FANDOM


Przedział wiekowy: +14

Rozdział 1: Bolesny pocałunekEdytuj

Przez pustą o tej porze ulicę Black Terra przechadzała się Heidi, w towarzystwie czarnego cienia przypominającego Hienę o świecących czerwonych oczach, ubranego w szatę.

- Kiedy przywróciłem ci pamięć, natknąłem się na pewne... ciekawe obrazy. - powiedział.

- Jakie obrazy...? - spytała Łania, podejrzewając, o co chodzi jej towarzyszowi.

- Takie w których przejawiały się dwie przeciwstawne emocje, obie skierowane do tego samego osobnika. Z jednej strony miałaś ochotę go zatłuc, a z drugiej ci się p--

- Możemy zmienić temat? - przerwała mu nagle dziewczyna, nie kryjąc zażenowania.

- Skoro musisz...

- To może... Dlaczego tak często mówisz po niemiecku?

Eteryczny Hien postukał się dłonią po czole jakby chciał sobie coś przypomnieć.

- Który był u ciebie rok, zanim się tu przeniosłaś? - spytał.

- 2013.

- Jakieś... 133 lata temu, licząc od twojego roku, wybrałem się do innego świata. Pojawiłem się w jednym dużym mieście, w którym wszyscy mówili po niemiecku. Od tego czasu stałem się swego rodzaju... Germanofilem. - odpowiedział spokojnie.

- A jakie to było miasto?

- Darmstadt.

Heidi spojrzała na Hiena zdziwiona. Zaczął mówić po niemiecku, bo ponad sto lat temu przeniósł się do Hesji za czasów Bismarcka? Chociaż nie powinna mu się dziwić. W końcu to Demon Obłędu.

Nagle zaczął powoli znikać.

- Co jest? - zdziwił się demon, patrząc jak jego "ciało" rozpływa się w powietrzu. - W pobliżu jest bloker. Zabieraj się st--

Nie zdążył dokończyć, gdyż zniknął wtedy całkowicie. Heidi, przestraszona tym wszystkim, zaczęła rozglądać się po okolicy.

- Proteus?

Nagle Łania została ogłuszona ciosem w głowę. Zakapturzony napastnik złapał ją, zanim ta upadła na chodnik, po czym złożył na jej szyi dość bolesny pocałunek.

- Regentka przesyła pozdrowienia. - powiedzał jej na ucho. Wziął ją w ramiona i zniknął gdzieś między budynkami.


Heidi obudziła się w ciemnej, zimnej komnacie. Wisiała pod ścianą, przykuta do niej rękami. Była ubrana w czarny top i przepaskę do połowy łydek. Na rękach miała czarne skórzane rękawiczki bez palców, sięgające za łokcie, a na nogach - buty na niskim obcasie identycznego koloru i materiału. Sięgały nieco ponad kolana. Jedynym źródłem światła w komnacie były dwie pochodnie, między którymi wisiała Łania.

Otworzyła powoli oczy. W tęczówkach nieznacznie mieszały się dwa kolory - fiołkowy i czerwony. Wciąż bolała ją głowa. Spojrzała na siebie, a po chwili na trzymające ją łańcuchy.

Nagle przed nią pojawiła się para krwistoczerwonych oczu. Do przykutej Łani podeszła zakapturzona Lisica, ubrana w lekką zbroję, na której nosiła czarny płaszcz.

- Proszę proszę... - powiedziała spokojnym, acz pełnym politowania głosem. - Popatrzcie, kto nam się obudził...

- Kim... Kim ty jesteś? - spytała, jeszcze odzyskując przytomność. Czuła się dziwnie. Serce raz waliło jak dzikie, raz było spokojne jak podczas snu.

Lisica uśmiechnęła się szyderczo, po czym ściągnęła kaptur, ukazując czerwone futro i beżowy pyszczek. Jej oczy natychmiast zmieniły się z czerwonych w szare.

- Kiara...

- Piątka za spostrzegawczość, skarbie. - odparła kobieta, niby troskliwie gładząc Łanię po policzku. - Zapewne zastanawiasz się, czemu tu jesteś... Masz coś, co dawno powinno być moje.

Heidi nie odpowiedziała. Była jednocześnie wściekła i przerażona. A ból głowy jeszcze bardziej pogarszał sytuację. 

- Odpowiedz...! - syknęła Kiara.

- Nie wiem, o czym mówisz... - odpowiedzała cicho Łania.

- Mówię o Kuli. Ten głupiec, Alexander, myślał, że jeśli mi ją sprezentuje, coś między nami zaiskrzy. Ha! 

Lisica zaczęła powoli spacerować z lewa na prawo.

- Myślał, że uda mu się zapanować nad taką potęgą?! Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co trzyma w rękach! Choć teraz... kiedy kości Alexandra zmieszały się z kurzem... Nie ma to żadnego znaczenia...

Kiara zrobiła dramatyczną pauzę, wyglądając jakby czegoś nasłuchiwała.

- Nie ma tu żadnych demonów, choć czuję, że miałaś z nimi kontakt... - powiedziała w przestrzeń. - Demony Obłędu, mam rację? Tutaj ci już nie pomogą. Wracając... - spojrzała ponownie na Łanię. - Oddasz mi Kulę. Na-tych-miast!

- Pieprz się. - odpowiedziała twardo Heidi.

Nagle poczuła przeszywający ból. Czuła jakby krew z niej uchodziła, a potem wracała, zmieniała kierunki, z lewa na prawą i odwrotnie. Z bólu aż podwinęła nogi i skuliła się w sobie tak bardzo, na ile pozwalały kajdany.

Po chwili ból ustąpił. Łania uniosła powoli głowę i spojrzała zapłakanymi oczami na Kiarę. Ta wykonywała specyficzne ruchy ręką. Dłoń miała ułożoną jakby trzymała jakiś kulisty przedmiot, a palce zginały się i prostowały, z każdym ruchem powodując u dziewczyny ból i adekwatny do niego krzyk. Po chwili zdała sobie sprawę, co robi Lisica.

Kiara, usłyszawszy krzyki, opuściła rękę i dała Heidi chwilę oddechu. Podeszła do niej i przyjrzała się jej dokładnie. Zauważyła na jej boku tatuaż przedstawiający wir. Nie przejęła się tym zbytnio. Spojrzała na zapłakany pyszczek Łani. Jej oczy zabłysnęły na czerwono. Lisica pokiwała powoli głową. Ten błysk był dla niej znakiem, że przemiana zachodzi prawidłowo. 

Kiara uśmiechnęła się złowieszczo, po czym odwróciła się plecami do swojego więźnia. Sprawiała wrażenie zaciekawionej i jednocześnie poirytowanej. W tym czasie tatuaż Łani zaczął powoli wirować.

- Rozkuć ją! - warknęła.

Wtem z ciemności wyłoniły się dwie pary czerwonych oczu. Po chwili wyleciały stamtąd dwa demoniczne cienie i skierowały się ku dziewczynie. Podleciały do kajdan i otworzyły je. Ledwo przytomna Łania upadła głośno na zimną kamienną posadzkę.

- Prosiłam cię o to... już wiele razy... Mam tego dość. - powiedziała twardo Kiara. - Nie masz Kuli. Więc sama ją znajdę. A tym czasem... - odwróciła się do dziewczyny. - A tymczasem... zostaniesz moją niewolnicą. A nie, czekaj. Już nią jesteś.

Lisica wykonała ruch ręką, stawiając osłabioną Łanię na nogi. Podeszła do niej i wyszeptała jej na ucho polecenie. Polecenie, którego wykonanie zadowoliłoby tylko zleceniodawcę.

Oczy Heidi zalśniły na krwistoczerwono. Kiara tymczasem zwróciła się do jednego z demonów:

- Idź za nią. Wiesz, co robić, jak będzie się stawiać.

Demon mrugnął twierdząco, po czym wniknął w ciało dziewczyny. Drugi po prostu rozpłynął się w powietrzu. Kiara puściła Łanię, która ponownie padła boleśnie na ziemię. 

- Nie zawiedź mnie. - powiedziała Lisica, po czym założyła kaptur i odeszła w mrok. Jedyną rzeczą, dzięki której dało się zauważyć, że jeszcze tu była, były odgłosy jej kroków.

Heidi powoli podniosła się z posadzki i uklęknęła. Ukryła pyszczek w dłoniach i zaczęła cicho płakać. Po chwili przestała, czując w ustach lekki ból. Przejechała palcem po zębach. Poczuła coś dziwnego.

Kły.

Rozdział 2: "Zabij ich"Edytuj

Jina siedziała po cichu przy stole, z prawą ręką na blacie. Co chwilę zginała specyficznie palce. W międzyczasie z jej nadgarstka wysuwało się i wracało na miejsce wąskie, grawerowane ostrze.

- Tylko nie wykłuj sobie oka, skarbie. - powiedziała do niej Synthia, siadając obok.

- Cześć, mamo. - odpowiedziała Jeżyca, uśmiechając się do matki.

- Jak się czujesz? Wszystko w porządku?

- Taa... Nie czuję większej różnicy... Tylko te ostrza. Boję się, że mogą wyskoczyć w nieodpowiednim momencie...

- Spokojnie, Jina. - powiedziała spokojnie starsza Jeżyca. - Poradzisz sobie.

- Dzięki, mamo.

Wtem do pomieszczenia wszedł Rick, wyraźnie nerwowy. W danej chwili zachowaniem przypominał ćpuna na odwyku, w dodatku po dwóch kawach.

- Co jest, brat? - spytała Jina. - Znowu dostajesz paranoi?

- Wcale nie. - odparł szybko, po czym spojrzał na siostrę. - Jak to "znowu"?

- Przypomnieć ci ten dzień, w którym znalazłeś Heidi w krzakach pod bramą do miasta, nieprzytomną i mamroczącą coś o jakiejś "kuli"?

- Już to zrobiłaś... - odpowiedział Rick, patrząc wymownie na Jinę. - Czy to coś złego, że się o nią martwię? 

Synthia podeszła do syna z uśmiechem i położyła mu dłoń na barku.

- Spokojnie, Rick. - powiedziała. - Nic jej nie będzie. 

- Jesteś pewna? 

- Chyba znam swoją uczennicę. - zachichotała cicho Jeżyca, na co Rick zareagował lekkim uśmiechem. - Kto wie? Może jest już w dro--

Nagle ktoś otworzył drzwi frontowe. Wystarczająco głośno, by wszyscy usłyszeli. Rick podszedł do recepcji. Ujrzał tam Heidi stojącą w przejściu. Wyglądała... inaczej.

Jeż pobiegł w jej kierunku i mocno ją przytulił.

- Martwiłem się o ciebie, Heidi... - powiedział na powitanie. Ta jednak nie odwzajemnieniła uścisku. Dalej tam stała, z nijakim wyrazem pyszczka.

Rick przyjrzał się jej bliżej. Dopiero teraz zauważył krwistoczerwony błysk w oczach dziewczyny. 

- Heidi, co się stało?

Odpowiedzi nie otrzymał. Zamiast tego dostał w twarz z pięści zaciśniętej na rękojeści sztyletu. Cios ten był tak silny, że Jeż przeleciał przez ladę, tracąc przy tym wizjer. I zęba. 

Usłyszawszy odgłosy walki, Jina wybiegła z jadalni. Zobaczyła brata bez swojego cyber-oka i krwawiącego z ust, który w międzyczasie wylazł spod lady oraz czerwonooką Heidi w przepasce, trzymającą w ręku ostrze.

- Whoa! Co się stało? - spytała Jeżyca, kiedy nagle Łania przeskoczyła do niej i zaczęła ciąć sztyletem powietrze tuż przed jej oczami. Jina jednak zdołała obronić się ukrytymi ostrzami. W końcu odepchnęła od siebie dziewczynę. - Rick, coś jej zrobił, że próbuje mnie zabić?!

- Nie tylko ciebie, siostra. - odparł jej brat, wypluwając przy tym zęba. 

Do recepcji, z innej strony, wbiegła Synthia i spojrzała na "oszalałą" Heidi. Nim zdążyła ją zauważyć, ukryła się z Rickiem za ladą. 

- Co się stało? - spytała, po chwili zauważając opłakany stan syna.

- Nie wiemy. Weszła, nic nie mówiła, a jak ją przytuliłem, dała mi w twarz, przez co wylądowałem tu. - wyjaśnił na szybko Jeż. 

- Ej, brat! - zawołała Jina. - Nawet ja mam limity pary w łapach! Weź się pospiesz!

- Coś jeszcze? - spytała Synthia.

- Czerwone oczy. - odpowiedział Rick, po czym wyskoczył na Heidi i spróbował ją przytrzymać.

Umysł starszej Jeżycy zaczął pracować na wyższych obrotach.

- Czerwone oczy, nie reaguje, walczy z każdym, kogo zobaczy... No jasne!

Zaczęła szybko czegoś szukać. W końcu złapała rejestr Geralda. Ciężki, wielkości małej encyklopedii. Zakradła się do Heidi. Ta nagle zrzuciła z siebie Ricka, już do końca pozbawionego wizjera, i odwróciła się do Synthii. Lecz nim zdążyła jakkolwiek zareagować, dostała książką w głowę.

Łania upadła na jedno kolano, zamykając z bólu oczy. Sztylet wypadł jej z ręki na dywan. Po chwili podniosła się na równe nogi. Na jej pyszczku pojawił się szok spowodowany widokiem swoich przyjaciół. Dres Jiny był cały w strzępach, a Rick... Miał poranioną połowę twarzy, a z ust kapała mu krew.

- Heidi... - powiedział cicho Jeż, powoli podnosząc się z podłogi.

- Nie... - wyszeptała. W jej czerwonych oczach pojawiły się łzy. 

- Heidi, co się stało? - spytał Rick, próbując podejść do dziewczyny. Ta natychmiast się od niego odsunęła.

- Nie... Nie! - krzyknęła, po czym uciekła zalana łzami.

Jeż stanął jak wryty, wpatrując się w otwarte na oścież drzwi. Nie wiedział, co ma o tym myśleć. Dlaczego Heidi ich zaatakowała? Czemu nie reagowała? I czemu miała czerwone oczy?

Synthia podeszła do syna.

- Wszystko w porządku, Rick? - spytała.

- Oczywiście że nie. Nic nie jest w porządku! - warknął, podchodząc do drzwi. - Heidi weszła tu, nic nie mówiła, nie reagowała, własnoręcznie nas pobiła, a potem uciekła! Tylko czemu to zrobiła?

- Jej wzrok był pusty. Pozbawiony wyrazu. - powiedziała starsza Jeżyca. - Pomijam fakt czerwonych oczu...

- Co to oznacza?

- Była kontrolowana.

- Co?! - spytała jednocześnie bliźniaki.

- Widziałam już taki przypadek. Ktoś lub coś przejęło kontrolę nad jej ciałem, chcąc za jej pomocą nas zabić.

Rick podszedł do drzwi i spojrzał na ulicę. Trzęsły mu się ręce. Nie z zimna ani niczego takiego. To, co teraz czuł, było furią w najczystszej postaci.

- Rick? - powiedziała Synthia, kładąc synowi dłoń na barku. - Trzeba cię opatrzeć.

Jeż zawarczał i odepchnął matkę. Jina w porę ją złapała i postawiła na nogi.

- Rick! Odbiło ci?! - krzyknęła na brata.

Chłopak nie odpowiedział. Stał tam dalej, cieżko oddychając i dostając coraz większych drgawek. Jego ciało zaczęło się zmieniać. Urósł i nabrał mięśni, przez co przestał mieścić się w swoje ubrania. Futro nabrało ciemniejszej barwy i nastroszyło się. Urosły mu kły i pazury.

- R-Rick? - powiedziała cicho Jina. Jej brat gwałtownie się odwrócił i spojrzał na nią gniewnie swoim jedynym okiem. Zawył złowieszczo niczym wilk do księżyca, po czym wybiegł na czworaka na ulicę.

Jina i Synthia spojrzały na siebie, a potem na strzępy z ubrań Ricka.

- Potrzebujemy pomocy. - powiedziała szybko Jina.

- Oj tak. - odparła Synthia.

Rozdział 3: Bestia-wybawiciel Edytuj

Heidi biegła przed siebie. Nie dbała o to, gdzie dotrze i ile osób przy tym potrąci. Chciała udać się jak najdalej od tego miejsca. Nie miała odwagi, by się tam pokazać. Nie po tym wszystkim, co zrobiła.

Dotarła do Dorzecza. No lepiej trafić nie mogła...

Biegła dalej, udając, że nie słyszy pikantnych komentarzy skierowanych w jej stronę przez lokalnych oprychów. Po chwili natknęła się na ciemną alejkę. Tam mogła się ukryć na jakiś czas. Szybko skręcila w lewo i zniknęła w cieniu.

Usiadła pod ścianą i skuliła się w sobie. Nie mogła uwierzyć w to, co zrobiła. Jeszcze kilka minut temu stała ze sztyletem w dłoni, a do niej podchodził jej chłopak, po raz kolejny pozbawiony tego samego oka. Nie wytrzymała już. Położyła czoło na rękach i zaczęła cicho płakać.

- Hej, wszysko w porządku, maleńka? - usłyszała nagle. Podniosła wzrok.

Nad Heidi stał młody brązowy Lis w poszarpanych ubraniach, z wyraźnym głodem w oczach.

- C-co?

- Pytam... - Lis przykucnął, by patrzeć Łani prosto w oczy. - Czy wszystko w porządku? 

- Nie... Nic nie jest w porządku. - odpowiedziała mu Heidi, odwracając głowę w innym kierunku. 

- Widzę właśnie. Taka piękna dama jak ty nie powinna tu być. 

- Co ty nie powiesz...

- Wiesz... Znam tu pewnego gościa. Mogłabyś u niego przenocować.

Heidi niespodziewanie podniosła się z ziemi. Spojrzała na Lisa krwistoczerwonymi oczami. Słyszała jego bicie serca, z początku spokojne, teraz znacznie przyspieszone. Czuła dziwne pragnienie. Pragnienie, na które nie pomoże zwykła woda.

- Myślisz, że ci uwierzę...? - spytała cichym, acz twardym głosem. - Tacy jak ty nigdy nie mają dobrych zamiarów, kiedy proponują komuś nocleg. 

- Nie sądzisz, że trochę... przesadzasz? - odpowiedział pytaniem na pytanie włóczęga, na którego pyszczku malował się szyderczy uśmiech.

- Mówię jak jest...

Nagle Heidi została popchnięta i padła płasko na ziemię. Za nią stanął nieco starszy od pierwszego zielony Lis. Uśmiechał się podle i patrzył głodnym wzrokiem na Łanię.

- Masz gadane, Sharp! - powiedział do młodego, po czym wyciągnął zza pleców kilka grubych lin.

Lisy przytrzymały dziewczynę i dokładnie ją związały. Praktycznie jedyne, co teraz mogła, to wić się po ziemi, bezskutecznie próbując poluzować więzy. Ponadto Sharp wyciągnął z kieszeni szeroką chustę i zakneblował nią Łanię. Starszy Lis zaśmiał się szyderczo.

- To co z nią robimy, szefie? - spytał go Sharp.

- Domyśl się, młody. - odparł, błyszcząc złowieszczo pożółkłymi kłami, powodując u Heidi gwałtowny napad paniki.

Nagle w całej dzielnicy, i być może jeszcze dalej, rozległ się mrożący krew w żyłach ryk. Jego źródło wydawało się bardzo blisko włóczęgów. Odwrócili się do wyjścia z alejki. 

Stało tam potężne stworzenie ubrane w poszarpany czarny płaszcz. Od prawego oczodołu ciągnęły się strugi zastygłej krwi, sklejając nastroszone, ciemnobrązowe futro. Lewe oko połyskiwało złowieszczo na złoto.

- Cholera, wilkołak! - warknął stary, wyciągając w jego stronę nóż. 

Rozjuszony stwór ryknął głośno, po czym rzucił się na włóczęgów z kłami i pazurami. Strzelił starego pięścią prosto w twarz, posyłając go na ścianę i wybijając kilka zębów. Po chwili zaczął  powoli podchodzić do Sharpa.

- H-hej, chyba nie myślisz, że ja to wymyśliłem? - bronił się Lis, po czym wskazał na starego. - T-to jego pomysł! On mnie do tego przekonał! 

Stwór chwycił włóczęgę za kołnierz i rzucił nim prosto do jeziora. Drugiego potraktował identycznie. Po chwili spojrzał na wijącą się na ziemi Heidi i skoczył na nią z rykiem. Łania zapiszczała ze strachu przez knebel, czując na sobie dodatkowy ciężar. Zamknęła oczy, odwróciła głowę i zaczęła cicho płakać.

Stwór podniósł się lekko i przyjrzał się dziewczynie swoim jedynym okiem. Widział w niej coś znajomego. Nie wiedział jeszcze, co dokładnie. Po chwili Heidi poczuła na sobie jego nos. Stwór zaczął ją dokładnie obwąchiwać. W końcu przestał i zamiast tego zaczął lizać ją niczym pies stęskniony za swoim panem. 

Jego długi język jeździł po ciele Łani, powodując u niej mimowolny chichot. Za którymś razem zdołał w ten sposób ściągnąć jej z pyszczka chustę. 

- Heheh. Przestań, to łaskocze! - zachichotała Heidi, wijąc się ze śmiechu.

Stwór posłusznie przestał. Wisiał nad nią, wyraźnie się uśmiechając. Łanię zdziwiło jego posłuszeństwo. Wydawał się bardzo dobrze ją znać. Zarówno ją, jak i wrażliwe punkty na jej ciele. W końcu jak inaczej mógł sprawić, by uśmiechnęła się po tym wszystkim. Przyjrzała się stworowi jeszcze raz, jego płaszczowi, jego bliźnie, jego złotemu oku...

- Rick? - spytała. W odpowiedzi została jeszcze raz polizana po pyszczku. - Heh. Rozumiem, że to znaczy "tak"?

Rick podniósł Heidi i posadził ją na kolanach.

- Dzięki... - powiedziała nieśmiało. - Mógłbyś jeszcze pomóc? 

Jeżołak przytaknął, po czym przeciął pazurem więzy na rękach Łani. Ta rozmasowała otarcia i rozwiązała nogi. 

- Chciałam... Chciałam cię przeprosić za... tamto. Wiesz, że nigdy bym was nie skrzyw--

Nie skończyła się tłumaczyć, gdyż została nagle złapana i mocno przytulona przez swojego wielkiego chłopaka.

- Czyli rozumiem, że się nie gniewasz. - zauważyła Łania, odwzajemniając uścisk. - Chyba powinniśmy znaleźć jakieś miejsce do spania, co nie?

Rick przytaknął, po czym posadził dziewczynę na swoje plecy i skoczył na jeden z budynków. 


- Widzisz ich gdzieś? - spytał przez radio Eli.

- Nie. Nic. Zero. - odpowiedziała Jina, latając nad dzielnicą na Goldzie. 

- Musimy ich znaleźć, zanim komuś stanie się krzywda. - powiedział do siebie czarny Jeż, postukując palcami po stole.

- A właściwie co tu się stało? - spytał go Gerald, zamiatając drzazgi z podłogi.

- Długa historia. - rzuciła Synthia.

- Chwila! Widzę coś dużego, skaczącego po dachach! - odezwała się nagle Jina. Starsza Jeżyca natychmiast się ożywiła i zabrała mężowi radio.

- Gdzie to jest?

- Skacze w stronę wieży zegarowej.

Synthia odwróciła się do Eli'a.

- Idziemy tam.


Rick i Heidi wskoczyli do wieży przez dziurę w ścianie, będącej tam już od jakiegoś czasu. Łania puściła się grzbietu Jeżołaka i padła na drewnianą podłogę. Jej towarzysz zareagował natychmiastowo i złapał ją, nim uderzyła głową o deski.

- Dziękuję. - powiedziała cicho dziewczyna. - To będzie dobra kryjówka.

Rick przytaknął, po czym ziewnął przeciągle. Położył się na podłodze i zwinął się w kłębek. Heidi uśmiechnęła się i położyła tuż obok niego. Jeżołak zgarnął ją i delikatnie przytulił.

- Dobranoc, Rick. - powiedziała czule Łania, po czym pocałowała go w policzek. Chwilę pózniej zasnęła wtulona w jego futro.


Wybiła trzecia. Heidi nie spała już od godziny. Cały czas czuła dziwne pragnienie, ale dopiero teraz stało się tak silne, że mogłaby chodzić po ścianach.

Spojrzała na wciąż śpiącego Ricka. Uśmiechnęła się lekko, widząc go śpiącego niczym wielki szczeniak. Słyszała jego spokojne bicie serca i krew po cichu płynącą w jego żyłach. Nie wiedziała czemu, ale wywoływało to u niej jeszcze większe pragnienie. Podniosła się powoli, by go nie obudzić. Zbliżyła się do niego i otworzyła pyszczek, błyszcząc w ciemności długimi kłami. Wystarczyło jedno ukłucie. Nawet by nie poczuł.

- Nie... - szepnęła do siebie dziewczyna, cofając kły. - Nie mogę mu tego zrobić...

Wtem gdzieś na korytarzu rozbrzmiał jakiś dziwny dźwięk. Coś jak od dawna niedziałający mechanizm, który dopiero teraz ktoś włączył. Hałas dotarł nawet do uszu Ricka, który niemal natychmiast podniósł się z podłogi. Chciał to sprawdzić, lecz Heidi stanęła mu na drodze. 

- Ja to sprawdzę. - powiedziała. - Dam sobie radę. Nie martw się. 

Jeżołak spojrzał na Łanię wymownie, ale nie miał zamiaru jej zatrzymać. Dziewczyna pogłaskała go po kolcach.

- Jak usłyszysz krzyki, wchodź, dobrze? - spytała, po czym została przytulona na "tak".

Rozdział 4: ŻądzaEdytuj

Winda zaskrzypiała i zatrzymała się. Harris wyszedł z niej, opierając swój młot na barku. Małe niebieskie iskierki skaczące między segmentami jego mechanicznego dreda lekko oświetlały jego pyszczek.

- Po co wziąłeś ze sobą młot? - spytała go przez radio Jina.

- A skąd wiesz, że wziąłem?

- Bo cię widzę.

Kolczatka spojrzała na okno nieopodal. Za nim na wiszącym w powietrzy Testralu siedziała Jeżyca i machała do swojego chłopaka. Nagle z jej ręki wysunęło się ostrze.

- Szlag. Muszę to w końcu opanować. - westchnęła.


Heidi szła powoli przez dość długie jak na wieżę korytarze. Wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Łania naprzemiennie myślała o minionych wydarzeniach i swoim głodzie, który był już tak silny, że powodował u niej coś w rodzaju syndromu odstawienia. Po chwili poczuła narastający w jej umyśle gniew. Miała wrażenie, że z nerwów zaraz eksploduje.

Nagle zatrzymała się na środku korytarza. Jakimś sposobem, jej umysł się uspokoił, a zmysły wyostrzyły. Oczy straciły swój blask i znów stały się puste jak u lalki. Nie czuła już nic. Ani gniewu, ani smutku, niczego. Jedno jednak pozostało niezmienne: głód. 

Po chwili Łania usłyszała czyjeś kroki. Kroki, oddech, bicie serca... Wszystko naraz. Wszystkie te odgłosy dochodziły z tego samego miejsca. Heidi zacisnęła zęby i niesłyszalnym, lecz niesamowicie szybkim krokiem, ruszyła w stronę swej ofiary, kierując się samym tylko słuchem.


Jax spokojnie przeczesywał swoją okolicę, czujny jak zawsze. Nie przeszkadzał mu klimat jak z jakiegoś horroru. W końcu miał przy sobie ciężki młot bojowy zdolny zmiażdzyć ciało cyborga. W międzyczasie zastanawiał się, co tak naprawdę zaszło w hotelu. Nie powiedzieli mu wszystkiego, tylko to, że zostali zaatakowani, a sprawca uciekł tutaj, z Rickiem na ogonie.

W końcu stanął w miejscu. Cały czas prześladowało go dziwne uczucie jakby ktoś go obserwował. Odwrócił się gwałtownie...

Cisza.

- Zdawało ci się, Jax... - powiedział do siebie.

Skoro już stanął, postanowił się rozejrzeć. Musiał znaleźć jakiś punkt orientacyjny, bo powoli zaczynał się gubić. 

Znowu poczuł, że jest obserwowany. Tym razem prześladowca był znacznie bliżej, jakby tuż za jego plecami... Harris odwrócił się ponownie.

Ostatnie, co zobaczył przed utratą przytomności, to Heidi oblizująca kły i rzucająca mu się do gardła. 


Rick, znudzony czekaniem na wezwanie, leżał na podłodze, zwinięty w kłębek, kontemplując stan swojej "pani". Z jednej strony chciał za nią podążyć i jej pomóc, jakakolwiek by ta pomoc nie była. Z drugiej: powiedziała "zaczekaj". Więc czekał. 

Nagle usłyszał czyjś krzyk. Na pewno nie należał do Heidi. Rick dostał jednak wyraźne polecenie, mówiące, że jak usłyszy krzyk, może dołączyć. Jeżołak podniósł się i ruszył w kierunku, z którego dobiegł krzyk. Nie widział większego sensu w szukaniu wyjścia z tego labiryntu korytarzy, więc po prostu zaczął przebijać się przez słabsze ściany, drastycznie zmniejszając odległość między nim a źródłem dźwięku. 

Na podłodze, twarzą do ziemi, leżała nieprzytomna Kolczatka. Rick podszedł do niej i obwąchał ją. Niedowierzając, obrócił ofiarę na plecy.

A jednak się nie mylił. 

- Stary... Heidi odbiło... - powiedział cicho Harris. Z jego szyi kapała ciepła krew.

Jeżołak podniósł Harrisa i posadził go opartego o ścianę. Ten uśmiechnął się do niego gorzko. Po chwili spojrzał nieco wyżej nad swojego wielkiego przyjaciela.

- Za tobą! - zawołał nagle.

Rick odwrócił się i ujrzał wiszącą pod sufitem Heidi. Łania uśmiechnęła się pół-zalotnie, pół-złośliwie, po czym skoczyła z obnażonymi kłami w stronę chłopaków.

Wtem ściana, spod której skoczyła, runęła, rozrzucając wszędzie fragmenty cegieł. Jedna, dość spora, trafiła Heidi prosto w głowę, przez co poleciała nieprzytomna w ramiona Ricka.

Chłopaki spojrzeli skołowani najpierw na Heidi, potem na wyłom w ścianie. Po chwili w tym drugim pojawiła się sylwetka Jeżycy.

- Auuu... Boli nawet przez metal. - powiedziała cicho.

- Jina... Świetne wyczucie czasu. - rzucił Harris, powoli się podnosząc.

Jeżyca uśmiechnęła się do swojego chłopaka, po czym podeszła do Ricka, zachowując jednak bezpieczną odległość.

- Nieźle wyrosłeś, Rick. - powiedziała. Jeżołak posłał jej złośliwy uśmiech.

- Skoro... Skoro już jesteśmy w komplecie, może się stąd ulotnimy, zanim wejdzie tu ktoś jeszcze? - zasugerował Jax.

Rozdział 5: Przywrócić starą HeidiEdytuj

Quentin leżał na kanapie i patrzył nieprzytomnym wzrokiem na sufit. Co jakiś czas tylko zmieniał pozycję, by sprawdzić godzinę na telefonie, po czym wracał do poprzedniej i wznawiał kontemplację nad sensem swojego istnienia.

- Wszystko w porządku? - spytała Miko, opierając się o tył kanapy i patrząc z góry na Jelenia. Ten przyjechał sobie dłonią po twarzy.

- Sam nie wiem... - odpowiedział po chwili. - Odkąd rzuciłem Piasek, czuję się jakiś... pusty w środku. Jakbym razem z nim pozbył się jakiejś większej części siebie...

Jeżyca podeszła od frontu i uklękła przy nim.

- Nie powinieneś się tak zamartwiać. - powiedziała z troską.

- Taa... Tobie łatwo tak mówić. Nigdy się tak nie czułaś... - odparł Quentin.

Nagle poczuł, jak dłoń dziewczyny delikatnie głaszcze jego policzek. Nieco zdziwił go ten "manewr". Nie mniej jednak spodobało mu się to, że ktoś go głaszcze zamiast policzkowania. Spojrzał na Miko z lekkim uśmiechem na pyszczku.

- Będzie dobrze, zobaczysz. - szepnęła.

- Dzięki...

Nagle telefon Quentina zabrzęczał. Ten wyciągnął go z paska na swojej "koszuli" i przyłożył do ucha.

- Halo? - zaczął. - Tak, to ja... Mhm... Mhm... Mhm... Zaraz, co?! - w mgnieniu oka zmienił pozycję na siedzącą. - Mhm... Mhm... OK, da się załatwić.

Jeleń powoli odłożył telefon, po czym wystrzelił na górę, zostawiając po sobie kurz w kształcie swojego ciała. Miko, skołowana jego zachowaniem, podążyła za nim.

- Quentin?

Jeżyca ujrzała go pakującego coś do dużego chlebaka, który miał przewieszony przez ramię. Jeleń spojrzał na nią. Jego źrenice były rozszerzone bardziej, niż zazwyczaj. 

- Miałaś rację! - wypalił nagle. - Przed chwilą dostałem zlecenie.

- Od kogo?

- Nie mogę powiedzieć. Tajemnica zawodowa.

Q wybiegł z domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Po chwili jednak wrócił. 

- Dzięki, Miko.

Pocałował ją w policzek, po czym wybiegł tak samo jak wcześniej. Jeżyca zaczerwieniła się i dotknęła pocałowanego policzka, po chwili szczerze się uśmiechając.


- Jak długo to może potrwać? - spytała Jina, patrząc na siedzącego obok Ricka, wciąż będącego bestią.

- Szczerze mówiąc, pierwszy raz spotykam się z czymś takim. - odparła Synthia, opatrując oko syna i pozbywając się resztek jego wizjera. - Niewykluczone, że Rick może zostać taki już zawsze.

Pogłaskała Jeżołaka za uchem, na co on zareagował odchyleniem głowy w stronę matki i typowo psim mruczeniem.

- Aczkolwiek nie wygląda jakby mu to przeszkadzało. - dodała z uśmiechem, widząc jego reakcję.

Nagle Rick usłyszał, jak ktoś otwiera na dole drzwi. Nie spodobał mu się zapach tego kogoś. Podniósł się i wybiegł z pokoju.

- Mam złe przeczucia co do tego... - rzuciła Jina, po czym ruszyła za bratem.

Na dole zastała dokładnie to, czego się spodziewała: swojego wielkiego, po raz drugi pozbawionego tego samego oka brata bliźniaka przygniatającego swoim masywnym ciałem ich niezbyt lubianego "znajomego", Quentina.

- Rick, zostaw. - powiedziała twardo do Jeżołaka. Ten niechętnie wstał i cofnął się do siostry, ani na chwilę nie spuszczając mrożącego krew w żyłach spojrzenia z Jelenia.

Q, wciąż zszokowany tym "nietypowym powitaniem", podniósł się z podłogi i poprawił chlebak.

- Jesteś wreszcie. - rzuciła niedbale Jina.

- Nie, nic mi nie jest. Dzięki, że zapytałaś. - zripostował Quentin, po czym spojrzał na Ricka. - Chcę wiedzieć, czemu jest taki wielki?

- Nawet ja tego nie wiem. - wzruszyła ramionami Jeżyca. - Masz to?

Jeleń podszedł do dziewczyny i rozpiął chlebak. Jina zajrzała do środka i aż zagwizdała z wrażenia.

- Tędy. - pokazała Quentinowi drogę na górę.


Minęło jakieś 10 minut, odkąd Q wszedł do pokoju, w którym trzymali Heidi. Cały czas dochodziły stamtąd odgłosy walki i głośne wołania do Boga.

- Jak długo to jeszcze potrwa? - spytała samą siebie Jina, słysząc walenie w drzwi.

- Otwieraćowtieraćotwieraćotwierać!! - krzyczał Quentin, waląc pięściami w drzwi. Jeżyca otworzyła je i błyskawicznie zamknęła, widząc leżącego pod jej nogami Jelenia.

- I jak?

- Zadanie... wykonane...

Rick chwycilł go za poroże i podniósł na równe kopyta. Ten cofnął się profilaktycznie od Jeżołaka i skierował do wyjścia.

- Rachunek prześlę pocztą. - rzucił na "do widzenia". Kilka sekund później dało się usłyszeć trzaskanie drzwiami i oddalający się stukot kopyt.

Rick jeszcze przez jakiś czas wpatrywał się w drzwi. Nagle zaczął mieć dziwne zawroty głowy połączone z bólem.

- Co jest, Rick? - spytała Jina, podchodząc do brata i łapiąc go, nim ten upadł.

Jeżołak nie potrafił ogarnąć, co się z nim dzieje. Dosłownie czuł, jak ubywa mu masy. Kilka chwil później Jina trzymała na rękach ledwo przytomnego, pozbawionego większości ubrań Ricka.

- Co... Co się stało...? - spytał cicho.

- Wróciłeś nam do normy. - odpowiedziała Jeżyca, mocno ściskając brata.

- Heidi...

- Nie przejmuj się. Nic jej nie jest. A teraz chodź ze mną, wielkoludzie. Musisz odpocząć.


- Nie trzyj tego, bo jeszczce się pogorszy. - skarciła Kolczatkę Jina.

- Nic nie poradzę, że to tak swędzi. - odparł Jax, odsuwając rękę od zabandażowanej szyi. - Przypomnij mi proszę, czemu przetrząsamy wasz pokój?

- Kiedy Heidi wróciła stamtąd, gdzie była, zaczęła rozmawiać sama ze sobą, gdy byłam pod prysznicem.

- I ty ją słyszałaś?

- Nie mówiła specjalnie cicho. - Jeżyca spojrzała na chłopaka. - A ja nie kąpię się specjalnie głośno.

Harris pokiwał powoli głową, wyobrażając sobie tę sytuację.

- Szlag! - warknęła Jina, po raz kolejny przypadkowo uruchamiając prawe ostrze i wbijając je w poduszkę. - Daj mi chwilkę.

Jeżyca skierowała rękę w dół, po czym napięła mocno mechaniczne mięśnie. Ostrze zaczęło się chwiać, a po chwili wystrzeliło z nadgarstka i wbiło się w podłogę na 1/3 długości.

- Auć. - syknął Jax.

Dziewczyna, wyżywszy się na ostrzu, wróciła do przetrząsania pokoju. Wczołgała się pod łóżko Heidi.

- Mam coś!

Wyszła do Kolczatki, trzymając w ręce dość ciężki plecak. Otwarła go i położyła na swoim łóżku.

- Co my tu mamy... - wymruczała pod nosem Jina, zaglądając do środka. Wyciągnęła z niej czarną kulę, wewnątrz której tańczyły czerwone isky. - Co to jest?

- Osobista kula do kręgli? - zasugerował Harris.

- Ja ci dam kulę do kręgli! - usłyszeli nagle.

- Kto tu jest? - spytała Jeżyca, przestraszona gwałtownym dołączeniem kogoś do rozmowy.

Wtem oboje poczuli, jak ktoś stuka ich po plecach. Odwrócili się... i omal nie dostali zawału.

Stał nad nimi brązowy Hien w potarganym czarnym płaszczu. Miał całkiem czarne oczy, nie licząc krwistoczerwonych źrenic. Patrzył na Jinę i Jaxa z mieszanką gniewu i ciekawości.

- Gdzie ona jest? - spytał cicho, z wyraźnym niemieckim akcentem, odwracając się do pary i ukazując schowane za plecami demoniczne szpony w lewej ręce.

- K-kto? - odpowiedziała pytaniem na pytanie Jina.

- Moja czempionka... - gwałtownie się odwrócił. - Gdzie jest Heidi?!

Rozdział 6: Terapia wstrząsowaEdytuj

Jax szybko otworzył drzwi, a Jina wyrzuciła za nie kulę. Chwilę później oboje stali oparci o ścianę, z podniesionym poziomem adrenaliny we krwi. Serce Harrisa waliło jak młotem, o czym świadczyły synchronizujące się z nim iskry na mechanicznym dredzie.

- Jakbym karmił zwierzęta w zoo. - rzucił.

- W sumie niewielka różnica... - odparła mu Jina.


Kula potoczyła się na środek pokoju. Nagle wyleciał z niej czarny dym, który po chwili uformował się w kształt Mobianina.

Proteus spojrzał z politowaniem na Heidi. Bardzo ciasny kaftan bezpieczeństwa, nogi złączone pasami... i profilaktyczne przypięcie do łóżka. Zatem jedyne, co mogła teraz robić Łania, to miotać się na łóżku, przesuwając je na lewo i prawo, i warczeć na wszystko dookoła z wyraźnym głodem w oczach.

- Przyznaję, ten Jeleń zna się na "zabezpieczeniach". - skomentował ten widok demon, po czym zagwizdał w palce. - Mania! Dementia!

Po chwili z Kuli wydobyły się dwa kolejne dymy - jeden żółty, drugi granatowy. Uformowały się z nich dwie Lisice - młodsza i starsza. Młodsza miała zielone oczka i była ubrana w staromodną, czerwoną sukienkę. Starsza miała srebrne oczy, częściowo zasłonięte przez długie, kuczoczarne włosy, i nosiła lekką, zwiewną sukienkę do kolan.

- Co jest? - spytała mała Lisiczka swoim dziecinnym głosikiem, widząc stan Heidi. - To jakaś nowa zabawa?

- Bynajmniej. - odparła lakonicznie starsza, po czym zwróciła się do Proteusa. - Co robimy? 

Hien spojrzał jeszcze raz na swoją czempionkę i odwrócił się do Lisic.

- Nemesis ją opętała. - powiedział. Jego głos stawał się coraz bardziej demoniczny, wciąż zachowując niemiecki akcent. - Jest jednak osłabiona. To nasza szansa. Wchodzimy, odcinamy ją i wracamy.

Demony podeszły do miotającej się Heidi. Ta nawet ich nie zauważyła. Nie zauważyła również, jak Proteus  z całej siły wbija się w nią szponami. Nastąpił błysk. Gdy światło wróciło do normy, demonów już nie było, a Łania leżała na łóżku, pozbawiona wszelkiego kontaktu ze światem. 


- Coś tu się zmieniło... - zauważyła Dementia, stojąc pośrodku wielkiej sali z wieloma wychodzącymi odeń korytarzami, między którymi znajdowały się witraże. Byłby to imponujący widok, gdyby nie obecność czarnej, przypominającej stygnącą smołę substancji pokrywającej sporą część pomieszczenia.

- Co to jest? - spytała z dziecięcą ciekawością Mania, podchodząc do "smoły". Nagle została pochwycona przez demoniczne szpony Proteusa.

- Nawet nie próbuj. - powiedział twardo.

- Niby czemu? 

- Skaza. - powiedziała Dementia.

- Zgadza się. - odpowiedział jej Proteus, po czym wrócił do małej. - Ta konkretna działa jak lina potykowa połączona z dzwonkiem.

- To znaczy? - spytała Mania.

- Dotkniesz, a Nemesis skapuje się, że tu jesteśmy. A tego byś nie chciała, prawda?

Hien puścił Lisiczkę i zaczął rozglądać się po sali, próbując coś usłyszeć. Nagle usłyszał znajomy głos.

- Tam jest! - wskazał szponami jeden z korytarzy, po czym przemienił się w cień i poleciał wgłąb umysłu swej czempionki.

- Yay! - zapiszczała radośnie Mania, zmieniając się w mały żółty obłoczek i lecąc za demonem. W ostatniej chwili została jednak złapana za ogon przez swoją "starszą siostrę".

- Nie. - powiedziała Dementia. - Zostajesz tutaj.

- Ale czemu? - spytała mała, wlepiając oczka w granatową Lisicę.

- Ktoś musi... Pilnować tyłów... Tak.

Mania westchnęła głośno i usiadła na marmurowej posadzce, patrząc jak Dementia się przemienia i leci za Proteusem.

- Nuuudyyy! - zajęczała głośno po niecałej minucie. Nienawidziła takich momentów. Wiedziała, że to "pilnowanie tyłów" było tylko pretekstem, by ją tu zostawić. Ale co mogła począć? Przecież z całej trójki jest najmłodsza i nie ma za dużo w tej sprawie do powiedzenia.

Wtem usłyszała śpiew ptaków i dziecięcy śmiech dochodzący z najmniej spaczonego korytarza. Momentalnie się podniosła i skierowała tam uszka. Tak, tam ewidentnie ktoś się bawił. Może będzie mogła dołączyć?

- Już nie tak nudno! - powiedziała wesoło Lisiczka, po czym poleciała jako obłoczek do źródła śmiechu z głośnym "Weeeeee!!". Bo gdy gdzieś ktoś się bawi, Mania musi tam być. A jeśli jej tam nie ma, to znaczy, że jeszcze nie dotarła, lecz zaraz tam dotrze. Bo co to za zabawa bez odrobiny wesołego szaleństwa? 


Proteus i Dementia wylądowali w miejscu przypominającym połączenie lasu z zamkiem. To właśnie tu demon wyczuł najwyższe stężenie Skazy. Tu więc przebywała Nemesis.

- Trzymaj się blisko. - polecił Dementii. Jego szpony i oczy zaczynały błyszczeć jaskrawą czerwienią. - Wiem, że tu jesteś, Nemesis! Załatwmy to jak równy z równym!!

Odpowiedział mu kobiecy śmiech. Psychopatyczny kobiecy śmiech. Przed Proteusem pojawiła się sylwetka zakapturzonej Lisicy. Jedyne, co miało inny kolor niż czarny, to jej szare oczy i usta.

- Proszę, proszę, proszę... Legendarny Proteus... - powiedziała niby bez emocji, a jednak się uśmiechając.

- Nemesis. Widzę, że bycie niewolnicą bez własnego ciała niezbyt ci służy. 

- A ty z kolei założyłeś harem. - odgryzła się demonica, spoglądając na Lisicę. Ta momentalnie spuściła wzrok, chcąc ukryć wstyd.

- Równie bezczelna, co jej pani. - skomentował cicho Proteus. - Ten umysł to nie twój dom.

- Ani tym bardziej twój. 

- Dobrze ci radzę, zabieraj się stąd, bo--

- Bo co? Sprawisz, że oszaleję? Czy może potniesz mnie tymi swoimi pazurkami? A może naślesz na mnie swoje dziewczynki?

Nemesis ewidentnie chciała doprowadzić go do furii. I udało jej się. Proteus rzucił się na nią ze szponami. Ta jednak zdołała uniknąć ataku.

- Tylko na tyle cię stać? - spytała sarkastycznie.

- Zamknij się!!! - wrzasnął demon, po czym ruszył na swoją przeciwniczkę. Nemesis po raz kolejny uniknęła ataku, tym razem robiąc nad napastnikiem salto. Wylądowawszy, spojrzała z politowaniem na Proteusa i ziewnęła przeciągle.

- Starzejesz się, słonko. Teraz moja kolej.

W mgnieniu oka doskoczyła do Proteusa i po chwili kopnęła go podkutym butem w sam środek twarzy. Demon zatoczył się i upadł na ziemię. Kilka sekund później podniósł się i ponownie przyjął postawę bojową. Jego twarz wyglądała jak po oberwaniu cegłą. Kilkukrotnie. W nieregularnych odstępach czasu.

- Dementia, pomóż mi! - krzyknął do swojej towarzyszki. To po krótkiej chwili ruszyła na Nemesis. Demonica jednak pokonała ją bez większego wysiłku. Po wymianie ciosów rękami i nogami, znudzona czarna Lisica złapała Dementię za rękę i wykonała na niej dźwignię.

Rozległo się głośne chrupnięcie. Młoda demonica padła z krzykiem na ziemię, chwytając się kurczowo za złamane ramię. 

- Ty... Ty suko!!! - wrzasnął Proteus, po czym bez opamiętania zaczął okładać Nemesis szponami. Ta jak zawsze uniknęła każdego ciosu, a po chwili sama wyprowadziła jeden w klatkę piersiową Demona Obłędu. Pozbawiony trzech czwartych powietrza w płucach Hien upadł na kolana i spojrzał krwawymi oczami na Nemesis.

- Jakieś ostatnie słowa? 

Wtedy Proteus usłyszał coś, czego w ogóle się tu nie spodziewał. Dochodziło dokładnie zza demonicy.

- Odwróć się. - powiedział, a na jego twarzy malował się podły uśmiech. 

- Błagam. Naprawdę myślisz, że się na to nabio-- Whoa!!

Nagle Nemesis padła na ziemię przez nagłe zwiększenie masy. Odwróciła się na plecy i ujrzała złotą Lisiczkę w czerwonej sukience, wpatrującą się w nią ciekawsko.

- Cześć! Jestem Mania. Pobawimy się? - spytała Lisiczka.

- Spadaj, smarkulo.

- No weź. Chcę się bawić! 

- Coś powiedziałam! Spadaj!

- Bawić! Bawić! Bawić! Bawić! Bawić! - wolała Mania, skacząc Nemesis po brzuchu i powodując coraz rozleglejsze obrażenia wewnętrzne. 

- No weź, Nemesis. - rzucił Proteus, podniósłszy się z ziemi. - Daj się małej wyszaleć.

- Zabierz!... Ze mnie!... Tego!... Szczeniaka!... - stękała wściekła demonica. 

- Niech pomyślę... Nie!

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, Proteus z całej siły uderzył demonicę w klatkę piersiową, głęboko zatapiając w niej swoje szpony. Nemesis przeraźliwie wrzasnęła, zaczynając rozpadać się niczym spalony papier. Kilkanaście sekund później po demonicy został już tylko pył. 

- Gdzie ty się podziewałaś? - spytał Manię Proteus.

- Miałam siedzieć i czekać, tak jak mówiła Dementia... Ale wtedy usłyszałam śmiech. Patrzę, a tam wesołe miasteczko! - odpowiedziała entuzjastycznie Lisiczka, jeszcze kilka razy podskakując.

- Dobra... Nie sądziłem, że powiem to tak wcześnie... Spisałaś się, Mania. A teraz pomóż siostrze wstać i zmywajmy się stąd. 


Heidi momentalnie odzyskała przytomność. Zaczęła rozglądać się po pokoju. Była tu całkiem sama. Skrępowana i przywiązana do łóżka. A jakże by inaczej...

Nagle usłyszała zza drzwi ciężką kłótnię.

- Nie obchodzi mnie, że może mnie pogryźć na śmierć, nawet jeśli nie może się podnieść. Wchodzę tak czy siak!

- Wybacz, ale nie zamierzam do tego dopuścić.

- Siostra, zejdź mi z drogi.

- Zmuś mnie!

Kilka sekund później usłyszała ciężkie uderzenie o podłogę. Miało dziwnie metaliczny wydźwięk. Po chwili drzwi otworzyły się, a do pokoju wszedł Rick, wyraźnie wkurzony. Zamknął drzwi, oparł się o nie i skrył twarz za dłonią, głośno oddychając. 

- Rick?

Jeż na chwilę przestał oddychać i ściągnął rękę z oczu. A raczej oka, lewego. Resztki prawego były dokładnie zabandażowane. Spojrzał na swoją dziewczynę i niezręcznie się uśmiechnął.

- Cześć, Heidi... - powiedział, podchodząc i kucając, by być z nią na równi.

- Cześć... Powiesz mi, czemu tym razem jestem związana?

- Chcieli cię zatrzymać w jednym miejscu, żeby móc wymyślić, jak ci pomóc... Byłem przecwko, ale mnie przegłosowali...

Rick posmutniał i spuścił głowę, podpierając się ręką. Nie mógł się wyzbyć wrażenia, że zawiódł. Heidi, widząc jego podły nastrój, zbliżyła się na tyle, na ile pozwalały więzy, i pomiziała swojego chłopaka po częściowo zabandażowanym policzku. Ten na chwilę oderwał się od rozmyślań, spojrzał na nią, uśmiechnął się czule i odwdzięczył tym samym.

- Możesz je pokazać...? - spytał po cichu Rick. Łania nieśmiało otworzyła pyszczek, ukazując długie, białe, ostre kły. - Więc to prawda... Nie martw się, skarbie. Coś wymyślimy...

Jeż uwolnił swoją dziewczynę z pasów i położył się przy niej. Ta wtuliła się w jego pierś i spojrzała na niego z dołu swoimi krwistymi oczami.

- Wiesz co? - szepnął Rick. - Do twarzy ci z tymi kłami.

- Poważnie...? - spytała Heidi, lekko się rumieniąc.

- Mhm... Dodają ci uroku.

Łania mocniej się zaczerwieniła i mocniej wtuliła się w chłopaka.


- Coś tam u nich cicho... - powiedział do Jiny Harris.

- Zbyt cicho. - dodała Jeżyca, przyciskając ucho do drzwi. - A nie, czekaj. Coś tam słyszę.

- Co?

- Jakieś... pomruki... i śmiech?

- To może tam jednak zajrzymy?

Po chwili namysłu, Jina ostrożnie nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. Zerknęła z Jaxem do środka. Zastali tam Ricka i Heidi tulących się do siebie na łóżku. 

- Wyglądają razem tak słodko, że można dostać próchnicy. - skomentowała cicho Jeżyca.

- To, że mówisz tak cicho, siostra, nie znaczy, że was nie słyszymy. - powiedział cicho Rick, spoglądając na nią nieco spode łba. - Możecie wyjść?

Jina, lekko zatkana słowami brata, przytaknęła mu z głupawym uśmieszkiem i zamknęła drzwi. Upewniwszy się, że już nie są podsłuchiwani, Rick i Heidi wrócili do tulania.

Rozdział 7: DochodzenieEdytuj

Regentka stała pośrodku lochu, wpatrując się w kajdany między dwoma pochodniami i ledwo powstrzymując się przed popadnięciem w furię. Nawet w tym półmroku dało się zobaczyć, jak latała jej powieka.

Wtem za nią, niemal bezszelestnie, pojawił się zakapturzony cień Lisicy, z twarzą złożoną wyłącznie ze srebrnych oczu i ust. Nemesis ukłoniła się przed panią.

- Odpowiedz mi. - zaczęła twardo Kiara. - Gdzie jest Kula?

- Ja... Zawiodłam.

Czerwona Lisica odwróciła się gwałtownie.

- Oczywiście, że zawiodłaś!! - krzyknęła. - Nie dopilnowałaś wampirzycy! Przez ciebie zaczną coś podejrzewać! Co więcej, przegrałaś z Demonem Obłędu!

Kiara podeszła do demonicy i z całej siły uderzyła ją w eteryczną pierś. Normalnie jej ręka zwyczajnie by przez nią przeszła, lecz tym razem wylądowała prosto na mostku Nemesis, posyłając ją w bólu na podłogę.

Przez ciebie cały mój plan spali na panewce!! - wrzasnęła Lisica, a echo jej głosu rozniosło się po kamiennych korytarzach. - Zabieraj się stąd i nie wracaj bez Kuli. ZROZUMIANO?!

- Tak, pani. - odpowiedziała cicho Nemesis, po czym zmieniła się w dym i rozproszyła w powietrzu. Wiedziała, że jeśli wróci do Kiary z pustymi rękami, może nie dożyć następnego dnia...


Elijah oparł się na krześle i spojrzał nieobecnym wzrokiem na sufit.

- Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć... - powiedział cicho do siebie.

- Nie powinieneś się tak zamęczać, Eli. - odparł stojący za nim i opierający się o framugę drzwi Gerald.

- Jak mam się nie zamęczać? Jednego dnia moja córka traci ręce, a następnego ktoś wykorzystuje dziewczynę mojego syna, by nas wszystkich zabić!

- Zakładