiedział. O której przyjadą rodzice?

-O 18:00, za 2 godziny.

-Super, wkońcu będą w domu.

-A co? Nie ma ich?

-Cały dzień pracują. Od 6:00 do 23:00. Czasami zostają w hotelach.

-Czyli w domu jesteś praktycznie sam?

-Mamy pokojówki i kucharki.

-Aha.

-Nie lubię zostawać sam w domu. Dziwnie się wtedy czuję.

I tak rozmawialiśmy o jego życiu. Potem tema zszedł na mojego brata, Louisa. Powiedziałam Darren'owi, że uciekł z domu w wieku 15 lat. W sumie...tylko tyle o nim wiem. 7 lat to naprawdę długo, a ja wtedy miałam 5 lat!

O 17:45 ktoś zadzwonił do drzwi. Wyszłam z Darren'em z pokoju. Mama otworzyła drzwi. W nich stała wysoka, biała lisica, z białymi, kręconymi włosami. Ubrana była w czerwoną sukienkę, biały żakiet i białe wysokie obcasy. Miała również biżuterię. Widać po kim Darren odziedziczył urodę...nie żeby coś...*rumieniec*.

-Dobry wieczór, Pani Philips - powiedziała. W jej głosie można było usłyszeć zmartwienie.

-Witam, Pani Powell - odpowiedziała jej moja mama.

Pani Powell odwróciła się w naszą stronę.

-Oh, synku! - powiedziała i przytuliła Darren'a, po czym zwróciła się do mnie. - Dziękuję Ci za pomoc mojemu synkowi! Oh, nie martw się, Darren. Spróbuję z ojcem poświęcać Ci więcej czasu.

-Taa, jasne - odpowiedział Darren.

-Oh, rozchmurz się Darren'uś!

-Nie mów do mnie DARREN'UŚ!

-Jesteś moim małym syneczkiem.

-MAMO!

-Co?

Darren wskazał na Adę.

-Mam Cię tak nie nazywać przy niej?

-PRZY NIKIM!

-No już, dobrze, synku.

Darren był cały czerwony (chyba ze wstydu). Uroczo teraz wyglądał ^w^ Znaczy, gdyby mama przy kimś powiedziała na mnie "Adusieńka", mieliby przechlapane. Pani Powell zwróciła się do mnie:

-Jeszcze raz dziękuję za pomoc mojemu synkowi!

-Nie ma sprawy. Każdy zrobiłby to samo na moim miejscu.

-Na pewno nie każdy.

-No więc...wiekszość.

Mama Darren'a zachichotała.

-Zabawną masz przyjaciółkę, Darren.

"Darren'uś" wyglądał na zmieszanego. Wiem, że on mnie nie lubi i nie wiedział co odpowiedzieć mamie.

-No więc dziękuję i do widzenia! - powiedziała pani Powell.

-Do widzenia! Dzięki i cześć Ada! - powiedział Darren.

Rozdział 4: Wina Marcela -_- Edytuj

Dzień zaczynał się normalnie. Był piątek, a ja leżałam w łóżku, bo byłam chora. Była 10:00.

-Aduś! - zawołała mama. - Możesz tu przyjść?

-Jasne.

Mama z tatą byli ubrani w płaszcze i właśnie zakładali buty.

-Słuchaj, my jedziemy - odezwał się tata. - Wrócimy o 16:00.

-Ok.

-Tylko bądź grzeczna i nie wychodź z domu.

-Jasne.

-To do zobaczenia! - powiedziała mama i wyszli.

Ciekawe, gdzie tym razem pojechali. Nevermind. Podeszłam do szafy na ubrania i przebrałam się w różowy sweter, niebieskie jeansy i różowe trampki. Jeszcze śniadanie i ząbki. Po chwili usłyszałam pukanie w drzwi. No tak! Marceli i Darren mieli do mnie wpaść. Poszłam otworzyć drzwi. Zgadłam! (Like a boss XD)

-Hejoł - powiedziałam.

-Hej - odpowiedzieli.

-Wchodźcie.

Marceli wchodząc do pokoju szperał w swoich kieszeniach (Nosz ile on tam mieści tych rzeczy?!) i wyciągnął małe pudełeczko.

-Proszę - powiedział i podał mi je. W środku był cudny, srebrny naszyjnik z różyczkami.

-Ojej, dzięki! Jest cudowny! - powiedziałam, po czym przyjacielsko go przytuliłam.

-Nie ma sprawy - odpowiedział. -Ej, może oprowadzicie mnie po mieście? - zaproponował.

-Ale miałam nie wychodzić z domu...

-Daj spokój! - powiedział Darren. - Twoi rodzice się nie dowiedzą! - powiedział, po czym obaj pociągnęli mnie za ramiona.

Oprowadzanie zaczęło się na polach. Uwielbiam tu przychodzić z przyjaciółkami. Po 30 minutach doszliśmy do kościoła. Marcel dziwnie na niego patrzył. Darren też to zauważył, bo zapytał:

-Coś nie tak?

-Nie, wszystko w porządku. A co? - odpowiedział Marceli.

-Dziwnie Pan patrzy na kościół.

-Pierwszy raz w życiu go widzę. A poza tym jest ogromny.

-Skoro tak mówisz...-powiedziałam.

Potem poszliśmy do parku. Tu chyba najbardziej mu się podobało. Nie dziwię mu się. Tutaj jest pięknie! Dużo drzew, ławek, piękny strumyk. Potem poszliśmy do centrum. Tutaj było najwięcej ludzi. Wszyscy dziwnie się patrzyli Marcela. Z Darren'em zastanawialiśmy się dlaczego. W końcu wpadł na brązową wilczycę z długimi blond włosami.

-O nie! - szepnęliśmy razem. - Wszyscy, tylko nie ona!

-Ej, uważaj gdzie leziesz! - powiedziała.

-Może sama uważaj - odpowiedział jej Marceli.

-Chciałbyś chłopczyku. Ej, chwila...jesteś tu nowy?

-Można tak powiedzieć...jestem lis Marceli.

-Wilczyca Mariko i lepiej zwiewaj stąd!

-Bo?

-Nie lubię tutaj nowych, więc jeśli ci życie miłe, znikaj stąd!

-Czyżby Marikuś się zezłościł?

-Kopie sobie grób - szepnęłam do Darren'a.

-Jak...mnie...nazwałeś?!

-MARIKUŚ.

-Myślisz, że dorównasz wilkowi?!- powiedziała, po czym na jej palcach pojawiły się pazury.

Darren chciał coś powiedzieć, ale szybko położyłam mu dłoń na usta na znak, żeby lepiej się nie odzywał.

-Czemu nie - odpowiedział Marceli. - Nie wyglądasz na trudną przeciwniczkę. Łatwizna.

-Osz ty! - krzyknęła, po czym zaatakowała go swoimi pazurami. Zadrapała go mocno w brzuch.

-Ał! - krzyknął Marceli. - Dobra, sama tego chciałaś! - powiedział, po czym powalił Mariko.

Gdy wilczyca podniosła się, wyjęła maczetę i próbowała zranić Marcela. On natomiast wyjął z kieszeni (No ejj jak pojemne mogą być jego kieszenie?!) nóż i obronił się. Bili się przez ok. 20 min. Raz przewagę miał Marceli (np. ciągnął ją za włosy), a raz ona (np. stawała na jego ogon). I tak co chwilę. Wszyscy patrzyli się na to, co się dzieje. Ja z Darren'em również przyglądaliśmy się tej walce. Gdzie Marcel nauczył się tak dobrze walczyć? Skąd miał nóż? Tyle pytań. W końcu (po prawie godzinie) byli tak zmęczeni, że nie mogli dokończyć walki.

-Dobra - wysapała Mariko. - Narazie remis. Ale ja tak łatwo nie odpuszczę! Pamiętaj!

-Powodzenia - wysapał Marceli.

Mariko odwróciła się i poszła w stronę parku. My podeszliśmy do Marcela.

-Długo walczyliście - powiedział Darren.

-Bywa - odpowiedział Marceli.

-Skąd nauczyłeś się tak dobrze walczyć? - zapytałam się go.

-Nudziłem się, więc trenowałem.

-Dobra, ale więcej z nią nie walcz, ok?

-Ale było zabawnie!

-Zabawnie? Cały jesteś w siniakach i zadrapaniach!

-Trudno.

-I weź tu się z takim dogadaj - pomyślałam.

-Ej Ada. Jest 15:45 - powiedział Darren.

-No nie! Rodzice zaraz będą! Wracamy!

Po drodze jeszcze trochę się sprzeczaliśmy.

-Musimy to kiedyś powtórzyć - powiedział Marceli.

-Walkę z Mariko? - odpowiedziałam.

-A jakże.

-Czy on zawsze taki jest? - zapytałam się Darren'a.

-A jak myślisz? - odpowiedział.

-Współczuję.

W końcu dotarliśmy do domu. Samochód rodziców już był.

-No nie - pomyślałam.

Otworzyłam drzwi. Od razu napadła mnie mama.

-Gdzie ty byłaś?! Miałaś nie wychodzić z domu!

-No przepraszam mamo...

-To moja wina - odpowiedział Marceli. - Chciałem, żeby Ada i Darren oprowadzili mnie trochę po mieście.

Rodzice patrzyli trochę wystraszeni na Marceliego.

-No...trudno. Miejmy nadzieję, że Ada niedługo wyzdrowieje...-powiedziała mama. - Eeee...może...wejdziecie do środka?

-Nie, my już musimy iść - powiedział Darren.

-No trudno. Do widzenia! - powiedziała mama.

-Do widzenia! - odpowiedzieli. - Cześć Ada!

-Cześć! - odpowiedziałam.

Rodzice patrzyli się na mnie dziwnie.

-Co?

-Ada, czy ten w czerwonej koszulce to nie ten chłopak, który kiedyś ciebie odprowadził pod dom?

-Tak, to on. Nazywa się Marceli. A co?

-No...wiesz... Niepokoją nas te jego...oczy.

-Wiem, że są dziwne, ale to fajny chłopak.

-No...skoro tak mówisz...

Lista zadań: poznać rodziców z Marcelim. Ale mam nadzieję, że nie pogorszy mi się. Mieć grypę to nic fajnego ;__;

Rozdział 5: 7 lat... Edytuj

Był wieczór. Leżałam na łóżku i słuchałam muzyki. Dzisiaj akurat cały dzień się nudziłam. Zresztą, zawsze są nudy w niedzielę. Van i Domi wyjechały a ja siedziałam z mamą w domu. Wyjrzałam przez okno. Było ciemno, tylko latarnie były włączone. Nikogo nie było na dworze. W sumie nie dziwię się, była 22:30. Mimo to nie chciało mi się spać. Nagle zauważyłam postać wolno zmierzającą ku mojemu domu. Zdziwiło mnie to. Nie spodziewaliśmy się dzisiaj nikogo, zwłaszcza o tej godzinie. Myślałam, że tylko wydawało mi się. Jednak myliłam się. Po chwili słychać było dzwonek do drzwi. Mama poszła je otworzyć. Usłyszałam jakiś męski głos. Mama przez chwilę milczała. Podeszłam do drzwi, żeby lepiej słyszeć. Usłyszałam, jak mama mówi, że ucieszę się na jego widok. ŻE WHAT? Czy ja go w ogóle znam? Byłam tak zdziwiona, że nie zauważyłam, że mama otworzyła drzwi. Byłam na nie oparta (a one otwierają się od strony przedpokoju), więc automatycznie prawie się przewróciłam. Prawie, bo ten mężczyzna mnie złapał. Spojrzałam na niego i...nie mogłam w to uwierzyć...

-Cześć, siostrzyczko.

To był...Louis. Mój kochany, starszy brat.Patrzyłam na niego zszokowana. Zmienił się. Miał dłuższe, rozczochrane włosy, ubrany był w bluzę, spodnie dresowe i czarne buty. Louis postawił mnie na nogi, a ja od razu go przytuliłam. On chętnie odwzajemnił tulasa. Zaczęłam...płakać. Po prostu płakać. Nie mogłam w to uwierzyć. Po 7 latach, w końcu spotykam mojego braciszka. Mama dołączyła do tulenia i również płakała. Po chwili odezwała się:

-No...dobrze. Chodź Ada, pozwólmy Louis'kowi odpocząć.

Nie miałam zamiaru go puszczać. NIGDY. Lou się tego chyba spodziewał, bo wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu. Usiadł na kanapie, a ja wciąż go przytulałam. Potem opowiedział nam, co robił przez ten czas. Dużo podróżował po Mobiusie, chociaż średnio mu się żyło. Mówił, że strasznie za nami tęsknił i martwił się o mnie. Jeszcze długo opowiadał, aż w końcu zadzwonił dzwonek do drzwi zwiastując, że tata przyjechał. Louis posmutniał. Nie dziwię mu się. W sumie to przez niego uciekł z domu. Gdy ojciec wszedł do domu, mama oznajmiła mu, że mamy gościa. Tata był zdziwiony (gość o północy to lekka przesada). Gdy wszedł do domu, stanął jak słup i przyglądał się Louis'owi. Za to on patrzył na tatę ze złością. Po chwili tata się odezwał:

-No, Louis. Nie spodziewałem się ciebie w tym domu po tylu latach.

-No widzisz. Świat pełny jest niespodzianek - czasami dobrych, a czasami okropnych - odpowiedział mu Lou z naciskiem na ostatnie trzy słowa.

-Może trochę grzeczniej do ojca?

-A co? Mam ci być wdzięczny, że to przez ciebie uciekłem z domu?!

-Było nie uciekać!

-BYŁO MNIE NIE BIĆ I PONIŻAĆ!

-MIAŁEŚ SIĘ UCZYĆ, A TOBIE TYLKO ZNAJOMI I WYJŚCIA Z NIMI W GŁOWIE BYŁY!

-JA SIĘ SAM O OJCA DEBILA NIE PROSIŁEM!

-COŚ TY POWIEDZIAŁ, SMARKACZU?!

-ŻE MAM OJCA DEBILA, KTÓRY NISZCZY RODZINĘ!

-TY GÓWNIARZU! WSZYSCY SIĘ O CIEBIE MARTWILIŚMY, A TY TAK SIĘ ODWDZIĘCZASZ?!

-MYŚLISZ, ŻE CI UWIERZĘ, ŻE ZA MNĄ TĘSKNIŁEŚ?! JAKBYŚ MÓGŁ TO WCZEŚNIEJ BYŚ SIĘ MNIE POZBYŁ!

-Chłopcy, nie kłóćcie się! - powiedziała w końcu mama. - Zwariowaliście? Tak o sobie mówić?

-Ten gówniarz zaczął! - powiedział tata.

-Nie mów tak o swoim synu!

-A co?! Teraz ty po jego stronie jesteś?!

-OPANUJ SIĘ!

-A ty, Ada?! Też po jego stronie?!

Przytuliłam się bardziej do Louis'a. Co w ojca wstąpiło?! Czemu tak się zachowuje?! Czyn naprawdę nie tęsknił za Lou?

-DAJ DZIECKU SPOKÓJ!

-DOBRA, RÓBCIE CO CHCECIE! JA IDĘ!

-GDZIE?!

-JAK NAJDALEJ STĄD! - krzyknął tata, po czym wyszedł z domu. Szczerze - nie obchodzi mnie dokąd poszedł.

-Ja też się będę zbierał - powiedział Louis. - Niepotrzebnie wam kłopot zrobiłem.

-O nie! - powiedziałam. - Nigdzie cię nie puszczę!

-To miłe, siostrzyczko, ale naprawdę powinienem już iść.

-A dokąd ty byś poszedł, Louis? - powiedziała mama.

Lou zastanawiał się.

-No właśnie. Nie masz dokąd pójść. Zostań w domu.

-Chciałbym, ale nie chce wam robić problemu...

-Nie żartuj sobie! Ty nigdy nie robiłeś nam problemów! Zawsze byłeś miłym, grzecznym chłopcem. Odpocznij sobie, a my przyszykujemy ci twój stary pokój. Ojciec zrobił tam graciarnię, ale damy sobie radę, prawda, Aduś?

-Tak! - powiedziałam, po czym wstałam i poszłam z mamą do pokoju Louis'a.

Dawno tam nie byłam. Pokój wydawał się mały przez ilość tych wszystkich gratów. Było tutaj mnóstwo teczek, papierów, dokumentów i pudeł. Dużo tu było starych rzeczy Lou, np. jego stara gitara. Świetnie na niej kiedyś grał. Było mnóstwo starych plakatów, magazynów, książek, starych ubrań i płyt. Louis zawsze interesował się muzyką. To była jego pasja. Dużo czytał, co zawsze wydawało mi się dziwne. Mama powiedziała, że jutro pójdzie z nim na zakupy kupić mu nowe ubrania. Chciałam iść z nimi.

-Córciu, masz jutro szkołę - powiedziała.

-Ale i tak się nie wyśpię, jest 1:15!

-Wyśpisz, wyśpisz.

-Nie sądzę...

-Czemu?

-Trzeba tutaj jeszcze wszystko ułożyć, wyczyścić, a to zajmie nam przynajmniej do 3:00.

Mama westchnęła.

-No dobrze, jutro nie pójdziesz do szkoły, ale nie będziesz miała siły, żeby iść na zakupy.

Może i miała rację, ale wytrzymam do końca przygotowywania pokoju. Miałam rację! Zeszło nam do 3:00! Pokój wyglądał mniej więcej tak: miał żółte ściany, na których były plakaty, jasnobrązową podłogę i granatowy dywan. Było tam biurko, dwa krzesła, komputer, szafa na ubrania i półka na książki. W rogu stało duże łóżko, a pod oknem stała jego ulubiona gitara i płyty. I tak zostało tu dużo miejsca. Lou ma pokój co najmniej 2 razy większy niż mój! Nie fair XD

Poszłam po niego i zakryłam mu oczy. Musiał się schylić, żebym mogła to zrobić. Jest wyższy ode mnie o ok. 20 cm!

-Idź powoli...-powiedziałam.

-Dobra, ale po co zakryłaś mi oczy?

-Bo to niespodzianka!

-No dobra...

Gdy już weszliśmy do pokoju, zdjęłam ręce z jego oczu. Wyglądał na szczęśliwego.

-Wow - powiedział. - Już zapomniałem, jak wyglądał. I jaki jest duży. O, moja gitara! - podszedł do niej. - Jutro spróbuję ci na niej zagrać, dobrze?

-Pewnie!

Podszedł do mnie i schylił się do mojego wzrostu.

-Dziękuję ci za pomoc, Aduś.

-Nie ma sprawy - powiedziałam i przytuliłam się do niego.

-Teraz bądź grzeczną dziewczynką i idź spać. Jest już strasznie późno.

-Dobrze - odpowiedziałam, po czym dałam mu rodzinnego całusa w policzek i poszłam do pokoju.

Dzisiaj był wspaniały dzień! W końcu spotkałam mojego braciszka! Byłam już zmęczona i prawie od razu zasnęłam.

Rozdział 6: Zacieśnianie więzi z braciszkiem i...niespodziewana rozmowa z Darren'em. Edytuj

Wstałam o...11:30. WOW, jestem z siebie dumna. Chwilkę poleżałam, aż usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi wejściowe. Niestety byłam w tak wygodnej pozycji, że nie miałam zamiaru wstać i sprawdzić, kto przyszedł. Nie musiałam długo czekać - już po chwili ktoś otworzył drzwi do mojego pokoju. Tym ktosiem okazał nie kto inny jak Lou. Wyglądał na zmęczonego. I tak faktycznie się czuł, bo prawie od razu padł (dosłownie) na moje łóżko.

-Co się stało? - zapytałam się.

-Nigdy więcej nie pójdę z mamą na zakupy - wysapał. - Byliśmy chyba w każdym sklepie w mieście!

-Widać, że jesteśmy rodzeństwem.

-Tak?

-Ja też nienawidzę chodzić z mamą po sklepach.

-No widzisz. Z 3 torby ubrań mi kupiła!

-Współczuję. Jeszcze musisz je przymierzać...

-Lou spojrzał na mnie zdziwiony.

-Że co?

-Mama zawsze jak coś mi kupuje, potem w domu każe mi to przymierzyć, czy aby na pewno pasuje. Podejrzewam, że z tobą będzie tak samo.

-O sh*t.

No to Louis poszedł przymierzać ubrania, a ja przebrałam się, zjadłam śniadanie i umyłam zęby. Po skończonych przymiarkach, Lou zawołał mnie do swojego pokoju.

-Co jest?

-Miałem spróbować zagrać ci na gitarze.

-A, no tak. Zapominalska jestem.

Lou uśmiechnął się i wziął gitarę.

Zaczął ją nastrajać. Nigdy nie wiedziałam, po co to robił. Gdy skończył, spróbował coś zagrać. Na początku kiepsko mu to wychodziło, ale po chwili grał coraz lepiej. Potem dał mi do spróbowania. Mi to w ogóle nie wychodziło. Trudno. Później rozmawialiśmy ogóle o zainteresowaniach.

-Ah, Lou! Przypomniałam sobie!

-O czym?

-Moja przyjaciółka pożyczyła mi książkę. To horror, ale ja nie przepadam za takimi książkami. Może ty chciałbyś poczytać?

-Jasne.

Poszliśmy po nią do mojego pokoju. Ja jej szukała, a Louis oglądał mój pokój. Nagle stanął i czemuś przyglądał się. Tym przedmiotem okazał się Gauntlet. Lou sięgnął po niego.

-Skąd to masz?

-Dostałam od kolegi, Marceliego.

Lou nadstawił uszy.

-Od kogo?

-Od Marceliego. A co?

Louis spojrzał na mnie.

-Lisa Marceliego?

-Tak, znasz go?

-Znam tylko...dziwię się, że ty go znasz...

-Czemu?

-On jest walnięty.

-Może trochę...

-I co? Tak po prostu dał ci Gauntlet?

-Tak. Skąd o nich wiesz? I skąd znasz Marceliego?

-Poznałem go, gdy podróżowałem po Mobiusie. Już na początku wyglądał na dziwaka w tym płaszczu i kapeluszu...

-W jakim kapeluszu?

-Nie pokazywał ci się w kapeluszu?

-Nie, nigdy.

-Czyli niewiele o nim wiesz...

-A co mam o nim wiedzieć?

-A, nic. Nic już...

-No...ok...ale skąd wiesz o Gauntlet'ach?

-Pierwszy raz zauważyłem go na ręce Marceliego. Zapytałem się go, do czego to jest. On mi normalnie wszystko wytłumaczył. Powiedział, że Gauntlety są potrzebne do Żywiołowej Gry i że ta gra powstała w miejscu, z którego pochodzi. Chciałem się dowiedzieć, gdzie powstała, ale on odpowiedział, że kiedyś mi powie. Zapytał się też, czy nie chcę dołączyć do tej gry.

-I co? Dołączyłeś?

Lou sięgnął do kieszeni i wyjął z niej...Gauntlet.

-Wow. Ale słuchaj: Marceli był dla ciebie miły...

-No...

-Wytłumaczył ci zasady Żywiołowej Gry i w ogóle...

-Tak...

-To czemu go nie lubisz?

Lou westchnął.

-To skomplikowane.

-Czemu? Zrobił ci coś?

-Nie, tylko...eh, nie ważne. Kiedyś ci powiem.

-No ejj.

-Nie narzekaj.

-No weź powiedz.

-Ale...to nudne. A ty się i tak szybko nudzisz.

-Proszę.

-Nie. Chodź na dwór..

-Po co?

-Chcesz cały dzień siedzieć w domu?

-Nie.

-To chodź - powiedział, po czym wstał. Ja zrobiłam to samo.

Poszliśmy do parku. Jeszcze kilka razy prosiłam go, żeby mi opowiedział o Marcelim, ale on wciąż odpowiadał Nie. To nie fair -,- Ja mu o wszystkim mówię. Nawet o tym, w kimś się kocham...zapomnijcie o tym.

Po chwili zauważyłam Darren'a. Zawołałam go. On zdziwiony podszedł do nas.

-Hej Darren - powiedziałam.

-Hej - odpowiedział. Trochę zdziwiony patrzył na Louis'a.

-Cześć - powiedział Lou i podał Darren'owi dłoń.

-Cześć...- odpowiedział nieśmiało również podając mu dłoń.

-Ty jesteś Darren?

-Tak...

-Ada dużo o tobie mówiła.

-Serio? - na policzkach Darren'a pojawił się rumieniec.

-Serio. Mówi, że jesteś fajny, miły, uroczy i...

Nie dokończył, bo kopnęłam go w nogę.

-Ał! Co? A, tak. Wybacz. Miałem tego nie mówić...

Znowu go kopnęłam. Teraz i ja i Darren byliśmy cali czerwoni. Lou spojrzał raz na mnie, raz na Darren'a.

-Poczekajcie, ja podejdę na chwile do...fontanny - powiedział i podszedł do niej. On to zrobił specjalnie! Wiem to! Wie, że lubię Darren'a! Teraz oboje niezręcznie się czuliśmy.

-To...- zaczął Darren. - To, co mówił twój brat...to prawda? Uważasz, że jestem fajny, miły i...uroczy?

-Eeee...no...tak...ale ty mnie nie lubisz...

-Lubię cię...

-Tak? Myślałam, że mnie nie lubisz...i zawsze zastanawiałam się, dlaczego...

-Czemu myślałaś, że cię nie lubię?

-No...w ogóle ze mną nie rozmawiasz, nie chcesz mojej pomocy...

-Bo myślałem, że wolisz...Philipa...

-Nawet tak nie mów! Nienawidzę go.

-Ja też.

Zapanowała chwila ciszy. Więc Darren naprawdę mnie lubi. Ale...zawsze mnie unikał i nie chciał mojej pomocy w sprawie Philipa. Nawet rozmawiać ze mną nie chciał. Tak nagle zmienił zdanie?

Darren w końcu przerwał tą ciszę.

-Czyli...twój brat wrócił do domu?

-Jak widać...

-Fajnie..ale nie wiedziałem, że jest kotem.

-Moja mama jest kotką, a Louis to odziedziczył.

-A ty coś po niej odziedziczyłaś?

-Ostry łuk oczu i biały brzuszek.

-Super. Moi rodzice oboje są pieśćcami, więc wiesz...

-Nie widziałam twojego taty, ale po mamie chyba odziedziczyłeś urodę...

-Naprawdę? Wow...dzięki.

-Spoko...

-A dzisiaj czemu ciebie nie było w szkole?

-Do 3:00 rano pomagałam w urządzaniu pokoju dla Lou i nie miałam sił iść do szkoły. A co? Coś ciekawego było?

-Tylko ogłoszono Bal...za tydzień o 18:00.

-Dla wszystkich?

-Tak, tylko trzeba przyjść z kimś...

-Aha...

-I...może...wiesz...chciałabyś ze mną pójść?

Powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć radością *w* Darren zaprosił mnie na bal...Darren...mnie...to chyba sen...

-Jasne, bardzo chętnie...

-Super. Wybacz, ale muszę już iść...

-Szkoda...

-Trudno. Pa Ada!

-Pa Darren!

I poszedł w stronę domu. Lou prawie od razu podszedł.

-I jak rozmowa z twoim chłopakiem?

-To nie jest mój chłopak...

-Jak uważasz...ale jesteś jeszcze bardziej czerwona niż wcześniej. Co się stało?

-Darren...

-Aha...

-Zaprosił mnie...na bal...

-No to gratuluję!

-Dzięki...a właśnie! Uduszę cię -,-

-Za co?

-Za to, że zostawiłeś nas we dwójkę...

-Sis, przecież wiem, że on ci się podoba. Na pewno nie zaprosiłby cię na bal przy mnie.

-Może...

-Dobra, chodź do domu. Takie wyjście ci chyba wystaczy...

-Mam ochotę zemdleć...

Louis uśmiechnął się.

-Zrób to w domu, nie tutaj, ok?

-Ok...

Po drodze nie mogłam przestać myśleć o tym, co powiedział Darren. Wciąż w głowie słyszałam jego uroczy głos, jak zapraszał mnie na bal. Ciekawe z kim idą Van i Domi...

Gdy byłam już w domu, włączyłam laptopa i zadzwoniłam do nich przez kamerkę.

-Cześć - powiedziałam.

-Hej - odpowiedziały.

-Co tam?

-Spoko - powiedziała Vanessa. - Słyszałaś o balu?

-No. Z kim idziecie?

-Ja z John'em Davies'em.

-Tym z klasy tego jelenia, Will'a?

-Tak. A zgadnij z kim idzie Domi!

-Z kim?

-Z małym braciszkiem Philipa!

-Blaise'm? Serio?

-Tak! Prawda, Domi?

Domi była cała czerwona.

-No...tak...a ty Ada? Z kim idziesz?

-Ja?...z Darren'em...

-Uuuuuu...

-Co?

-Nic...

Uwielbiam z nimi rozmawiać. Nic z żadnej rozmowy z nimi nie wnioskuję. Wieczorem jeszcze posiedziałam z bratem, a później stała procedura i położyłam się do łóżka.

Rozdział 7: Dziwna rozmowa z dziwnym lisem Edytuj

Był wieczór, a ja szłam w stronę domu. Wracałam od Vanessy, bo musiałam nadrobić lekcję. Szłam powoli, chociaż było już ciemno (jak na jesień przystało). Skierowałam się z stronę łąki. Uwielbiam ją. Może i nie była już tak kolorowa jak wiosną czy latem, ale i tak była piękna. Dookoła otoczona była lasem, do którego czasem chodziłam z przyjaciółmi. Teraz las nawet po ciemku mienił się od kolorowych liści. Gdy tak szłam i rozglądałam się, zauważyłam ciemną postać leżącą na trawie. Dokładnie go nie widziałam. Postanowiłam, że podejdę do niego. Gdy byłam już przy nim, powiedziałam:

-Cześć.

On spojrzał na mnie i szybko się podniósł. Teraz wyraźniej go widziałam. Miał białe włosy i czerwone oczy. Ubrany był w czarną, długą pelerynę, białą koszulkę, czarne spodnie i białe, wysokie buty. Wyglądał trochę dziwnie. W końcu nie codzień można spotkać osobę ubraną w pelerynę.

-Spokojnie - powiedziałam.

Nieznajomy przyglądał mi się uważnie, a ja czułam się trochę nieswojo. W końcu wstał i powiedział:

-Witaj. Wybacz mi, za moją reakcję, ale nie byłem pewny, czy to ty...

-Słucham? - odpowiedziałam zdziwiona.

-Wybacz za mój brak dobrych manier! To moja wina, nazywam się Lucyfer, to wielki zaszczyt Cię poznać - powiedział, po czym pokłonił się przede mną. Zdziwiło mnie to. I to bardzo!

-Eeee...że co?

-Jesteś Władczynią Żywiołu Ognia!

Patrzyłam na niego jak na wariata.

-Wybacz, ale musiałeś mnie z kimś pomylić...

-Wykluczone! Ojciec dużo mi opowiadał o różnych Władcach.

-Ale...naprawdę musiałeś mnie z kimś pomylić! Nie jestem żadną Władczynią Ognia!

-Ależ jesteś!

-Udowodnij! Skoro ojciec dużo Ci opowiadał, to powiedz coś o mnie.

-Nazywasz się Adrianna Philips. Masz 12 lat. Mieszkasz tutaj, na Mobiusie. Zawsze interesował Cię ogień. Niedawno spotkałaś swojego brata, Louis'a...

-Dobra, wystarczy! Wierzę Ci! Ale...jak to możliwe, że jestem Władczynią Ognia i nic o tym nie wiem?

-Nikt Ci nie powiedział? Naprawdę? Nawet twoja matka?

-Skąd znasz moją mamę?

-Twoja matka jest znaną Władczynią Ognia! Mój ojciec dużo mi o niej opowiadał. Wyrzekła się Władzy, by wychować twojego brata i Ciebie. Nieważne czy się wyrzekła, czy nie, jesteś jej następczynią.

-Ale...czemu nic mi nie powiedziała/

-Być może uznała, że jesteś na to za młoda...

-Ani słowa więcej! Nie jestem na nic za młoda!

-Dobrze, przepraszam. Nie wiedziałem, że nie lubisz, gdy ktoś mówi, że jesteś za młoda...

-Wiesz tyle rzeczy o mnie, a akurat tego nie?

-No...

-Lucyferze, za przeproszeniem, kim był twój ojciec, że wie tyle o różnych Władcach?

Lucyfer zawahał się.

-Wybacz, ale to nie istotne...

-Dla mnie jest! Chcę wiedzieć!

-Ale Adrianno...

-I nie mów do mnie pełnym imieniem!

-Ale...

-Lucyferze, chcę...

-Wybacz, że ci przerywam, ale jak będziesz mi Adrianno...

-Ado...

-...przerywała, to z całą pewnością nic Ci nie powiem.

-Dobrze, już nie będę przerywać.

-Dziękuję. Mój ojciec tyle wie o różnych Władcach, bo oni sami opowiadali mu o sytuacjach ich Żywiołów. Niestety, Żywioł ognia i Wody są ze sobą skłócone...

-Czemu?

-Woda gasi Ogień.

-Aha.

-W sumie Żywioł Ziemii też jest skłócony z Ogniem.

-Bo?

-Bo Ogień podpalał Ziemię. Przez przypadek, oczywiście.

-Ok...a ty? Jesteś Władcą jakiegoś Żywiołu?

Lucyfer posmutniał.

-Tak. Jestem Władcą Żywiołu Ciemności.

-I to Cię smuci?

-To zły Żywioł. Przeznaczony jest dla tych, którzy np. zabijają. Jest wręcz idealny dla mojego wujka...

-Wujka? Czemu?

-On chce za wszelką cenę zdobyć Tron Królestwa Demonów.

-Tak? A ty jesteś...Królem?

-Nie, jeszcze jestem Księciem.

-Księciem? Muszę się pokłonić...

-Nie, nie trzeba! To nic.

-No dobra...to co zrobił twój wujek, że pasuje do niego Żywioł Ciemności?

-Bo widzisz...on wielokrotnie próbował mnie zabić...

-CO?!

-No...

-Ale czemu?!

-Bo chce objąć Tron, a ja jestem prawowitym następcą.

-Czyli jest zazdrosny?

-Tak. Na szczęście jestem pół-wampirem i pół-demonem, więc nie tak łatwo mnie zabić.

-A co cię może zabić?

-Woda Święcona.

-Aha...

Nagle usłyszeliśmy czyjś głosik. Lucyfer spojrzał na swoją pelerynę, w którą coś się chyba zaplątało. Książę zdjął pelerynę (ale on ma mięśnie ^w^) i zaczął rozplątywać. Po ok. 2 minutach udało się. W jego pelerynę zaplątało się małe Chao. Było szare, miało fioletowe skrzydełka, fioletowy klejnocik na głowie i fioletową kulkę nad głową.

-Mylene! - powiedział Lucyfer. - Mała, co ty tu robisz? Mówiłem Ci, żebyś została w Zamku!

-Chao Chao (Tęskniłam za tobą).

-Ohhhh...to urocze. Ale Celinne zajęłaby się tobą.

-Chao Chao Chao (Nie znalazłam jej. Znalazłam twojego wujka).

-Co?! Ale chyba z nim nie rozmawiałaś?

-Chao Chao (Chciałam, ale on mnie ignorował).

-Mylene, wiesz, że nie możesz z nim rozmawiać.

-Chao Chao Chao (Wiem, jesteś na mnie zły?)

-Nie, nie potrafiłbym być na ciebie zły. Jesteś za słodka.

-Chao Chao (Dziękuję!) - powiedziała i podleciała przytulić Lucyfera.

-Ooooo...jak słodko! *w* - powiedziałam. - Wybaczcie ale muszę już iść.

-Dobrze, do widzenia Adri...

-ADO! Cześć! - powiedziałam i pobiegłam w stronę domu.

To była...dziwna rozmowa, nawet bardzo. Ja? Władczynią Ognia? Mama też nią była? Czemu mi nic nie powiedziała? Czy tata i Louis o tym wiedzą? Znają Lucyfera? Muszę się ich spytać. Już po 10 minutach dobiegłam do domu.

-Ada! Gdzie ty byłaś? - powiedziała mama. - Miałaś wrócić godzinę temu! Jest już ciemno! A gdyby coś ci się stało?

-Zatrzymał mnie lis o imieniu LUCYFER.

Mama zrobiła poważną minę.

-Aha...

-Znasz go?

Mama westchnęła.

-Tak, znam go. Chociaż lepiej znam jego ojca. Co ci powiedział?

-Że byłaś Władczynią Ognia, a teraz ja nią jestem! Czy to prawda?

Milczała.

-CZY TO PRAWDA?!

-Tak...

-To czemu mi nic nie powiedziałaś?! Chyba mam prawo wiedzieć kim jestem?!

-Słuchaj, jesteś jeszcze za młoda!

-O nie! Na nic nie jestem za młoda!

-O co chodzi? - zapytał Louis. - O co się kłócicie?

-A ty wiedziałeś, że jestem Władczynią Ognia?!

-No...tak...

-Świetnie! Wszyscy wiedzą tylko nie ja!

-Ale uspokój się.

-Nie! Nie uspokoję się, dopóki wszystkiego mi nie powiecie!

-Jesteś za młoda!

-NIE! NIE JESTEM ZA MŁODA! - krzyknęłam, po czym poszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami.

Położyłam się na łóżku. No super! Wszyscy wiedzą, tylko ja jak zwykle o wszystkim dowiaduję się ostatnia! To nie fair! Nie jestem na nic za młoda! Mam prawo wiedzieć cokolwiek o moim życiu!

Po chwili do pokoju wszedł Louis. Odwróciłam się do niego tyłem. On usiadł obok mnie.

-Aduś, wiem, że powinniśmy byli ci powiedzieć...

-Ale tego nie zrobiliście!

-Jesteś jeszcze za młoda, na razie nie musisz się niczym martwić. Władczynią zostaniesz w wieku 18 lat.

-A może ja nią nie chcę być? Może chcę być normalną dziewczyną?

-Ale ty jesteś normalna!

-Jak będę Władczynią, już nie będę normalna.

-Zawsze będziesz normalna.

-Ale ja nie chcę być Władczynią!

-Masz mnóstwo czasu, przemyśl to.

-Nie chcę nią być! Nawet nie zapytaliście się, czy chcecie nią być!

Lou przytulił mnie.

-Aduś, zastanów się jeszcze.

-Co mi to da, że nią będę?

-Mobius zyska ochronę, a inne Żywioły...

-Wolę, żeby o sprawach Żywiołów mówił mi Lucyfer.

Louis uśmiechnął się.

-Niedługo go spotkasz.

-Skąd to możesz wiedzieć?

-Na pewno przyjdzie i opowie ci o wszystkim. Jeśli oczywiście będziesz chciała - powiedział, po czym wstał. - Niedługo porozmawiaj na spokojnie z mamą. Ona ma ci najwięcej do powiedzenia.

I wyszedł. Miałam mętlik w głowie. Nie wiedziałam, co myśleć. To wszystko było skomplikowane. Postanowiłam, że jutro zrobię mamie przesłuchanie. Teraz jestem na nią wściekła. Do jutra powinno mi przejść.

Rozdział 8: Zaproszenie i bal Edytuj

Dziś był ten dzień - dzień balu, listopad. Z tej racji nie było dzisiaj w szkole lekcji (Oh yeah!). Mama już od kilku dni przygotowywała mnie do niego. Miałam ubrać się w długą, różową suknię. Szczerze - nienawidzę sukni, sukienek itp., ale jak trzeba, to trzeba. Nie mogę nie iść na bal! To byłoby haniebne. Próbowałam jeszcze rozmawiać z mamą na temat tego, że jestem Władczynią Ognia, jednak ona nic nie chciała mi powiedzieć -,- Chamstwo -,- Przesłuchanie uważam za nieudane. Była 12:00 a bal zaczyna się o 18:00, więc miałam jeszcze mnóstwo czasu. Wzięłam słuchawki i wyszłam do ogrodu. Usiadłam pod płotem, założyłam słuchawki i puściłam muzykę. Na razie nie miałam innych pomysłów. Po jakimś czasie ktoś puknął mnie w czoło. Zdziwiłam się i spojrzałam w górę. Nade mną na płocie siedział Marceli.

-Siemka - powiedział.

-Hej - odpowiedziałam. - Co ty tu robisz?

-Przyszedłem cię odwiedzić. Nie cieszysz się?

-Cieszę, nawet bardzo. Przynajmniej do 18:00 nie będę się nudzić.

-A co jest wtedy?

-Mam w szkole bal.

-Tak? Fajnie. Z kim idziesz?

-Z Darren'em.

-Serio?

-Tak, a co?

-Nic, nic - powiedział i uśmiechnął się.

-Gadaj o co chodzi! - powiedziałam, ale mogłam tego nie mówić...

-Słodka byłaby z was parka - powiedział wolno.

Zarumieniłam się.

-Co? Nie! Nie...wątpię...

-Daj spokój! Podoba ci się!

-Nie!

-Cała jesteś czerwona! No powiedz! Kochasz go?

-NIE! - krzyknęłam.

-Szkoda...ty się jemu chyba podobasz.

-Co? Jak to...?

-Cóż, można powiedzieć, że coś mi wspominał o tobie...

-Co?

-Tak! W ogóle dużo o tobie mówi...

-Serio?

-No. Ty wiesz, że on całkiem sporo o tobie wie?

Uśmiechnęłam i zarumieniłam się. Może Darren naprawdę coś do mnie czuje...

Po chwili usłyszeliśmy Louis'a.

-Hej Ada! Gdzie jesteś? - zapytał z domu.

-W ogrodzie! - odpowiedziałam.

Lou wszedł do ogrodu.

-Słuchaj Ada...- przerwał i spojrzał na Marcela. Momentalnie zmienił wyraz twarzy na poirytowany. - O...cześć Marceli...

-Hej Lou-Lou - odpowiedział Marceli, po czym uśmiechnął się (trochę złośliwie) i pomachał mu.

-Ta...- powiedział Lou wyraźnie zdenerwowany. - Co ty tu w ogóle robisz?

-Siedzę i rozmawiam z twoją siostrzyczką.

-To widzę, tylko w jakiej sprawie?

-Louis! - powiedziałam.

-No co? Chcę wiedzieć, czego ten walnięty psychopata chce.

-Louis! Nie mów tak o nim! Wcale nie jest walnięty, a tym bardziej nie jest psychopatą!

-Nie znasz go tak dobrze jak ja.

-Bo mi nic nie chcesz powiedzieć! Cały czas wszyscy coś przede mną ukrywacie! Zrozum - to denerwujące!

-Rozumiem, ale on naprawdę jest nienormalny!

-Przestań!

-Wolisz czekać, aż zrobi ci krzywdę?

-On mi nic nie zrobi! Prawda, Marceli?

-Lou-Lou, czemu miałbym coś zrobić małej Philips? - odezwał się Marcel.

-Bo jesteś psychopatą! Jesteś zdolny do takich rzeczy! Ale wiedz, że jeśli coś zrobisz Adzie, to będziesz miał do czynienia ze mną!

-Daj spokój! Czemu nie możesz mi zaufać jak Ada?

-Tobie nie można zaufać, bo inaczej zostaje się twoją mar-...zresztą nieważne. Ada nie powinna o tym wiedzieć...

-O czym znowu mam nie wiedzieć?! - wtrąciłam się.

-Nieważne!

-Jak zawsze!

-Zrozum, nie powinnaś o tym wiedzieć!

-Emmm ja się wtrącę - powiedział Marceli. - Ja już może lepiej pójdę, bo widzę, że psuje wasze relacje siostra-brat.

-Marceli, zostań! Nie słuchaj go! - powiedziałam.

-Nie, mam sprawy do zrobienia. Ale masz to - powiedział i podał mi jakąś kartkę. - Papa! - zeskoczył z drugiej strony płotu i skierował się w stronę miasta.

-Pa! - odpowiedziałam. - Lou! Dlaczego byłeś dla niego taki wredny?!

-Bo tak już jest. Z nim nie można inaczej. Co on ci dał?

Spojrzeliśmy na kartkę. Był na niej napis "Jesteście zaproszeni na Przyjęcie Herbaciane". Pod nim znajdował się rysunek dzbanka z herbatą.

-Przyjęcie Herbaciane? Co to takiego? - zapytałam się.

-Jak sama nazwa mówi - przyjęcie, na którym głównie pije się herbatę.

-Byłeś tam kiedyś?

-Kilka razy mnie zapraszał, ale zawsze mu odmawiałem.

-Czemu?

-Bo to walnięty psychol.

-Skończ z tym!

-Taka prawda! Nie wiesz, jakie rzeczy on robi...

-Nie, nie wiem, bo nikt nie chce mi o niczym mówić!

-Dobra, wróćmy do tematu zaproszenia.

-Skoro zawsze odmawiałeś przyjścia, skąd tyle o nich wiesz?

-Raz byłem.

-Powiedz coś jeszcze o nich.

-Obowiązuje tam dress-code. Trzeba się ubrać w Steam-punkowe ciuchy.

-Fajnie! Kiedy one są?

-W soboty. Przy stole trzeba już być o 18:00, bo wtedy zaczyna się.

-Super! Idę tam!

-O nie! Nigdzie nie pójdziesz!

-Pójdę!

-Nie! Nigdzie cię nie puszczę, a już na pewno nie do tego wariata!

-Słuchaj - albo idę sama, albo idziesz ze mną.

Lou zastanowił się przez chwilę. Chyba wiedział, że ze mną nie wygra, bo westchnął:

-Ehhh...no dobra. Pójdę z tobą, ale tylko dlatego, żeby cię pilnować.

-Jak uważasz. A co chciałeś, zanim zobaczyłeś Marceliego?

-Mama kazała iść nam kupić tobie jakieś ozdoby na bal.

-Serio?

-Im szybciej pójdziemy, tym szybciej wrócimy.

-Ok.

Wybór ozdób...phhhh...jestem wybredna, prawie nic mi się nie podobało :P Ale w końcu wybrałam opaskę na włosy z kwiatkiem i wstążkę do obwiązania wokół talii. Nic innego mi się nie podobało. Po drodze jeszcze próbowałam wyciągnąć od Louis'a jakieś informacje na temat Marcela, ale on milczał. Czemu nic mi nie mówił? Czy prawda o Marcelim jest taka straszna? Wiem, że lubi straszyć innych, ale to nie znaczy, że jest walniętym psychopatą. Do domu wróciliśmy po ok. godzinie (wszystkie sklepy zwiedziliśmy zanim coś wybrałam :P). Miałam jeszcze ok. 5 godzin do balu. Postanowiłam, że spędzę ten czas na graniu na komputerze i słuchaniu muzyki.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Była już 17:15, a ja siedziałam już gotowa. Musiałam jeszcze czekać na Darren'a i jego tatę, który miał nas podwieźć (ja mam ok. 30 min. do szkoły, a Darren trochę dłużej, bo mieszka prawie poza miastem). W końcu po kilku minutach przyjechali, a Darren wszedł do domu po mnie. Był ubrany w białą koszulę, czarną kurtkę, czarny krawat, czarne spodnie i czarno-białe buty. Przystojniak ^w^ Ja na drogę też założyłam czarną kurtkę (niestety listopad) i wsiedliśmy do samochodu. Wow, Darren jest podobny do swojego taty. Pan Powell ubrany był w białą koszulę w kratę, czarną marynarkę, białe spodnie i czarne buty. Darren odziedziczył po obu rodzicach urodę :3 Przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie. Obydwoje nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Nareszcie po kilku minutach dojechaliśmy. Pożegnaliśmy się z panem Powell'em i weszliśmy do szkoły. Była udekorowana różnymi ozdobami, np. frędzelkami, wstążkami i różnymi innymi. Bal był na dużej sali gimnastycznej. Zostały z niej wyniesione sprzęty gimnastyczne. Ta sala była najbardziej udekorowana i najbardziej kolorowa. Na końcu sali stała duża wieża stereofoniczna z głośnikami. Leciała wolna muzyka. Na sali było już dużo osób. W tłumie próbowałam wypatrzeć kogoś znajomego. Zauważyłam Dominique z Blaise'm, Vanessę z John'em, Will'a z Rebeccą i co najdziwniejsze - Amelię z Philip'em. Wow, nie spodziewałam się tego. Przyjaźnią się, ale nie sądziłam, że pójdą razem na bal. Domi i Blaise byli najbardziej zaczerwienieni ze wszystkich. Wyczuwam przypływ związków po balu ^w^ Zdjęłam kurtkę i weszłam z Darren'em na salę. Nie wiedzieliśmy co robić. W końcu odezwał się organizator balu - dyrektor Smith.

-Witajcie szanowni uczniowie wszystkich klas - odezwał się. - Jak to miło jest widzieć tyle uśmiechniętych buzi! Miejmy nadzieję, że nic nie zepsuje nam tego wspaniałego balu i że wszyscy będą świetnie się bawić. Teraz zapraszam WSZYSTKICH, łącznie z panami z tyłu - wskazał na Will'a, Philip'a, Daniela i Bruce'a - do tańca.

Wszyscy (niektórzy niechętnie *spojrzenie na Bruce'a*) zaczęli tańczyć, łącznie ze mną i Darren'em. Oboje byliśmy zarumienieni. Z głośników leciał walc, co oznaczało, że chłopcy mieli złapać dziewczyny za rękę i w talii. Ja nie przywykłam do takiego gestu, ale to nawet miłe :P Teraz również przez jakiś czas nie odzywaliśmy się. W końcu Darren zaczął:

-Ślicznie wyglądasz - powiedział nieśmiało.

-Dzięki - odpowiedział. - Niestety nie przywykłam do sukni i baletek. Są niewygodne.

-Aha.

-A...co u ciebie?

-Lepiej. Nawet Philip ostatnio nic mi nie zrobił.

-To gratuluję!

-Dzięki, ale to zasługa Amelii. Pilnowała go, że by nie robił głupstw.

-No widzisz. W końcu zrobiła coś na naszą korzyść.

-Naszą...?

-Myślisz, że przyjemnie jest patrzeć na ciebie całego pobitego? Mnie ten widok boli bardziej niż ciebie...

Darren zarumienił się.

-Serio? Wow...dzięki. Wiesz...jesteś jedyną osobą, którą obchodzę.

-Nie przesadzaj.

-Ale to prawda. Rodzice się mną nie interesują, a przyjaciele nie reagują, gdy coś mi się dzieje.

-Boją się tak jak wszyscy.

-Ehhh...ciekawe tylko czemu Philip wybrał sobie za cel akurat mnie...

-Nie wiem.

-Pewnie jestem za słaby...

Nie jesteś słaby!

-Według niego tak...

-Nie przejmuj się nim! Ignoruj go, to on będzie ignorować ciebie.

-Jakoś ty go ignorujesz, a i tak ciebie zaczepia.

-On każdą dziewczynę zaczepia...

-Ale jakoś skupia się na tobie, a nie np. na Vanessie lub Dominique...

-I właśnie tego nie rozumiem. Co jest we mnie takiego?

-Jesteś fajna, miła, śmieszna, śliczna...

-Serio?

-Tak, każdy tak uważa...

-Nie każdy...ważne, że ty tak uważasz...

-Tak? O,ok..wątpię, bym zmienił o tobie kiedykolwiek zdanie.

-To miłe z twojej strony.

Darren uśmiechnął się.

Resztę balu również spędziliśmy na tańcu i rozmowie. Od niego można się dużo dowiedzieć. Powiedział mi więcej o Marcelim i jego Przyjęciach. Okazuje się, że on i Amelia również na nie chodzą! Darren powiedział, że Marcel zaprasza Amelię tylko dlatego, że w przeciwnym razie byłoby to chamskie z jego strony, bo ona go lubi (czyt. kocha) a on przeciwnie. Trzeba ich zeswatać *-* Długo jeszcze rozmawialiśmy. W ten sposób minął nam ten uroczy bal. Według mnie był świetny. Gdy wyszliśmy ze szkoły, Darren rozmawiał z tatą przez telefon. Był chyba zły. Nawet na pewno. Szybko rozłączył się.

-Co się stało? - zapytałam się.

-Ehhh...tata nie przyjedzie, bo pracuje - odpowiedział ze złością.

-Nic nie szkodzi. Trochę się przejdziemy, tylko musimy iść szybszym krokiem.

-Ok.

Złapałam Darren'a za rękę, na co zarumienił się na czerwono i spojrzał na mnie.

-Eee...co...ty robisz...?

-Chcę iść z tobą za rękę - odpowiedziałam, a w myślach robiłam facepalm'a. Ahh te moje sposoby na podryw -,-

-Oh...ok...- powiedział i uśmiechnął się.

-Miło było wracać z Darren'em. Lepsze to niż wracać samej. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, np. o zainteresowaniach. Po 15 min. (WOW! Mój nowy rekord!) doszliśmy do mojego domu. Na pożegnanie pocałowałam (^//w//^) go w policzek i weszłam do domu.

-I jak było? - zapytała mama, a Lou stał obok niej.

-Świetnie! - odpowiedziałam szczęśliwa.

-Widać - powiedział Louis. - Pocałowałaś Darren'a!

-Ej czy wy nas obserwowaliście?!

-Wyjrzeliśmy prze okno, by sprawdzić, czy już idziesz - odpowiedziała mama. - Ale fajnie, że masz chłopaka...

-Ta...- powiedziałam i szybko weszłam do pokoju. Może Darren naprawdę zostanie moim chłopakiem...

Rozdział 9: Przyjęcie wśród dźwięków filiżanek i dzbanków Edytuj

Dzisiaj była sobota, co oznaczało Przyjęcia Herbaciane Marceliego. Mieliśmy już wybrane stroje. Ja jak zawsze - wybredna byłam. W końcu wybrałam koszulkę z długim rękawem z paskami, brązowy gorset, metalową spódnicę, czarno-pomarańczowe rajstopy i brązowe kozaczki. Lou miał białą koszulę, szarą kamizelkę, brązowe spodnie i czarne buty.

-Trochę mało metalowe - powiedziałam do niego.

-Nie będę się odstrajał na Przyjęcia jakiegoś wariata.

-Przestań tak o nim mówić!

-Ale to prawda!

-Nie!

-Nie znasz go.

Może i miał rację, nie znałam Marcela, bo nikt mi nic nie mówi -,- Ale nadal uważam, że za mało metalu i steam-punku w jego stroju. Mógł się chociaż raz postarać. Mam tylko nadzieję, że nie zepsuje Przyjęcia.

Była 17:00, więc trzeba było już wychodzić.

-Jesteś pewna, że chcesz iść?

-Tak! Gdzie jest to Przyjęcie?

-W lesie.

-Jak to?

-Normalnie.

-Ale jak my się tam dostaniemy?

Lou wziął ze stołu kartkę z zaproszeniem i chwycił mnie za rękę. Nacisnął dzbanek na zaproszeniu i otoczyła nas brązowa aura. No nie! Znowu teleportacja? ;__; Miałam rację. Po chwili stanęliśmy na ziemi. Ej, wiem, że jest 17:00 i listopad, ale żeby WSZĘDZIE było ciemno? To lekka przesada.

Szłam za Louis'em jakąś dróżką porośniętą trawą i korzeniami. W sumie nie było jej przez nie widać. Była chyba długa, bo w oddali nie było widać żadnego światła. Wokół było ciemno i mrocznie, nawet drzewa były czarne i jakby wysuszone. Nie było na nich ani jednego liścia. Na niektórych pniach drzew były namalowane jakieś satanistyczne symbole. Były namalowane...krwią... Trochę się wystraszyłam.

-Emmm...Louis?

-Tak?

-Czy...Marceli jest satanistą?

-Wątpię. Bardziej on jest szatanem...

-Znowu zaczynasz?

-Spójrz prawdzie w oczy - to wariat, do tego psychopata. Tylko ty nie chcesz tego przyjąć do wiadomości...

-Bo to nieprawda! Nawet nie wygląda na wariata! Nie zachowuje się jak psychopata!

-Przy tobie może i nie, ale przy innych...

-Jakich "innych"?

-Po prostu innych.

-Na przykład Amelia?

-Nie, ona broni Marcela tak jak ty.

-Tyle że ona jest w nim zakochana.

-Cieszę się, że ty nie. O wiele lepszy jest Darren.

-Obydwoje są moimi przyjaciółmi...

Lou zatrzymał się i spojrzał na mnie.

-Czy przyjacielem można nazwać kogoś, kto nie mówi prawdy?

-SKOŃCZ Z TYM! Marceli nie jest psychopatą!

-Jest walniętym psycholem!

-Nieprawda!

-Nie znasz go! Nie wiesz co robił! Próbuję cię tylko chronić przed nim! Gdy już mu się znudzisz, będzie zdolny zrobić ci krzywdę!

-On nigdy by mnie nie skrzywdził! Może zamiast cały czas wymyślać kłamstwa, zaufałbyś mu! To naprawdę fajny lis, tylko trzeba mu dać szansę!

-Zmienisz zdanie, gdy poznasz prawdę o nim...

Ruszyliśmy. Nie wierzę! Własny brat mi nie ufa! Dlaczego on nie może zaufać Marcelowi?! Czy to takie trudne?! Czasami nie mogę pojąć, jakim cudem jesteśmy rodzeństwem.

Po jakimś czasie zauważyliśmy przez gąszcz drzew światło. Jakiś czas później wyszliśmy na dużą polanę. Na drzewach były zawieszone światełka i małe ozdoby. Na niektórych namalowane były jakieś symbole (już nie satanistyczne). Pośrodku polany stał długi stół białym obrusem. Na nim były filiżanki, dzbanki, ciasteczka itp. Wokół stołu były krzesła. Na dwóch po bokach już siedzieli Darren i Amelia. Rozmawiali, a raczej kłócili się ze sobą. Na wprost nas siedział Marceli. Nogi miał na stole, a kapelusz zsunięty na oczy. Wyglądał jakby spał. Amelia i Darren w końcu spojrzeli na nas i nam pomachali. Wow, Amelia nam pomachała! Udaje tylko miłą przed Marcelim, ja to wiem. Koniecznie muszę ich zeswatać! ^w^

Darren szturchnął Marcela. Ten zdjął kapelusz z oczu. Spojrzał na nas sennym wzrokiem i uśmiechnął się.

-Cześć! - powiedziałm

-Hej - odpowiedziałam. Louis milczał.

Marceli wszedł na stół (ŻE WHAT?!) i szedł przez niego w naszą stronę, miażdżąc butami po drodze kilka filiżanek. Ubrany był w czarną koszulkę na ramiączkach, czarno-brązowe spodnie i długie brązowe buty (darujmy już sobie powiedzieć o szczegółach typu pasy, paski itd.). Gdy już przeszedł przez stół, zszedł z niego i podszedł do nas.

-Cieszę się, że przyszliście! - powiedział radośnie. - Nawet ty przyszedłeś, Lou-Lou!

-Niestety - odpowiedział Lou. Posłałam mu wrogie spojrzenie.

-Wiem, że mnie nienawidzisz - zaczął Marcel - ale przynajmniej nie próbuj mi zepsuć Przyjęcia.

-Nie muszę próbować.

Marceli westchnął.

-Dobra, chodźcie już - chwycił nas za ramiona i wszedł na stół, a my za nim.

-Mimo wszystko cieszę się, że przyszliście - powiedział Marsh. - Im więcej osób, tym weselej!

Szliśmy przez stół (a raczej byliśmy przez niego ciągnięci), a gdy doszliśmy do wolnych foteli przy fotelu Marcela, ten zepchnął nas na nie. Na szczęście lądowanie było miękkie.

Gdy Marceli usiadł na swoim, spojrzał na swój kapelusz, na którym znajdował się zegar z jakimiś symbolami zamiast cyfr.

-Jeszcze pół godziny do 18:00 - oznajmił.

-Jak ty z tego zegara wyczytujesz godzinę? - zapytałam zaskoczona.

-ASTRONOMIA - powiedział.

-Eeee...aha....a co będziemy robić przez ten czas?

-Co chcecie.

-Tak? Czyli na przykład możemy cię umalować?

Marceli spojrzał na mnie.

-Eeee...no...teoretycznie tak...

-Super! Co ty na to, Amelia?

-Zrobić z Marcyśka słodziaka? Jasne! - powiedziała i wyciągnęła zestaw do makijażu.

Marceli patrzył przerażony na nas.

-Ale...wy...na serio...? - zapytał.

-Tak! - przytaknęłyśmy.

-Chłopaki - szepnęłam do Louis'a i Darren'a - przytrzymajcie go!

-Z chęcią - powiedział Lou.

Chłopcy wstali i podeszli do Marcela. Ten teraz na nich patrzył przestraszony.

-A wy...co robicie...?

Lou złapał go za ręce i przytrzymał, a Darren przytrzymał mu nogi (kopniaki to on ma mocne). Marcel próbował się wyrwać, ale na nic. Lou również przytrzymywał jego głowę, żeby jej nie odwracał.

-To jak go umalujemy? - zapytałam.

-Hmmm...może coś w stylu El Dia de Muertos? - odpowiedziała Amelia.

-Świetny pomysł! Akurat do niego pasuje.

Marcel patrzył na nas.

-Dlaczego ja?!

-Twoje Przyjęcie, ty cierpisz - powiedziałam.

-Ale nie martw się, Marcyśku - powiedziała Amelia - będziesz słodko wyglądał!

-Zabrałyśmy się do roboty. Na szczęście miał białe futro i skórę, więc nie trzeba było go pudrować. Wystarczyły wzory i kolory. Użyłyśmy niebieskiego i zielone koloru.

-Ej - szepnęłam do Amelii - przefarbujemy go na rudo?

-Oh, słodziaśnie by wyglądał! - powiedziała Amelia. - Dobra, ja mu zrobię makijaż, a ty weź pomarańczową farbę z mojej torebki.

-Ok.

Wzięłam tą farbę i podeszłam do Marcela.

-Co ty chcesz zrobić z tą farbą?! - zapytał, prawie krzyknął.

-A jak myślisz? - odpowiedziałam z uśmieszkiem.

-O nie! Nie zrobisz mi tego!

-A właśnie że zrobię! - zaczęłam malować mu włosy.

-Nie! Nie chcę być rudy! - próbował się wyrwać, jednak chłopcy mocno go trzymali.

-Ale będziesz!

Po 25 min. Marceli był gotowy. Wyglądał nawet uroczo. Taki miał makijaż ^w^ Był świetny! I do tego rudy! Haha! Niem mogliśmy przestać się śmiać. Nawet Lou się uśmiechnął. W końcu puścili Marcela. Ten od razu zeskoczył z krzesła i z kapelusza wyjął lusterko.

-Co...wy...mi...ZROBILIŚCIE?! - krzyknął.

-Cicho bądź - powiedziałam. - Śmiesznie wyglądasz!

-CZEMU TY MI TO ZROBIŁAŚ?! Przez ciebie jestem rudy!

-Cichutko Marcyśku - powiedziała Amelia i mocno przytuliła Marcela. - Wyglądasz prze-słodko!

-Zostaw mnie! - Marceli próbował się wyrwać z uścisku Amelii, jedna bezskutecznie. Ona mocno go trzymała.

-Ale spójrz! - powiedziałam. - Nam wszystkim poprawił się humor!

Marcel zastanowił się chwilę, po czym uśmiechnął się.

-W sumie...przynajmniej się nie nudzicie...no dobra! Zostanę w tym makijażu i rudych włosach, ale jak pójdziecie, zmyję to!

-Jak uważasz.

Usiedliśmy do stołu. Tylko Marcel stał i przyglądał się uważnie zegarowi.

-Za chwilę 18:00 - powiedział. - Czas nalać herbatę!

I zaczął nam lać herbatę do filiżanek (już nie mówię o jego sposobie trzymania dzbanka...). Lał całe filiżanki! Nie pół, tylko całą, czubatą! Jak to podnieść i wypić bez wylania? Darren chyba domyślił się o co mi chodzi, bo szepnął:

-Nie da się tego nie wylać.

-To jak to wypijemy?

Darren wskazał na Marcela, który akurat rozmawiał z Amelią. W ręku trzymał filiżankę z herbatą, jednak była tak przechylona, że wszystko się wylewało.

-Ten to ma sposoby - szepnęłam.

-No. My zwykle robi tak samo.

-Oh, ok.

Wylaliśmy trochę herbaty. Nie rozumiem czemu mamy to robić, ale ok.

Nagle z kapelusza Marcela (a raczej z jego zegara) zaczął wydobywać się dźwięk oznajmiający 18:00. Marsh uśmiechnął się.

-Czas na herbatkę! - powiedział i zaczął pić herbatę.

My zrobiliśmy to samo. Wow, lepszej herbaty nie piłam *w* Trochę mało słodka, ale i tak dobra. Czyli tak: Przyjęcia Herbaciane składają się z wygłupiania się, dręczenia Marcela i picia herbaty? Super! Nie mogę doczekać się następnego! Ciekawe, czy będzie za tydzień...

Resztę Przyjęcia (jakąś godzinę) spędziliśmy na rozmawianiu, śmianiu i wygłupianiu się. Fajne było. O 19:13 byliśmy już w domu.

-I co? - powiedziałam do Louis'a. - Nie było tak źle.

-Dręczenie Marceliego zawsze spoko - odpowiedział.

-Ej idziemy za tydzień?

Lou wyjął z kieszeni kolejne zaproszenie i podał mi je.

-Ja nie mogę iść, będę miał sprawy na mieście.

-Oh, szkoda. Czyli...jednak puszczasz mnie samą?

-Nie, ale ufam Darren'owi, że nie pozwoli zrobić ci krzywdy.

-Przynajmniej jemu ufasz...

Resztę wieczoru spędziłam na rozmowie z Van i Domi. Opowiedziałam im o Przyjęciu. Były zachwycone. Ah te moje przyjaciółki z tak samo zepsutą psychiką co ja ^w^ Jeszcze bardziej chciały poznać Marcela, nie bały się nawet jego oczu. Tylko dziwiły się, że Amelia była dla mnie miła. Mnie też to dziwiło. Gdy już leżałam w łóżku, rozmyślałam o Darren'ie. To naprawdę fajny chłopak. Tak, jestem w nim zakochana, tylko czy on czuje to samo do mnie...

Rozdział 10: Coraz lepsze relacje z Darren'em... Edytuj

Dziś był poniedziałek, co może oznaczać tylko jedno - szkoła ;__; Właśnie w niej byłam i zaczynała się pierwsza lekcja, jaką była historia -,- Nienawidzę jej. Znaczy nic do niej nie mam, tylko nienawidzę się do niej uczyć. Na szczęście nauczyciel mnie nie pytał *like a boss* Potem było jeszcze 5 godzin i słodka wolność. Po szkole spotkałam się z Darren'em. Mieliśmy pochodzić po mieście i pogadać. Ja i tak cieszę się z każdej chwili spędzonej z nim.

-Czo tam u ciebie? - zapytałam.

-To co zwykle - odpowiedział. - Tylko byłem świadkiem, jak Amelia policzkuje Philip'a. Bezcenne *u*

-Żałuję, że mnie przy tym nie było. Należało mu się nawet kilka takich.

-No. I to bardzo. A co u ciebie?

-Nuda ja zawsze. Zresztą...w moim życiu nic się nie dzieje.

-Nie przesadzaj. W moim nic się nie dzieje.

-No...w sumie racja...nie wiem, jakim cudem ty wytrzymujesz.

-Przyzwyczaiłem się. Tak jest już od 8 lat.

-Serio? Wow...współczuję ci...

-Dzięki...chociaż ty jedna...

-Zawsze będę przy tobie, Darren.

-To miłe...pierwszy raz ktoś mówi mi to...w ogóle...pierwszy raz komuś na mnie zależy...

-A rodzina?

-Mam tylko rodziców, którzy ciągle pracują i nie zajmują się mną...

-Mimo to jesteś miłym i porządnym chłopakiem.

-Jakoś się nauczyłem...

-I dobrze. Takiego Darren'a najbardziej lubię.

Darren zarumienił się.

-Dzięki...ja w tobie lubię to, że jesteś miła i zabawna...

-Danke ^w^

-Jesteś też pomocna, uprzejma...śliczna...

-Serio tak uważasz?

-Jasne. Według mnie jesteś najfajniejszą dziewczyną w całej szkole, o wiele lepszą od tych "gwiazdeczek" i "plastików". Są koszmarne.

-No...i dzięki...nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy...

-Nie ma sprawy...

Milczeliśmy chwilę nie wiedząc co powiedzieć.

-Tooo...- zaczął Darren. - Jak tam po balu?

-Świetnie...świetnie było - odpowiedziałam.

-Tak? Super. Ja myślę tak samo...zresztą...z tobą zawsze jest super...jakoś tak działasz na innych...

-Hihihihi...serio? Fajnie! I dzięki...według mnie z tobą jest super. Jesteś fajnym chłopakiem, nie takim jak debile ze szkoły.

-Tak uważasz? Wow...dzięki...chyba nikt inny tak nie uważa...

-No widzisz...chociaż według mnie to nie fair, że wszyscy lubią idiotów typu Philip, a nie fajnych chłopaków, takich jak ty...

-Cicho...przez ciebie się rumienię...

-To się rumień! Tak słodko wyglądasz z czerwonym rumieńcem...

-Dzięki :3 Będę się starał robić to częściej przy tobie...

-Ohhh...to urocze...cieszę się ^w^

-Słodko wyglądasz, jak robisz taką minę...

-Ohhh...dziękuję ci...Darri...

-Darri?

-Tag :3 Od dziś jesteś Darri.

-Oh, ok. Mów na mnie jak chcesz.

-To będziesz jeszcze słodziakiem.

-Ohhh ^///^ Przestań! Jeszcze bardziej się rumienię...

-Rumień się!

-Przestań! ^w^

-Niet ;3 Słodko wyglądasz.

-No przestań! Już i tak cały jestem czerwony...

-Nie! Jesteś różowy!

-Jak wolisz...

-Różowy Forever.

-Oj przestań ^///^

-Cicho! Różowy to najsłodszy kolor na świecie :3 Czyli jesteś najsłodszym chłopakiem na świecie...

-Oh...cicho! Cały się rumienię! ^///^

-To się rumień! Już ci powiedziałam coś na ten temat :3

-Oh...no...dobra ^///^ Będę różowy i słodki ^w^

-Yay! - przytuliłam Darren'a. Wow! Nigdy się na to nie odważyłam! I jeszcze tak śmiało z nim nie rozmawiałam! WOW! Jestem z siebie dumna ^w^ A Darren nadal był różowy ;3

-Oh...dzięki za tulasa...-powiedział.

-Spoczko, Darri - odpowiedziałam.

Darren również mnie przytulił ^///^

-Masz mięciutkie futerko - powiedziałam.

-Dzięki...coś ty się taka miła dziś zrobiła? - odpowiedział Darri.

-Sam powiedziałeś, że jestem miła.

-Ale dziś tak wyjątkowo dla mnie...wcześniej nic nie rozmawialiśmy, nawet na siebie nie patrzyliśmy...a w tym roku...jakoś...więcej czasu ze sobą spędzamy...

-Nie pasuje ci to?

-Pasuje, nawet bardzo...bardzo cię lubię i cieszę się, jak spędzam z tobą czas...

-Oh...ja...też...już od dawna...

-Naprawdę? Wow, super...

Znowu milczeliśmy. Coraz bliżej do zostania parą ^//w//^ Może...po prostu powiem mu, że go kocham...

Trochę się zamyśliłam i przez przypadek wpadłam na czarnego jeża z czerwonymi oczami. Wyglądał jak emo.

-Uważaj jak chodzisz! - warknął.

Spojrzał się na mnie. Ma taki...nieprzyjemny wzrok. Zupełnie jakby chciał mnie nim zabić.

-Dobrze, wybacz. Nie denerwuj się bez powodu.

-Nie denerwuję się na nikogo bez powodu! Mam swoje własne powody...

-A do niej co masz? - powiedział złowrogo Darren.

Koleś spojrzał się na niego ze wściekłością. Darren chyba dopiero teraz go poznał, bo powiedział:

-Znowu ty?!

-Też to samo pytanie. Nie zmieniłeś się od naszego ostatniego spotkania...nadal jesteś białym słabeuszem...do tego żywym...

-Tylko tyle chciałeś? Jak tak to spi***aj stąd!

-Dobra...tylko uważaj na tą swoją dziewczynę, bo może jej się coś stać...

I odszedł. Eeee...co to miało być? Czy on mi groził? Skąd znał Darri'ego?

-Darri, kto to był? - zapytałam się go.

-Taki jeden wariat...

-Jak to?

-On jest chory psychicznie....

-Aha...

-Choruje na schizofrenię.

-Tak? Szkoda mi go...

-To niech ci nie będzie.

-Czemu?

-On myśli, że wszyscy chcą go zabić, ma urojenia. Dlatego chce zabić innych, żeby czuć się bezpieczniej.

-A ty skąd go znasz?

-Bo mnie też próbował zabić, ale przechytrzyłem go.

-I nie zadzwoniłeś na policję?

-Uważam, że trzeba mu pomóc w tej chorobie, a nie go karać.

-To miłe z twojej strony...

-Dzięki...tylko teraz się boję, że będzie chciał coś ci zrobić.

-Oh...w sumie...

-Teraz mnie słuchaj - będę cię pilnował, żeby nic ci nie zrobił...martwię się o ciebie...

-Oh...to kochane z twojej strony...

-Dzięki. Teraz odprowadzę cię do domu.

-Już koniec spaceru?

-Nie chcę, żeby coś ci się stało...ściemnia się...

-Oh...ok...rozumiem...

Darren wziął mnie za rękę i skierow.cze z jego strony, że odprowadza mnie do domu...za rękę...Może niedługo zostaniemy parą...ehhh...marzenia...teraz zachowuję się jak jakaś szalona, zakochana w kimś dziewczyna. Ale to miłe uczucie...Może jutro się go dopytam o tego kolesia-emo. Teraz nie chcę u psuć humoru. Tak słodko teraz wygląda...

Rozdział 11: Ten koleś-emo to prawdziwy psychol O-O Edytuj

Dzisiejszej nocy miałam przeczucie, że ktoś mnie obserwuje. Rozglądałam się po pokoju, ale nic niepokojącego nie zauważyłam. Za oknem też nic nie było. Dziwne... Nigdy tak nie miałam. W ogóle jakoś dziwnie się czuję, od kiedy poznałam tego gościa-emo. Może on mnie obserwuje...nie, to głupie. Przecież nikogo nie widziałam. A wątpię, żeby potrafił być niewidzialny. Zaraz, może spróbuję coś sobie o nim przypomnieć, bo znajomo wyglądał...Chyba gdzieś kiedyś go widziałam... Jakieś 2 lata temu było głośno o sprawie ucieczki jakiegoś gościa z psychiatryka. W telewizji mówili, żeby na siebie uważać, bo ten koleś jest chory na schizofrenię. Może to on...w sumie...dużo jest w psychiatryku chorych na schizofrenię... Dobra, czo ta Ada wygaduje x333 Czas zająć się światem teraźniejszym! Leżałam na łóżku i oglądałam telewizję. Wróciłam już ze szkoły. Była 15:00, za kilka minut mieli po mnie przyjść Darren i Marceli. Mieliśmy tak sobie pochodzić po mieście, bez żadnych walk (to się tyczy głównie Marcela). Odrobiłam nawet lekcje, żeby dłużej z nimi pochodzić. Problem był taki, że o 16:15 zaczynało się ściemniać. Na szczęście mama pozwoliła nam zostać dłużej. Chyba w końcu zaufała Marcelowi i Darren'owi.

Kilka minut później zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam, a w nich właśnie oni stali.

-Siemka - powiedzieli.

-Hej - odpowiedziałam i obu ich przytuliłam. Również oboje lekko się zarumienili.

Wyszliśmy z domu.

-To gdzie idziemy? - zapytał Marceli.

-Może do parku - zaproponował Darren.

-Fajny pomysł, Darri - odpowiedziałam.

-Darri? - powiedział Marceli. - To już tak się polubiliście, że zdrobniale na siebie mówicie?

-Jak widać. Ty jesteś Lee-Lee.

-Lee-Lee? Serio?

-Cicho, nie narzekaj.

-No ale Lee-Lee nie brzmi strasznie. Nawet nie jesteś straszny.

-No jak to?

-Tak to. Jeśli ja się ciebie nie boję, to znaczy, że nie jesteś straszny.

-Foch -,-

-Cicho.

Jeszcze po drodze trochę się sprzeczaliśmy, czy jest straszny, czy nie. Według mnie nie jest :3 Ale on wciąż się kłócił. Rety, ale on awanturniczy. Nic nie da sobie wytłumaczyć. Czasami zachowuje się dziecinniej niż ja. A to już sztuka ;3

Chodziliśmy i śmialiśmy się przez jakiś czas, z czego zrobiły się 3 godziny. WOW! Czas szybko leci w ich towarzystwie. Jak to miło mieć takich przyjaciół. Tylko teraz naprawdę zrobiło się ciemno. Im się jednak nie spieszyło. A tak to nie chcieli nigdzie wychodzić -,-

Nagle usłyszeliśmy jakiś trzask. Szybko odwróciliśmy się do tyłu, jednak tam nic nie było. Po chwili usłyszeliśmy jakiś odgłos. Rozglądaliśmy się na boki, ale nic nie zauważyliśmy. Przestraszyłam się.

-Boję się...- powiedziałam i przytuliłam się do Darren'a.

-Nie ma się czego bać - powiedział Marceli.

-Jesteście tego pewni? - powiedział jakiś głos.

Z drzewa (byliśmy w parku) zeskoczył przed nas właściciel tego głosu. Był to...ten koleś-emo. Miał na twarzy straszny uśmiech.

-Znowu się spotykamy - powiedział.

-Czego ty znowu chcesz?! - zapytał Darren.

-Tego, czego chcę od innych - ŚMIERCI!

-Zostań tu - Darri mnie puścił i z Marcelem rzucili się na tego gościa. Ten jednak zrobił unik i próbował zaatakować nożem Marcela. Ten jednak szybko wyjął swój i obronił się.

-Ciekawe czy w walce jesteś taki dobry jak myślisz! Szczerze w to wątpię! - zaśmiał się Marceli.

-Zdziwisz się! - odpowiedział chłopak i próbował zaatakować go.

Marsh jednak cały czas się bronił, tylko co jakiś czas atakował. W końcu odepchnął od siebie tego kolesia i podciął go. Ten natychmiast się przewrócił.

-I co, Nightwing? Nie jesteś taki dobry! - powiedział Marceli.

-Tak sądzisz? - odpowiedział Nightwing i szybko wyjął jakiś spray z kieszeni. Odkręcił go i wylał to na oczy Marcela.

-AAAAA! To piecze! - krzyknął Marceli.

Nightwing szybko się podniósł.

-A dla ciebie jestem Schatten, nie Nightwing!

Darren próbował wykorzystać chwilę nieuwagi Nightwing'a i zaatakował go nożem. Ten jednak uchylił się i kopnął Darren'a w brzuch, przez co ten się przewrócił.

-Nadal jesteś słaby! Hahahahahaha! Nic się nie zmieniłeś od naszej ostatniej walki!

Stałam jak wryta. Nie miałam przy sobie broni, więc walka byłaby głupotą. Chciałam im pomóc, ale nie miałam jak.

Nightwing stał tyłem do Marcela, co ten chciał wykorzystać. Szybko podbiegł do niego z zamiarem zaatakowania, jednak ten (jakby wiedział, że Marcel chce go zaatakować) potraktował go paralizatorem, powodując u niego upadek. Marsh bezsilnie leżał na ziemi, nie mogąc się ruszyć. Schatten podszedł do niego i kucnął przy nim. Przytrzymał mu prawą rękę.

-Marshall, Marshall, ty się nigdy nie nauczysz, że nie jesteś taki silny, jaki uważasz...- z kieszeni wyjął strzykawkę z jakimś niebieskim płynem. - Może na wzmocnienie trochę...NARKOTYKÓW W ŻYŁĘ?! HAHAHAHAHA! - szybko i mocno wbił igłę w ręka Marcela i wstrzyknął mu to coś. Marsh skrzywił się z bólu. - Teraz czas zająć się słabeuszkiem...

Nightwing podszedł do Darren'a, który próbował się podnieść. Kopnął go, przez co ten znowu znalazł się na ziemi.

-Powinieneś był ćwiczyć do walki ze mną, ale tego nie zrobiłeś - spojrzał się na mnie. - Ale nie martw się. Zajmę się też twoją dziewczyną! Hahahaha!

Wyjął maczetę. Chciałam go powstrzymać, ale nie wiedziałam jak. Pomyślałam, że może spróbuję użyć mocy ognia na niego. Ale nigdy tego nie trenowałam... Z drugiej strony nie pozwolę, żeby ten psychol zabił moich przyjaciół!

Schatten podniósł maczetę z zamiarem wbicia jej w Darren'a. Zrobiłam to, co kiedyś poradziła mi mama - skupiłam całą swoją uwagę i wolę na Nightwing'u i próbowałam w niego strzelić. Udało się. Wytworzyłam ogień, który trafił w Schatten'a. Koleś-emo przewrócił się i upuścił maczetę. Próbował ugasić ogień na jego koszuli. W tym czasie podbiegłam do Darren'a i pomogłam mu wstać.

-Dzięki - powiedział. - Wow...to było...niesamowite!

-Oh...dzięki...pierwszy raz to zrobiłam. Zaraz...co z Marcelem?!

Szybko do niego podbiegliśmy. Mimo że cały i tak był biały, wyglądał na bladego. Jego krwistoczerwone źrenice zmieniły się na bledsze.

-Oh...Lee-Lee! - pomogłam mu wstać. Biedaczek! Ledwie mógł ustać!

-Wszystko...dobrze... - powiedział słabym głosem.

-Nie! Nic nie jest dobrze! - powiedziałam. - Ledwie możesz chodzić! Cały jesteś blady! Co on ci wstrzyknął?!

-Nie wiem...

Spojrzeliśmy na miejsce, gdzie powinien być Nightwing, jednak jego tam nie było. Zniknęła również jego maczeta.

-Drań! - powiedział Darren. - Najpierw próbuje nas zabić, z potem bezczelnie ucieka!

-Tak...debil...drań...- powiedział Marceli. - Pomożecie...mi...stać...?

-Jasne - podtrzymaliśmy go.

Skierowaliśmy się w stronę mojego domu. Przez drogę nikt nic nie mówił. Może to nawet lepiej...

No więc tak - kto jakie rany odniósł:

-Darren - rozcięte ramię, podarta kurtka

- Marceli - narkotyki w żyłach, blizna na policzku, podarta koszulka

- Ja - praktycznie nic.

Szkoda mi było Marcela, nie wiadomo, co z nim będzie.

-Marceli...?

-Tak?

-Czy...coś ci będzie?

-Raczej nie...przez...może kilka tygodni będę słaby, ale nic mi nie będzie...

-Czyli Przyjęcie normalnie się odbędzie?

-Oczywiście, tylko teraz będę potrzebował pomocy Darren'a i Amelii w przygotowaniach.

-A ja?

-Nie będę cię zamęczał...

-Wiesz, że to dla mnie nic...

-Ty normalnie przyjdź...będzie Lou-Lou?

-Nie, mówił, że ma jakieś sprawy.

-Aha...ok...

-Czyli tylko w czwórkę będziemy?

-Niekoniecznie...

-Czyli? Jeszcze kogoś zaprosiłeś?

-Dowiesz się...

-Ok...

Doszliśmy do mojego domu. Mama otworzyła nam drzwi. Była zszokowana, gdy nas zobaczyła.

-Boże! Co wam się stało?!

-Nie widać?

-Córciu, kto wam to zrobił?!

-Nie teraz, mamo! Mamy ważniejsze sprawy!

-To znaczy?

-Ten koleś, co im to zrobił, coś wstrzyknął Marcelowi.

-Co?! Co wstrzyknął?

-Nie wiemy, ale ma zaczerwienione wokół miejsca ukłucia.

-Trzeba go zawieźć do szpitala!

-Nie...nie trzeba...- wtrącił się Marceli. - Nic...mi nie jest...

-Jak to nic? Marcel, pozwól sobie pomóc...

-Nie, dziękuję pani bardzo, ale nic mi nie będzie...gorsze rzeczy się przeżyło...

-No...dobrze...to jeszcze poczekaj Darren. Zadzwonię po twoją mamę, żeby po ciebie przyjechała.

-Dziękuję - powiedział Darri.

Zaprowadziliśmy Marcela do mojego pokoju. Nie mógł siedzieć, więc położył się. Po 15 minutach po Darren'a przyjechała mama. Ten na pożegnanie pocałował mnie w policzek ^///^ Gdy poszedł, Marceli powiedział:

-No, widzę, że coraz lepiej się dogadujecie...

-No...

-Naprawdę słodka byłaby z was para...

-Cicho!

-Prawdę mówię! Nie widzisz, że Darren się stara?

-O co się stara?

-Żebyś go polubiła...lub nawet pokochała...

-Serio?

-Tak. Mówił, że próbuje ciebie poderwać...

-Skończ!

-Ale przyznaj - podoba ci się? c:

-A nie powiesz mu?

-Buzię mam zamkniętą na kłódkę.

-Dobra...ja...od jakiegoś czasu...jestem...w nim... zakochana...tylko nigdy nie wiedziałam...czy on mnie lubi...

-To teraz wiesz, że on też jest w tobie zakochany.

-No...

Marceli uśmiechnął się. Wow! Nigdy nikomu nie powiedziałam tego na głos...mam tylko nadzieję, że Marceli niczego nie powie Darri'emu...

Rozdział 12: Kolejne Przyjęcie, "mała" sprzeczka Edytuj

Była sobota, 11:00, a ja dopiero się obudziłam. Zawsze w soboty odsypiam cały tydzień wstawania o 7:00. Poleżałam na łóżku jeszcze pół godziny i wstałam. Zjadłam śniadanie, umyłam zęby i uczesałam się. Nie chciało mi się przebierać, leniuch ze mnie :P Nie no, stwierdziłam, że później się przebiorę, jak będę szła na Przyjęcie Marceliego. Ciekawe kto jeszcze przyjdzie...

Zastanawiałam się nad tym, aż usłyszałam Louis'a rozmawiającego z kimś przez telefon.

-Tak, tak, pamiętam. O 17:30 przed twoim domem - powiedział Lou.

Podsłuchiwałam dalej.

-Dobra, wezmę gitarę, nie musisz mi przypominać, Cheshi.

Cheshi? Co to za dziewczyna? Czy ona...czy oni są parą? ^w^

-Nie, Ada nie będzie mogła przyjść - kontynuował. - Musi gdzieś iść.

Mówił jej coś o mnie? O-O Mam nadzieję, że nie to, że jestem dziwnym dzieciakiem O-O

-Na pewno niedługo ją poznasz, obiecuję. Jestem pewien, że się polubicie.

No ja też mam nadzieję ;3

-Dobra, do zobaczenia! - rozłączył się.

-Z kim rozmawiałeś? - natychmiast zapytałam.

Lou omal nie upuścił telefonu.

-O, Ada! Co ty tu...długo tu stoisz?

-Kim jest ta Cheshi?

-To...moja przyjaciółka.

-Co jej o mnie mówiłeś?

-Nieważne...

-Gadaj!

-Na pewno wstydu ci nie zrobiłem.

-No ja myślę -3-

Lou skierował się w stronę swojego pokoju. Ciekawiła mnie ta Cheshi. Ciekawe jaka ona jest...

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Usłyszałam pukanie do drzwi. Była godzina 15:00, więc nikogo się nie spodziewałam. Ku mojemu zaskoczeniu gośćmi okazali się Darren, Amelia i Marceli. Byli w swoich Steam Punkowych ubraniach, tylko kapelusze mieli zdjęte.

-Siemka - powiedzieli.

-Hej - odpowiedziałam. -Co wy tu robicie? Jeszcze długo do 18...

-Wszystko gotowe, więc przyszliśmy do ciebie - powiedział Marceli.

-Oh, ok. Wejdźcie.

Gdy weszli, zapytałam:

-To...co u ciebie, Lee-Lee? Nadal boli cię ta ręka?

Marceli pokazał prawą rękę. Na nieszczęście - ukłucie było na tej ręce z krótką rękawiczką. Wokół ukłucia było zaczerwienienie, tym razem wyraźniejsze.

-Ojojoj - powiedziałam.

-No...a jak piecze... - Marceli złapał się za tą rękę. - Będę musiał ukrywać to przed innymi gośćmi...

-A dokładnie przed kim?

-Zobaczysz.

-Ej no weź!

-Cicho c: A właśnie - ty w końcu masz moce Żywiołu Ognia?

-No...tak... A pomożesz mi je...opanować?

-Jasne. Masz jakiś manekin do ćwiczeń?

-Tak, zaraz go przyniosę.

-Dobra, to weź go do ogrodu. Tam, mam nadzieję, niczego nie spalisz.

-Ok.

Poszłam do garażu. Tam było mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Po chwili zauważyłam beżowy manekin. Wzięłam go i skierowałam się w stronę ogrodu.

Reszta już tam czekała. Amelia, jakby co, miała przygotowaną gaśnicę.

-Ok - powiedział Marceli. - Teraz skup się i skoncentruj na manekinie.

Zrobiłam to co chciał.

-Skup się...teraz wyobraź sobie kulę ognia...i że rzucasz nią...

Spróbowałam sobie to wyobrazić, ale nic się nie działo.

-Nie zniechęcaj się! Powinno ci się udać...

Próbowałam i próbowałam. W końcu udało się, jednak zamiast manekina, podpaliłam włosy Marcela '-' Amelia od razu gasiła go gaśnicą.

-Spokojnie, nic się nie stało - powiedział. - Tylko staraj się tego nie robić.

Jeszcze długi czas próbowałam podpalić manekin, ale nie udawało się: cały czas obrywał Marceli '-' Nie mam pojęcia dlaczego '-'

Po chwili do ogrodu weszła moja mama.

-Cześć - powiedziała. - Co tu robicie?

-Próbuję opanować moje moce - odpowiedziałam.

-Ćwiczysz na manekinie?

-Tak, ale okazuje się, że najlepszym manekinem jest Marceli c:

-Hmmmm...poczekaj, pokażę ci jak to się robi.

Podeszła do mnie i przyjęła pozycję do walki. Nagle w jej dłoni wybuchnął ognień, który skierowała w stronę manekina. Ten cały zapłonął. Wszyscy ze zdziwieniem obserwowaliśmy to.

-Wow - powiedziałam. - Jak ty to zrobiłaś?

-Skupiłam się - odpowiedziała mama. - Masz mnóstwo czasu na opanowanie tego.

-A wiesz co łatwego mogę opanować?

-W chwilę możesz nauczyć się podpalania przedmiotów za pomocą pstryknięcia palcami.

-Pokaż!

-No dobra.

Mama skierowała swój wzrok na manekin, po czym pstryknęła palcami i manekin na nowo zapłonął.

-Naucz mnie tego! - od razu powiedziałam.

-Dobrze - odpowiedziała. - Tego akurat w chwilę się nauczysz. No więc skup się na manekinie.

Skupiłam się na nim.

-Teraz stwórz w głowie obraz: płonący manekin.

Zrobiłam to.

-I pstryknij palcami.

Pstryknęłam. Ku mojemu zaskoczeniu (a także radości), manekin wybuchnął ogniem. Wspaniały widok ^w^

Reszta z zaciekawieniem przyglądała się temu.

-Wooow - wyrwało się im z ust.

-Yay! W końcu coś mi się udało! ^w^ - powiedziałam.

-Emmmm...Ada? - powiedziała mama.

-Co jest?

-Wiesz, że jeszcze jesteś w piżamie?

-Oh...eeeeee...fakt....

-Jest 16:45, radzę ci się już przebrać.

Pobiegłam jak najszybciej do pokoju. Wow, tak długo ćwiczyliśmy? O-O A ja nauczyłam się tylko podpalić pstryknięciem palcami i podpalać włosy Marcela O-O To znak, że trzeba mu te włosy ogarnąć ;3 Może na Przyjęciu spróbuję je uczesać...

15 min. później byłam gotowa. Wyszłam do reszty. Z pokoju akurat wychodził Louis.

-Hej, bro - powiedziałam.

-Hejoł, sis - odpowiedział.

-Powodzenia na randce c:

-Ja nie idę na randkę -,-

-YHY, jasne -3-

-Przestań!

-Wierzę ci -3-

-Skończ! - zauważył Darren'a. - Ej, Darren. Pilnuj na tym Przyjęciu mojej siostrzyczki, ok? Bo tej dwójce nie ufam -,-

-Dobra, nie ma problemu - odpowiedział Darren.

-Świetnie, dzięki. Narazie! - wyszedł z domu.

-To idziemy? - zapytałam.

-Pewnie - odpowiedział Marceli.

Amelia złapała go za rękę, a Darri mnie ^///^

Marcel wziął zaproszenie i nacisnął dzbanek. Znowu się teleportowaliśmy -,- Jak ja tego nienawidzę -,- Gdy wylądowaliśmy, Marceli skierował się w głąb lasu. Przy okazji próbował wyrwać swoją rękę od Amelii, ale nie wychodziło mu to. Muszę ich zeswatać *-* Nie pozwolę, żeby Lee-Lee był samotny w przyszłości ;3

Ja nadal szłam z Darren'em za rękę ^w^ No...skoro mi to nie przeszkadzało...i jemu też nie...to...czemu by nie? ^///^

Marceli kątem oka spojrzał na nas i uśmiechnął się. Amelia również na nas spojrzała, tyle że jej towarzyszył złośliwy uśmieszek. Ja wiem, co ona planuje -,-

W końcu doszliśmy na polanę ze stołem. Marceli, zgodnie ze swoją tradycją, do swojego fotela doszedł przez stół. My, jak normalni, kulturalni goście, przeszliśmy naokoło '-'

-To powiesz kot przyjdzie? - zapytałam się Marcela.

-No c: - odpowiedział.

-Ej no weź! Nie zaczynaj po hiszpańsku!

-No.

- -,- A znam ich chociaż?

-Así.

-Ilu ich będzie?

-Dos.

-Kto?

-Niña y niño: el zorro y el erizo c:

Czyżby...nie...to by było bezczelne z jego strony ich zaprosić...ale jeśli naprawdę przyjdą...będę rzygać tęczą! ^w^ Ciekawe, czy już są parą ^///^

-Czy niña jest różowa, a niño szary? - zapytałam się.

Marceli uśmiechnął się.

-Y ¿qué te parece? c:

-Żebyś się tylko z niño nie pobił...

-Yo no sé...

-Pokaż jeszcze tą rękę.

Marceli podał mi swoją prawą rękę.

-Nie możesz im jej pokazać.

-Lo sé, pero será difícil...

-Oj wiem...

Marceli spojrzał na zegar. Zanim coś powiedział, ja się wtrąciłam:

-Tylko mów normalnie -,- Ja mistrzynią hiszpańskiego nie jestem -,-

-Wiem, ale łatwiej mi mówić po hiszpańsku - odpowiedział Marceli. - Jest 17:15. Ciekawe kiedy oni przyjdą...

-No.

-Dobra, trochę śpiący jestem *zieew* ja trochę przysnę. Szturchnij mnie jak przyjdą - zsunął kapelusz na oczy. Biedaczek ;__; Przez to coś wstrzyknięte w żyły jest słaby ;__; Rety, żeby tylko oni się nie domyślili... Mimo to cieszę się, że przyjdą ^w^

-Naprawdę ich zaprosiłeś? - dopytywałam się. - Yay, Zuzeł przyjdzie!

-I to z Kaito -,- - odpowiedział Marceli.

-O co ci chodzi? Oni są taką słodką parą, że rzygam tęczą! *w*

-Na pewno.

-Czemu się tak nie lubisz z Kaitem?

-To osobista sprawa, uszanuj to.

- Gadaj -3-

-Nie, Philips. Możesz się zapytać Kaita, ale ja ci nic nie powiem.

Minęło ok. 20 minut, a oni nadal nie przychodzili. Zaczęłam się niecierpliwić.

-No gdzie oni są? Spóźniają się ;__;

-Przyjdą - powiedziała Amelia.

-Czekajcie - wtrącił się Marceli, zdejmując kapelusz z oczu. - Jakiś list do nas leci - złapał go.

Byłam ciekawa od kogo był. Marceli przeczytał go i oświadczył:

-Muszę cię czymś zaskoczyć.

-Mów!

-Zuza i Kaito nie przyjdą, mają ważne sprawy do załatwienia.

Że...What...? ;___________________________________________;

-No nie, czemu? - odpowiedziałam ze smutkiem. - A mieli przyjść ;__;

-Phi, dla mnie to nawet lepiej - powiedział Marceli i znowu zsunął na oczy kapelusz.

Nie wytrzymałam. Wzięłam filiżankę i rzuciłam w niego. Marceli skrzywił się z bólu.

-Ałł! ¡Maldita sea! Czemu to zrobiłaś?!

-Bo to przez ciebie nie przyszli!

-Co...dlaczego tak uważasz?!

-To przez to, że jesteś w konflikcie z Kaito!

-¡Mierda! Teraz wszystko na mnie!

Wzięłam drugą filiżankę i również w niego rzuciłam.

-Nie przeklinaj!

-Przestań rzucać tym w Marcyśka! - wtrąciła się Amelia i popchnęła mnie.

-Ty się nie wtrącaj!

-Bo co?! - znowu mnie popchnęła.

Co...za...JĘDZA!

Zaczęłyśmy się szarpać. Darren próbował mnie powstrzymać, a Marceli Amelię. Kiepsko im to wychodziło -,-

-Uspokójcie się! - powiedział Darren.

-To niech ona przestanie! - odkrzyknęłam.

-Obydwie się opanujcie! - powiedział Marceli.

-Niech ta idiotka w końcu przestanie ciebie obrażać! - krzyknęła Amelia.

-Idiotka?! Osz ty jędzo!

Rzuciłam się na Amelię. Lepiej mnie nie denerwować -,-

-Przestańcie! - powiedział Marceli.

Wzięłam dzbanek z herbatą i rzuciłam w niego. Ten cały był w gorącej herbacie.

-Ałłł! ¡Mierda! To jest gorące! - krzyknął.

W końcu Darren'owi i Marcelowi udało się nas rozdzielić. Wszyscy mieliśmy siniaki i zadrapania. Amelia miała podartą kamizelkę a ja koszulkę i pogiętą METALOWĄ spódnicę.

-Spokojnie, spokojnie - powiedział do mnie Darri.

Odwróciłam się i skierowałam w stronę wyjścia z lasu. Marceli próbował mnie zatrzymać.

-Ej! Philips! Nie idź, poczekaj! - mówił. Nie odpowiadałam mu.

Darren pobiegł za mną. Na polanie zostali sami Amelia i Marceli. Zaczęli się kłócić i krzyczeć na siebie.

-Ej, wszystko dobrze? - zapytał się Darren.

-Nie! Nic nie jest dobrze! - odpowiedziałam.

-Rozumiem, ale nie wściekaj się...

-Jak mam nie być wściekła?! Nie dość, że moi przyjaciele nie przyszli przez Marceliego, to jeszcze ta jędza nazwała mnie idiotką! Do tego podarła mi koszulkę i wygięła suknię!

-Widzę, ale nie musisz tak krzyczeć...

Stanęłam.

-Oh...wybacz, Darri - przytuliłam się do niego. - Wybacz, że tak krzyczałam...

-Nie szkodzi... - spojrzał na mnie. - Ehh...twój brat kazał mi ciebie pilnować, ale...nie udało mi się...

-Nie przejmuj się. Pogadam z nim i na pewno ci wybaczy.

-Oby...

Po kilku minutach byliśmy już przed moim domem.

-Wejdź, Darri. Pogadam z Louis'em.

-No...ok...

Gdy weszliśmy do domu, od razu ze swojego pokoju wyszedł Lou. W ręku trzymał gitarę.

-O jesteś! I co... - nie dokończył, bo spojrzał na nas. Upuścił gitarę. - Co...CO WAM SIĘ STAŁO?!

-Mała sprzeczka na Przyjęciu... - odpowiedziałam.

-Mała? TO JEST WEDŁUG CIEBIE MAŁE?! Co tam się stało?!

-No...pokłóciłam się z Amelią... Tylko nie bądź zły na Darri'ego, że tak wyszło...wiem, że miał mnie pilnować...

-Dobra, nie jestem na niego zły, bo wiem, że jesteś wybuchowa...

-Oh, ok.

-I co? Nadal chcesz chodzić na te jego Przyjęcia? -,-

-Na pewno nie będzie tak jak dzisiaj -,- Zresztą, za tydzień na pewno nie będzie...

-Oh, to świetnie!

-Czemu?

-Poznasz Cheshi.

-Jaka Cheshi? - wtrącił się Darren.

-To dziewczyna Louis'a ;3

-Nieprawda!

-Prawda! :3 Przyznaj się!

Louis wziął gitarę i cały czerwony wszedł do pokoju.

-Dobra ja już idę - powiedział Darren i pocałował mnie w policzek ^///^ - Do zobaczenia!

Wyszedł. Ehhh...na najbliższe Przyjęcie będę musiała kupić nowy strój Steam Punkowy -3-

Rozdział 13: Nowa, słodka przyjaciółka (OwO) i ćwiczenie mocy Edytuj

Niedziela, któryśtam listopad, godzina 13:00. Byłam w trakcie odrabiania prac domowych, aż zadzwonił mój telefon. I ten mój dzwonek ^w^ (dla ciekawskich) ^w^ Nie miałam pojęcia kto dzwonił. Tym kimś okazała się moja naj naj, Marcelina, która uważa mnie za swoją dużo młodszą siostrę bliźniaczkę (oryginalne ;3). Z uśmiechem odebrałam.

-Hejoł, Marcysia - przywitałam się.

-Hejoł, Adiś - odpowiedziała. - Co tam?

-Niaaah, lekcje robię.

-O, dobrze, że ja już do szkoły nie chodzę :P

-Cicho -,-

-A z czego robisz?

-Z matmy.

-Ojojoj, to ci nie pomogę. Jestem ciapa w matematyce :P Ledwie ją zdałam.

-Oj wiem, ale to trudne ;__;

-Nie masz nic innego?

-Nie, to ostatnie.

-Ehh no to powodzenia.

-A po co dzwonisz?

-A, chciałam się spytać, czy chciałabyś może poćwiczyć dziś twoje moce ognia...

-Pewnie!

-O, skoro chcesz. To wpadnę o 14:00, oki?

-Oki.

-Dobra, muszę kończyć bo Al próbuje mi wyrwać telefon :D

-Haha, pozdrów go i całą drużynę ode mnie! Papatki!

-Papa!

Rozłączyłam się. Wow, wszyscy z Team Speed mnie lubią (nawet Al ^w^) i chcą ze mną gadać! Yay! ^w^ Ostatnio jakieś 5 minut mnie tulali, zanim wszyscy to zrobili ^///^ Fajnie jest mieć takich starszych przyjaciół, wśród których jest mój kuzyn.

Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Kurde, co się dzisiaj wszyscy na mnie uwzięli? Mamy i Louis'a nie było (mama poszła na zakupy, a Lou do swojej dziewczyny ^w^), więc moim obowiązkiem było otworzenie ich. Podeszłam do nich i otworzyłam je. Za nimi stał Marceli. Był...inaczej ubrany... Miał na sobie długą, rozpiętą, czerwoną bluzę, czarną koszulkę na ramiączkach, jeansy i czarne glany. Wow *-* Z własnej woli zmienił strój, jestem z niego dumna *-* Obydwie ręce trzymał za plecami.

-O...hej Marceli...- powiedziałam.

-Hej - odpowiedział. - Słuchaj...ja...chciałem przeprosić cię za wczoraj...głupio wyszło...

-Ty mnie przepraszasz? Kim jesteś i co zrobiłeś Marceliemu? -,-

-No...cóż, tym razem ja nawaliłem. I...pomyślałem, że...może nowa przyjaciółka poprawi ci humor...

-Co? Jaka przyjaciółka...?

Marceli uśmiechnął się i wyjął ręce zza pleców. W nich trzymał...małe Chao. Było białe, tylko nóżki miało biało-błękitne. Uszy również były błękitne, tyle że z dodatkiem koloru niebieskiego. Miało granatowe łapki z fioletowymi pazurkami. Miało błękitno-niebiesko-fioletowe skrzydełka. Na głowie były fioletowe kryształki, które przypominały koronę/tiarę, a nad głową latała niebieskawa aureolka.

-Chao Chao (Cześć)! - powiedziało trochę nieśmiało.

-Ooooooo...cześć! Słodko wyglądasz! Jak masz na imię? OwO

-Chao Chao (Nazywam się Bella).

-Bella? Jak słodko! *w*

Wzięłam malutką na ręce.

-Chao Chao (A ty jak masz na imię)? - zapytała się.

-Jestem Ada, miło mi! - odpowiedziałam.

-Chao Chao (Mogę ci mówić Adeł)?

-Jasne! ^w^

-No, widzę, że się dogadujecie ^w^ - powiedział Marceli.

-Oh Marceli! Tak ci dziękuję! OwO - odpowiedziałam i przytuliłam go. Ten zarumienił się i odwzajemnił tulasa. Teraz zauważyłam, że prawą rękę ma owiniętą bandażem.

-Nadal cię boli ta ręka? - zapytałam, nie przestając go tulać.

-Tak, ale zaczęło mnie też swędzieć - odpowiedział, również nie przestając mnie tulać. - Teraz cała jest czerwona.

-Idź do szpitala.

-Nie, nic mi nie będzie, uwierz mi. Za jakiś czas mi przejdzie.

-Oh, skoro tak mówisz...

-Chao Chao (Adeł, mogę pokazać ci coś słodkiego)? - zapytała się słodko Bella.

-Jasne, kocham słodkie rzeczy!

Bella poleciała za Marcela. Chwyciła jego kaptur i założyła mu go. Na nim były...słodkie uszka! OwO

-Rzygam tęczą! *w* - powiedziałam.

Marceli zaśmiał się.

-Serio? Aż tak słodko?

-TAG! ^w^ Jeszcze tylko uczesać ci włosy OwO

-Hehe, tak...zaraz, co?

Wzięłam do ręki grzebień.

-Ale ich się nie da rozczesać...- zaczął Marcel. - Kiedyś próbowałem...i bolało...

-Nie będziesz się przejmował bólem, jak będziesz mi robił zadania z matematyki ^w^

- -,- Ty mnie wykorzystujesz -,-

-Ok cicho ;3 Te zadania są taaaakie trudne - zrobiłam słodkie oczka. - Ploooosę, Lee-Lee *-*

-Ehh...no dobra...

Usiadł na krześle i wziął do ręki długopis.

-Które zadania? - zapytał.

-3, 4, 7, 10 i Czy już umiem - odpowiedziałam.

-Ok.

Zaczął rozwiązywać, a ja próbowałam rozczesać jego włosy. Ciężko mi szło. Czy on ich nigdy nie czesał? O-O Czy on je kiedyś obcinał? O-O

Marceli skończył 1/5 zadań, a ja nawet jednego pasemka nie mogłam mu uczesać -,- Sięgnęłam po nożyczki.

-Ejejej! - powiedział Marceli. - Co ty...nie obcinaj mi włosów! O-O

-Spokojnie, nie obetnę ci. Ja chcę tylko rozciąć supły.

- O-O

-Obiecuję, że włos ci z głowy nie spadnie...

Marceli z tą samą miną wrócił do robienia zadań. Ja zaczęłam rozcinać mu supły. No, trochę ich było. Ale ze mnie fryzjerka ^w^ W mamę potrafię ^w^

Minęła godzina. Czesanie już trochę lepiej mi szło. Marceli grał w jakąś grę na moim telefonie (skończył już z matematyki robić ;3) i rozmawiał z Bellą. Po chwili usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Poszłam je otworzyć. Za nimi stała Marcelina. No tak! Zapomniałam!

-Siemka - powiedziała i przytuliła mnie.

-Hejoł - odpowiedziałam odwzajemniając tulasa.

-Po co ci grzebień?

-Oh, próbuję rozczesać włosy Marceliego.

-Marceliego? Jego włosy? O-O Jak ci idzie?

-Emmmm...dobrze...musiałam tylko rozciąć mu supły.

-Może w końcu nie będą takie rozczochrane...

Weszłyśmy do pokoju.

-Cześć, Marcelino - przywitał się Marceli.

-Hejka, Marcel - odpowiedziała.

Po chwili zauważyła Bellę.

-Hyyyyyy *-* JAKA ONA SŁODKA! *w*

-Chao Chao (Dziękuję) ^w^

-Awwwwww *w*

W końcu udało mi się rozczesać jego włosy. Po chwili je uczesałam: gotowe.

-Wreszcie! - powiedziałam.

Marceli podszedł do lustra.

-Wow! Od kilku lat nie były tak uczesane *w*

-No widzisz ^w^

-Będzie z ciebie fryzjerka ;3 - powiedziała Marcelina.

-Hihi, na pewno ^w^

-Dobra, skoro już skończyłaś, chodź przećwiczyć twoje moce.

-Spoko.

Nasza czwórka udała się do ogrodu. Co najdziwniejsze, manekin nadal tu stał '-' Czyżby mama na nim ćwiczyła? Marceli usiadł na trawie, a Bella na jego kolanach.

-Pokaż mi co umiesz - powiedziała Marcelina.

No więc skupiłam się, pstryknęłam palcami i manekin zapłonął.

-Umiem jeszcze tylko podpalać włosy Marcela '-' - powiedziałam.

-Emmmmm...nie demonstruj...

-Nom, dopiero co mi je uczesałaś - wtrącił się Marceli.

-Ja ci ich więcej nie będę czesać - powiedziałam.

-Jak uważasz.

-Dobra, koniec tematu włosów, bo już mi Al'a przypominacie :D - powiedziała Marcelina. - Zajmijmy się ćwiczeniami. To co chciałabyś umieć?

-Rzucać Kule! Ogniste Kule!

-Skoro chcesz... - odpowiedziała i skierowała swoją dłoń w stronę manekinu, po czym wykonała jakiś gest. Nagle z niej wystrzeliła spora kula, a manekin cały zapłonął.

-Woooow OwO - powiedziałam. - Naucz mnie!

-Standardowo musisz się skupić i wyobrazić kulę. Postaraj się i skup.

-Ok, ok.

-Nie uda ci się, a jak już to podpalisz mi włosy - wtrącił się Marceli.

-Uda mi się!

-No c:

-Tak!

-No!

-A zakład?

-Spoko. O co?

-Ja wiem, ja wiem! - powiedziała Marcelina, machając ręką. - Jak Adzie się uda, Marcel przebierze się jutro na cały dzień za emosa, a jak Adzie się nie uda, ona to zrobi :3

-Dobra - powiedziałam.

-Spoko - powiedział Marceli.

-No i super - odpowiedziała Marcysia. - Więc teraz skup się, Adeł.

Skupiłam się, wyobraziłam sobie kulę ognia uderzającą w manekin. Zrobiłam ten sam gest ręką co Marcelina i...udało się...UDAŁO SIĘ!

Marcelina miała uradowaną minę, za to Marceli patrzył z niedowierzaniem.

-Udało ci się, sis! - powiedziała i podbiegła mnie przytulić.

-ALE JAK?! - niedowierzał Marcel. - JAKIM CUDEM?!

-Mobiańskim cudem! O3O

-OH YEAH! Będziesz emosem! - darłam się.

-NO! NIE WIERZĘ!

-Było we mnie wierzyć! O3O

-No to mamy zadanie dla Al'a na jutro O3O - powiedziała Marcelina. - Będzie przebierał Marcela za emosa :3

-No nieeee... - westchnął Marceli. - Na cały dzień? I po mieście tak chodzić?

-Dag ;3

Marceli zrobił załamaną minę.

-Przynajmniej Amelia mnie nie rozpozna...

-Zadzwonię jutro po nią ;3 - powiedziałam.

-Ty zdrajczyni!

-Cichaj ;3 Robię to dlatego, żebyś w przyszłości nie był sam O3O

-Mogę być sam, nie przeszkadza mi to...

-NIE BĘDZIESZ!

-To miłe, naprawdę, ale nie chcę z nikim być '-'

-Forever Alone chcesz być?

-Nie wiem '-'

-Emo do ciebie pasuje, Macel - wtrąciła się Marcelina. - Skoro chcesz być Forever Alone...

-Obydwie jesteście zdrajczyniami -,-

-Wiem ^u^

-Skąd w ogóle pomysł u ciebie na taki zakład? -,-

-Bo o to samo założyłam się z Gwen ^w^ Wygrałam *like a boss*

-Gwen jako emo? *w* - wtrąciłam się. - Słodko wyglądałaby ^w^

-I taka była ^w^ Zwłaszcza, że ma różowe włosy O3O

-Awwwww *w*

Marceli patrzył na nas zdziwiony.

-Ty nie rozumiesz babskich spraw - stwierdziłam.

-No wie - odpowiedział. - Ja już chyba pójdę.

-Czemu?

-Bo tak.

-No ejj! Ignorowany się czujesz czy co?

-No...trochę...

-Ojej - powiedziałyśmy z Marceliną. - Chodź tu - usiadłyśmy obok niego i przytuliłyśmy go. Zarumienił się.

-Ummmm...dzięki... O///O

-Nie ma sprawy ;3 - powiedziała Marcelina.

-Nom. Masz mięciutkie futerko *w* - dodałam.

-Niom, mięciuśkie ^w^ - pogłaskała go po włosach. - A włosy masz gęste i puszyste *w*

-No, bardzo :3 - również je pogłaskałam.

-Chao Chao (I jesteś taki słodki) *w* - powiedziała Bella, również tulająca Marcela.

-Oh...dzięki... O////////O - powiedział Marceli.

-Co taki sztywny jesteś? - zapytała się Marcelina.

-Po prostu...rzadko kiedy ktoś mnie tula...

-Adeł, masz nowe zajęcie :D

-YHYM :D - odpowiedziałam. - Paczaj! A jak Amelia go tula, to ją odrzuca! :D

-Bo ona za mocno tula - wtrącił się. - Ciągle mnie dusi '-'

-Powiem jej, żeby tak mocno cię nie tulała. Wtedy będziesz dawał się jej tulać ^w^

-Serio jej tak powiesz? O-O

-No :D

-Ty lubisz jak ona mnie tula -3-

-No! Mam z tego radochę =^w^=

-Zdrajczyni -3-

-Oj cicho ;3 Teraz tak cały czas będziesz na mnie mówił?

-Tak -3- Bo taka prawda -3-

-To podręczę cię jeszcze ^w^

-What?

-Juro będziesz miał metamorfozę...

-Philips... -3-

-Będziesz emosem...

-Ostrzegam cię...

-Z makijażem...

-Grabisz sobie -3-

-JAK NIGHTWING!

-Osz ty! - powiedział i rzucił się na mnie. Zaczął mnie łaskotać.

-Hihihihihih, przestań! :D - śmiałam się.

-Odszczekaj to, to przestanę ;3

-Nigdy! :D

-Jak chcesz - zaczął mnie dźgać w boki.

-Nie! Przestań! To łaskocze! :D

-Odszczekaj to ;3

-Ale to prawda! :D Błagam, przestań! :D

-Zostaw moją małą sis! O3O - powiedziała Marcelina i zaczęła łaskotać Marcela. On momentalnie przestał mnie dźgać.

-No! Przestań! :D

Ja i Bella dołączyłyśmy do Marcysi. Marcel prawie płakał ze śmiechu.

-Przestańcie, zdrajczynie :D - powiedział.

-Nie ma mowy! :d - odpowiedziałyśmy.

-Co tu u was tak głośno? - zapytał się męski głos. Yay! Lou wrócił do domu! O3O

Wszedł do ogrodu i zrobił poker face'a.

-Eeeeee...co wy tutaj robicie? - zapytał się.

-Dręczą mnie! >w< - odpowiedział Marceli, zaśmiewając się.

-Ty bądź cicho i cierp! O3O

-Następny zdrajca! :D

-Hę?

-Jesteśmy zdrajczyniami, bo przegrał zakład i będzie emo ;3 - odpowiedziałam.

-Co? Marceli będzie emosem? :D Chciałbym to zobaczyć! :D

-Mówiłem! Zdrajca! :D - powiedział Marceli, ciągle przez nas łaskotany.

No cóż, mniej więcej tak minął nam ten dzień ;3 Wieczorem jeszcze stała procedura i położyłam się spać. Bella położyła się obok mnie i słodziutko przytuliła się do mnie >w<

Rozdział 14: Niespodziewane spotkanie z przyjaciółmi (-3-) i emo-Marceli ^w^ Edytuj

Był poniedziałek, któryśtam grudnia (coś koło 9). Ze względu na duży i porywisty wiatr odwołano lekcje (Yay!). Była 9:30, więc poszłam na śniadanie i umyłam ząbki. Potem obudziłam Bellę, chociaż niechętnie. Tak słodko wyglądała *w* O 11:00 miałam być w parku, bo Al miał przyprowadzić emo-Marcela ^w^ Nie mogłam się tego doczekać ;3 Al jest mistrzem charakteryzacji i najlepszy w kwestii ubioru. Na pewno uda mu się zrobić z Marcela emosa ^w^

Była już 10:15, więc postanowiłam, że pójdę spacerkiem pójdę do parku. Bella koniecznie chciała iść ze mną i zobaczyć emosa Marcela ^w^ Po drodze przez telefon rozmawiałam z Marceliną. Chciała, żebym zrobiła zdjęcia Marcela i jej wysłała. No, skoro chce x333 Jeszcze wyślę Amelii, niech wie, że Al męczy jej chłopaka x3333 Po 35 min. byłyśmy na miejscu, jednak nigdzie ich nie widziałam. Nagle czyjeś ręce zasłoniły mi oczy. Różowe łapki z białymi rękawiczkami... -3-

-Zgadnij kto to ;3 - powiedział damski głos.

-Zuzełłę! - od razu odpowiedziałam.

Zdjęła łapki z moich oczu. Teraz zauważyłam, że była z Kaitem.

-Yay! Zgadłaś! - odpowiedziała.

-Nie znam nikogo innego z różowym futerkiem.

-Widzisz, jestem wyjątkowa ^w^

-Mhm...

-Czo taka bez humoru jesteś?

-Focha mam na ciebie -3-

-Czemu?

-Nie przyszłaś na Przyjęcie, przez co pobiłam się z koleżanką -3-

-Oj, no wybacz - powiedziała i przytuliła mnie. - Ważne sprawy...

-Mhm -3- - odwzajemniłam tulasa. - Niech ci będzie.

-No! ^w^

-Co tutaj robisz? - zapytał się Kaito.

-Czekam na kogoś. Ma przyprowadzić Marcela ^w^

-Aha...a on coś zrobił, że ten ktoś ma go przyprowadzić?

-Nie, ale będzie beka :D

Z daleka usłyszeliśmy jak ktoś mówił po hiszpańsku. Odwróciliśmy się w stronę głosu. W naszą stronę szedł Al, a za nim zapewne Marceli w kapturze, ze spuszczoną w dół głową. Będę szczera - wszystkie dziewczyny oglądały się za Al'em x3333 (nie dziwię im się x3333)

Alejandro spojrzał na nas.

-Cześć, La Chica De Pelo Negro ^w^ - powiedział w moją stronę.

-Hejoł ;3 Co z nim? - wskazałam na Marcela. Odwrócony był do nas tyłem.

-Focha ma na mnie :D - odwrócił Marcela w naszą stronę i zdjął mu kaptur. Miał makijaż! :D Al do tego rozpiął mu bluzę. Naprawdę wyglądał jak emos! Na szyi miał obrożę, czarną koszulkę z krzyżem, czarno-białą rękawiczkę (bo prawą nadal miał w bandażu), czarno-białą bluzę, spodnie tych samych kolorów i czarne, wysokie buty.

-Ta-dam! :D - powiedział Al.

Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Ja i Zuza śmiałyśmy się jak Jinx z LOL'a, a Kaito zaśmiewał się:

-Hahahahaha! Zaraz umrę ze śmiechu! :D

Marceli zrobił załamaną minę i schował twarz w dłoniach.

-Cicho :/ - powiedział

-NOPE! :D- odpowiedziała Zuza. - Zbyt śmiesznie wyglądasz! :D

-Ej, nie płacz, Marcel :D - powiedział Al.

-No! Bo sobie makijaż rozmarzesz! :D - dokończyłam.

Marceli spojrzał na mnie.

-Zdrajczyni -3- - powiedział.

-Oj wiem >w<

-Czemu "zdrajczyni"? - zapytała się Zuza.

-Bo to JEJ wina -3- - odpowiedział. - Przez NIĄ muszę być emosem -3-

-Mówiłam: było we mnie wierzyć! :D - wtrąciłam się.

Marceli wciąż patrzył na mnie tym (-3-) spojrzeniem. Wyjęłam telefon.

-Bella! - zawołałam.

Malutka przyleciała do mnie (siedziała przy fontannie).

-Awwwww! Słodka! *w* - powiedziała Zuza.

-Chao (Dzięki) ^w^ - odpowiedziała.

-Bella - podałam jej telefon. - Wiesz co masz robić.

Bella kiwnęła głową i zaczęła latać wokół Marcela i robić mu zdjęcia.

-Ej! Bella, przestań! - mówił.

-Chao (Chwilkę) ;3

Zrobiła mu kilka zdjęć i podała mi telefon.

-Wyślę do Marceliny i Amelii ^w^

Marceli zrobił przerażoną minę.

-No! Do wszystkich, tylko nie do Amelii! O-O

-Właśnie, że do niej! ;3 Twoja dziewczyna powinna wiedzieć, co z tobą ^w^

-Zaraz, zaraz... - zaczęła Zuza. - Marceli...ma dziewczynę? To słodkie! .3.

-No! - zaprzeczył Marceli. - Amelia nie jest moją dziewczyną! O///O

-Jeszcze nie, ale już blisko ;3 - powiedziałam i wybrałam zdjęcie do wysłania.

-No! Nie wysyłaj jej tego! - próbował wyrwać mi telefon.

-Kaito, przytrzymaj go, ploosęę *-*

-No dobra - odpowiedział i przytrzymał Marcela. Odciągnął go trochę ode mnie.

-Zostaw mnie! - Marceli próbował się wyrwać.

-Uspokój się! Po co tyle agresji?

-Nie chcę, żeby Amelia miała moje zdjęcia!

-To nic złego, że dziewczyna ma zdjęcia swojego chłopaka...

-NIE ROZUMIESZ! Ona NIE JEST moją dziewczyną!

-Uspokój się! - powiedziała Zuza.

-No - dodał Al. - Agresja nic ci nie da.

-Wysłane! O3O - oznajmiłam.

-NO! - krzyknął Marceli.

-Ogarnij się! - powiedziała Zuza.

-JAK MAM SIĘ OPANOWAĆ, SKORO PHILIPS WYSŁAŁA MOJE ZDJĘCIA DO MOJEJ FANGIRL?! - histeryzował Marceli.

-USPOKÓJ SIĘ! - Al spoliczkował Marcela. - Histeryzowanie ci nie pomoże! Ochłoń trochę...

-Auć...czemu wszyscy mnie biją? ;-;

-Bo nie potrafisz się opanować - odpowiedział sucho Kaito.

-A co ty byś zrobił na moim miejscu, Ryusaki? -,-

-Na pewno nie zachowywałbym się jak wariat.

Oboje patrzyli na siebie złowrogo.

-Czy wy naprawdę nie możecie wytrzymał ani jednego spotkania bez kłótni lub walki ze sobą? - zapytałam się.

-Ada, zrozum - zaczął Kaito. - Z nim się nie da inaczej.

-Z nim się nie da -,- - wtrącił się Marceli.

-Marsh, przymknij się.

-Sam się przymknij -,-

-Zuza, przynieś wodę.

-Nie! Będę cicho, tylko PROSZĘ, bez wody! O-O

-No ^w^

-Szantażysta ;-; - wymamrotał pod nosem.

-Słyszałem :> - odpowiedział Katio.

-WYBACZ ;-;

Kaito uśmiechnął się.

-O-O Zuzełłę, to chyba sen! - powiedziałam. - Oni się jakoś ze sobą dogadali! O-O

-Wow ;-; - odpowiedziała.

-Jestem z was dumna! O3O - obu ich tuliłam.

Kaito zrobił obojętną minę.

-Nie przyzwyczajaj się, Philips ._. - powiedział Marceli.

-Daj spokój, Marcel - powiedział Alejandro. - Czemu się nie pogodzicie?

-Bo nie ._.'

-Jak tam uważasz...

-Mhm... - złapał mnie za nadgarstek i pociągnął za sobą. - Chodź już...

-Poczekaj - odpowiedziałam i zwróciłam się do Zuzy. - Tak w ogóle: co tam u was? ;3

Marceli wciąż ciągnął mnie za rękę.

-Spoko. A u ciebie?

-Też spoko - powiedziałam i zwróciłam się do Marcela - Lee-Lee, nie bądź zazdrosny -3-

-Będę! - powiedział i pociągnął mnie tak mocno, że ruszyłam się z miejsca i szłam za nim.

-Ehhhh...no, to pa Kaito i Zuza! - powiedziałam oddalając się.

Al spojrzał na nich.

-Marceli jest zazdrosny, jak widzi Adę rozmawiająca z wami - powiedział do nich. - Nie ogarniam tego kolesia. Adiós! - pobiegł za nami.

-Chao (Papa!) - powiedziała Bella i również poleciała za nami.

-Eeee...cześć - odpowiedzieli.

Odeszliśmy od nich kilka kroków, po czym spojrzałam na Marcela.

-Ekhem, ekhem...

-Co? - powiedział sucho.

-Zazdrosny? c:

-Cicho bądź - odpowiedział rumieniąc się.

-Nie wiedziałam, że aż tak mnie lubisz O3O

-To już wiesz -///-

Awwwww *w* Jakie to słodkie! Lee-Lee jest o mnie zazdrosny! ^w^ Myślałam, że tylko mnie lubi - a tu zazdrość! Później zrobię mu przesłuchanie w tej sprawie ;3

Chodziliśmy bezcelowo po mieście. Marceli nadal był w kapturze (bezsensu, bo każdy wiedział, że wygląda jak emos). Po jakimś czasie poczułam, jak ktoś ciągnie mnie za ramię. "Ktosiem" okazała się Mariko (Marcel mocniej naciągnął kaptur).

-Cześć, Ada - powiedziała i uśmiechnęła się. Nie wiem, czy był to jej normalny uśmiech, czy złośliwy.

-O...hej Mariko - odpowiedziałam.

-Widzę, że jesteś w towarzystwie Alekei'a i... - spojrzała na Marcela. - A temu co?

Podeszła do niego i zdjęła mu kaptur. Prawie od razu wybuchnęła śmiechem.

-Brawo, emosie :D W końcu tego nie ukrywasz! :D

Marceli założył kaptur.

-Cicho -///- Czego nie ukrywam?

Mariko znowu zdjęła mu kaptur.

-Tego, że jesteś emosem.

Znowu go zdjął.

-Nie jestem emosem ;-;

-Jesteś.

-Nie jestem.

-Jesteś!

-Nie jestem!

-To czemu wyglądasz tak?

-To zakład.

-Ta, jasne c:

-Czemu nikt mi nie wierzy? T_____T

-Bo jesteś dziwnym dzieckiem ^^

-Ty jesteś dziwna.

-Dziwniejszym od ciebie i twojej dziewczyny nie można być c:

-Ale ja nie mam dziewczyny '-'

-Nie? A Ada? c:

Oboje spojrzeliśmy na nią.

-CO?!

-Co? .3.

-Ona nie jest moją dziewczyną! - powiedział Marceli.

-Yhy c:

-Marceli... - zaczęłam. - Jestem twoją dziewczyną i nic o tym nie wiem. To jest chore :/

-Tak :/ Mariko, czemu według ciebie chodzimy ze sobą?

-Bo spędzacie ze sobą tyle czasu c:

-I tyle? -,-

-Już dawno nie widziałam Ady z nikim innym...tylko z tobą. Zawsze we dwójkę c:<

-Bo się przyjaźnimy.

-Nie tylko c:

-Czyli uważasz - wtrąciłam się. - Że mimo że swatam Marcela z Amelią to z nim chodzę?

-Może trójkącik?

-No nie! Serio?

-Czemu nie?

-Chwila, powiedziałaś, że dawno nie widziałaś mnie z nikim innym...

-No i?

-Czy ty nas obserwujesz? -3-

-Ja obserwuję każdego mieszkańca ^^

-Ale Marcel tu nie mieszka.

-Ale widuję go. Z tobą c:

-Przestań! Nie jesteśmy parą!

-Widać c:<

-Teraz jesteśmy z Al'em. Który ucichł...tak nagle... - spojrzałam na niego. Głaskał Bellę.

-Hę? Bo chcę posłuchać waszych emotionale Bekenntnisse ^w^

-Al, kiepsko stoję z niemieckiego .3.

-Emocjonalne/uczuciowe wyznania ^^

-Co?! Ty też?

-Zdrajca! -3- - powiedział Marceli.

-Einen augenblick! - powiedział Al. - Nie dyskryminujcie mnie dlatego, że byłaby z was słodka para -3-

-Słodką może nie, ale parą... - wtrąciła się Mariko.

-Nie jesteśmy! - powiedziałam.

-Jesteście .3.

-Czemu nie wierzysz w przyjaźń damsko-męską? ;-;

-W waszym przypadku nie.

-To ja mogę nie wierzyć w nią w twoim przypadku?

-Nie mam z kim ^^

-Nie? A z pewnym brązowym wilkiem z żółtymi oczami? - powiedziałam i uśmiechnęłam się złośliwie.

Mariko lekko się zarumieniła.

-Co...? Nie mam pojęcia o czym i o kim ty mówisz...

-Nie znasz Aarona? >:3 - odezwał się Al.

-Jednego z największych przystojniaków, dorównującego Al'owi? >:3

-Nic do niego nie czuję... - powiedziała.

-A skąd wiesz, że on nic do ciebie? >:3

Mariko bardziej się zarumieniła.

-Muszę iść - powiedziała i szybko skoczyła na dach, po czym gdzieś pobiegła.

-Tak się z nią załatwia sprawy ^w^ - powiedziałam.

-Myślisz, że Aaron coś do niej czuje? - zapytał Al.

-Może, nie wiem. Wiem, że słodka byłaby z nich para ^^

-Czy ty wszystkich swatasz?

-Nie...Marcela z Amelią, ciebie z Marcysią, Louis'a z jakąś Cheshi, teraz Aarona z Mariko...

-A ja ciebie z Darren'em ^^ - powiedział Marceli.

-Tak ^w^ Która tak w ogóle godzina?

-15:00.

-Nawet nie spojrzałeś na zegarek '-'

-No widzisz ^^

-Zaraz, zaraz...Marcel...? - zaczął Al.

-Co?

-Czy nie mieliśmy przyjść na 15:00 na spotkanie do Ei'a?

-Ty...masz rację...

-Zapomniałem :P

-Też :D

-Chwileczkę... - wtrąciłam się. - Wiedziałam, że Al pracuje dla Jajka, ale ty, Lee-Lee?

-Bo mi się nudzi .3.

-To nie możesz pomagać Sonic'owi?

-Nie, bo mu nie ufam.

-No i prawilnie! ^w^ - powiedział Al.

-A Zuzce i Kaito?

-Nie ^^

-Bo ich nie lubisz?

-Lubię ^^

-To czemu nie?

-Bo nie.

-Bo Kaito -3- ?

-Może...

-Czemu nie przepadacie za sobą?

-Bo nie ^^

-No ale czemu?

-Nie wiem.

-Ale jak to?

-Nie wiem '-'

-Czy ty w ogóle coś wiesz?

-Nie wiem, czy wiem.

-Dobra, koniec tematu! - powiedział Al i pociągnął Marcela za rękę. - Idziemy do Ei'a, bo znowu będzie awantura. Tschüs!

-Pa, Ada!

-Cześć!

Al i Lee-Lee poszli pewnie w stronę bazy Eggman'a.

Hmmmm...Al dużo wie o Marcelu...jemu też zrobię przesłuchanie ^^ Chociaż pewnie nic nie powie...wtedy pójdę męczyć Kaita ^^

Po jakichś 10 minutach doszłam do domu (oczywiście nie zapomniałam o Belli ;3). Gdy weszłam do pokoju, czekał na mnie... "gość". Dziwny i...niespodziewany... Był nim...robot...koloru złoto-brązowego. Wyglądał jak dzbanek na herbatę, tylko na środku miał ogromne, czerwone oko. Wokół niego, jakby jego obramowaniem był symbol Merkurego. Trochę się go przestraszyłam.

Robot spojrzał się na mnie i podszedł do mnie (z tego dzbanka wysunęły się "nogi"), zachowując bezpieczną odległość.

-Witam - powiedział. Miał głos jak typowy robot.

-Eee...cześć? - odpowiedziałam niepewnie.

-Czy w pobliżu jest Lis Marceli?

-Nie, a co? Zbudował cię?

-Tak.

-Wow, fajnie!

Robot spojrzał się na mnie, po czym z jego oka wydobył się jakiś laser.

-Skanowanie w toku... - powiedział.

Czemu nie skanował? .____. Co zrobiłam?

Po chwili skończył.

-Ada Philips, lat 12... - powiedział.

-We własnej osobie.

Robot podał mi jakieś brązowe pudełko ozdobione kryształami.

-Czy mogłabyś przekazać mu to?

-Pewnie.

-Dziękuję.

-Jak masz na imię?

-Słucham?

-Jak się nazywasz?

-Ah, Eyepot. Przez Alejandra Roberta Magaña nazywany KriegStaffe.

-Znasz Al'a?

-Jeżocelot pracujący dla Dr. Ivo Robotnika.

-Skąd znasz Eggman'a?

-Mój stwórca dla niego pracuje.

-Marceli?

-Tak.

-A słuchaj, Eyepot, ile on zbudował robotów?

-Takich jak ja czy inne modele?

-Um...wszystkich.

-Mnóstwo, nie do zliczenia.

-Cała armia?

-"Byle Doktor Jajko się nie dowiedział, będzie chciał ich użyć przeciw Sonic'owi, Zuzce, Kaito i całej reszcie..." cytat mojego stwórcy.

-Oh, a to ciekawe...

-Nieprawdaż?

-Tak. Wiesz co? Lubię cię :)

-Naprawdę?

-Naprawdę. Miło się z tobą rozmawia :)

-Bardzo miło mi to słyszeć. Gdybym miał usta, uśmiechnąłbym się.

-Fajnie :3

-Niestety, muszę już iść.

-Szkoda, zobaczymy się kiedyś?

-Mogę spróbować poprosić stwórcę.

-Zgodzi się, zobaczysz :)

-Mam taką nadzieję. Do widzenia.

-Cześć.

Eyepot nacisnął jakiś guzik na swoim "ciele", po czym otoczyła go brązowa aura i zniknął.

-Sympatyczny ten robocik - powiedziałam do Belli.

-Chao (Tak) .3. - odpowiedziała.

Spojrzałyśmy na to pudełko.

-Jak myślisz, co w nim jest?

-Chao Chao (Nie mam pojęcia).

-Spróbować otworzyć?

-Chao (Tak) .3.

Spróbowałam otworzyć, ale za nic na świecie nie chciało się otworzyć. Jakby było przymocowane.

-Naaah, czemu się nie otwiera? ;-;

-Chao Chao Chao (Może Marceli otworzy)? .3.

-Może. Silny jest ^^

Rozdział 15: Kotka zwana Mortal Edytuj

Minęło kilka godzin, odkąd Marceli i Al poszli do Eggman'a. Razem z Bellą zastanawiałyśmy się, czemu to tak długo im zajmuje. Na wszelki wypadek wysłałam SMS-a do Marcela, żeby po spotkaniu przyszedł/teleportował się do mnie, jednak nie odpisywał. Nie żeby mnie to zaniepokoiło, po prostu to nie w jego stylu. Zawsze jak do niego piszę, po paru sekundach odpisuje. Lecz teraz minęły 3 godziny, była wtedy 18:30. W ogóle mama napisała mi, że z tatą i Louis'em jadą do cioci, a że wie, że nie przepadam za nią, pozwala mi zostać ten jeden, jedyny raz. Dopisała też, żeby Marceli się mną zajął przez ten tydzień (tia...ciocia mieszka bardzo daleko...), bo mu ufa. Mi to nawet odpowiada, chociaż większość tych dni wolności spędzę w szkole. Mam nadzieję, że Marceli będzie mnie zaprowadzał do szkoły i ze szkoły (przy okazji poznałby Vanessę i Dominique ^^). One już czekają na spotkanie z nim. Ale dobra, odbiegłam trochę od tematu ._.'

Była już 20:35 i Marceli WRESZCIE przyszedł do mnie. Właściwie to teleportował się do mojego pokoju (akurat jadłam kolację w pokoju, bo nie chciało mi się czekać aż on przyjdzie i prosić go, żeby mi zrobił kanapkę [bo zrobione przez kogoś zawsze lepiej smakują, pamiętajcie o tym ^^]). Od razu na niego napadłam.

-Czemu mi nie odpisywałeś?

-Nie miałem czasu - odpowiedział oschle.

Zrobiłam smutną minę. Nie wiem czemu, ale poczułam się jakby mnie zignorował.

-Znaczy...nawet nie miałem jak odpisać, bo gdy wyciągnąłem telefon, żeby ci odpisać, Eggman mi go wziął, żebym się nie rozpraszał.

-Nie no, spoko - odpowiedziałam i podałam mu to dziwne pudełko.

Marceli był wyraźnie zdziwiony.

-Co to jest?

-Mnie się pytasz? Eyepot to przyniósł.

-Eyepot? Skąd on w ogóle wziął to coś?

-Ja tam nie wiem, ale ani ja, ani Bella nie umiemy tego otworzyć.

-Chao Chao (Spróbuj ty) - powiedziała Bella.

-Emmm...ok... - odpowiedział i przyjrzał się pudełku. - Wiecie, że tego się nie otwiera tylko PRZEKRĘCA?

-Eeeee...ups...^^'

Marceli spojrzał na mnie i przewrócił oczami.

-Cała ty: dziecko we mgle.

-Oj cicho bądź i otwórz to pudełko! -3-

Lee-Lee chwycił górną część pudełka i ją przekręcał tak długo, dopóki coś się nie stało. "Coś", czyli z pudełka zaczął wydobywać się jasnoniebieski dym. Cała nasza trójka była zdziwiona, ale mimo to Marceli dalej to przekręcał. Dym kierował się za jego plecy, przez co nie mógł zobaczyć, co się z nim dzieje. Jednak ja i Bella widziałyśmy wszystko, a mianowicie to, że dym zaczął się w coś formować. Przypominało to...dziewczynę, a dokładniej białą kotkę. Miała jasnoniebieskie oczy bez źrenic i długie białe włosy, które unosiły się do góry, a ubrana była tylko w jakiś niebieskawy top z szarym pasem, ponieważ od pasa w dół zamiast nóg miała coś w rodzaju dymu dżina. Po chwili również Marceli odwrócił się. Gdy zobaczył nieznajomą, cofnął się do tyłu a tym samym przede mnie i Bellę. Chyba chciał nas chronić, jakby co.

Kotka przyglądała się nam przez chwilę, a największą uwagę skupiła na Marcelu. Zresztą my też się jej przyglądaliśmy. Jednak miałam wrażenie, jakbym kiedyś coś o niej słyszała...o jej jasnoniebieskich oczach i w ogóle o białej krótce uwięzionej w pudełku...zaraz, jak się ono nazywało...? Zetsumetsun? Pudełko Zagłady? Chyba tak...na historii o tym mieliśmy (jednak coś zapamiętałam! <3)

Kotka jeszcze przez krótką chwilkę się nam przyglądała, po czym odezwała się w stronę Marcela:

-Ty mnie uwolniłeś?

-Eeeee...no, chyba tak...

-Więc nazywasz się Marceli Daishi.

Zaraz, co? Marceli ma na nazwisko DAISHI? I nic mi o tym nie mówił? Jednak coś tu nie grało, bo on sam był zdziwiony.

-Że co? Ja nie mam nazwiska.

-Masz i brzmi ono Daishi.

-Nie! Jak Alter Ego może mieć nazwisko, skoro nawet mój stwórca go nie ma?!

-Mówisz o Szalonym Kapeluszniku ze Świata Kart?

Marceli milczał przez chwilę.

-Skąd ty wiesz o nim, o mnie i o Świecie Kart...?

-Bo moja mama zrobiła kartę z Victorem.

-A skąd ona wiedziała?

-Nieważne.

-A ja mam pytanie - wtrąciłam się - czemu Lee-Lee otworzył pudełko, a ja nie? ._.

-Bo to się przekręca -.- - odpowiedział Marcel.

-Nie - odezwała się kotka. - Tylko osoba z którą łączą mnie więzi mogła mnie uwolnić...

-Uno momento...jakie "więzi"?

-Na przykład rodzinne?

-Nie jesteś moją rodziną!

-A właśnie że jestem. Twoją siostrą.

-Jak już to VICTORA, przecież to jego narysowała twoja mama -_-

-A nie uważasz, że zjawie bliżej jest do Alter Ego niż "normalnego" lisa?

-Czyli co? Może jeszcze on jest moim bratem?!

-Sam przecież twierdzisz, że on jest dla ciebie jak brat-

-Dp rzeczy - czemu byłaś w pudełku?

-Bo ona nazywa się Mortal Daishi - wtrąciłam się ponownie. - 1000 lat temu była potężną wojowniczką, która walczyła o Mobius ze złym Mistrzem Noriaki. Zabiła go, ale on w ostatniej chwili uwięził ją w pudełku Zetsumetsun.

Marceli patrzył się na mnie ze zdziwieniem.

-A ty skąd to wiesz? o.o

-Z historii, w końcu coś zapamiętałam i w czymś jestem lepsza od ciebie ;w;

-Chciałabyś

-Cicho -3-

-Sama bądź cicho ._.

-Ty bądź cicho -3-

-Nie, ty -3-

-Ty =3=

-Nie, ty =3=

-Kłócicie się jak stare, dobre małżeństwo - wtrąciła się Mortal. Oboje (ja i Marcel) zarumieniliśmy się.

-Żadne małżeństwo, ani teraz, ani nigdy o///o - odpowiedziałam.

-Jasne, jasne. Przecież znam wasze relacje, wiem, że jesteście sobie bliscy. Nie możecie po prostu wziąć się za ręce i już?

-Kolejny dowód na to, że nie jesteś moją siostrą o////o - powiedział Marceli.

-A ja mam dowód, że jesteś - odpowiedziała.

-Jaki niby?

Mortal wyczarowała coś, co wyglądało jak zdjęcie i podała nam je.

-W moich czasach nie było aparatu, ale umieliśmy robić zdjęcia za pomocą magii - powiedziała.

Przyjrzeliśmy się zdjęciu. Widać na nim było małą, białą kotkę, którą była pewnie Mortal. Trzymał ją wyraźnie wysoki, biały kot, z pięknymi, niebieskimi oczami. Ogólnie był przystojny (=w=). Obok niego stała niższa od niego, biała lisica z kruczoczarnymi włosami i oczami taki jak miał Marceli. Na pierwszy rzut oka wyglądała trochę strasznie, lecz po chwili coś mnie do niej ciągnęło...

Więc Mortal odziedziczyła urodę i wygląd po ojcu, a Marceli...

-Moja mama stworzyła Victora, nadając mu cel bycia Szalonym Kapelusznikiem. W jego głowie ty wyglądałeś prawie jak jego stwórczyni, chociaż nawet nigdy jej na oczy nie widział. Intrygujące i zastanawiające.

Marceli wciąż patrzył się na to zdjęcie. Zauważyłam, że ręce mu trochę drżały. Nie dziwię mu się. Sama byłabym w szoku, gdybym się dowiedziała, że mam siostrę...chociaż ja to bym się cieszyła .w.

Nagle Marcel rzucił zdjęcie na podłogę.

-NIE JESTEŚ MOJĄ SIOSTRĄ I NIGDY NIĄ NIE BĘDZIESZ! TO NIEMOŻLIWE, ROZUMIESZ?!

Byłam w szoku...jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby Marcel tak krzyczał, żeby w ogóle był wściekły...

-Uspokój się. Zachowujesz się jak rozwydrzony bachor - powiedziała do niego Mortal. - W sumie nie dziwię ci się. Victor nie nadaje się na wychowawcę-

-ZAMKNIJ SIĘ W KOŃCU! CO CIĘ TO OBCHODZI, JAK ON MNIE WYCHOWAŁ?! JAKOŚ NIGDY NIKOMU NA MNIE NIE ZALEŻAŁO, OD ZAWSZE BYŁEM SAM! TAK SAMO NIE POTRZEBUJĘ ANI CIEBIE, ANI TEJ TWOJEJ "SZCZĘŚLIWEJ RODZINKI"!

Gdy to wykrzyczał, wyjął swój zegarek i teleportował się gdzieś. Zostałam sama z Mortal.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki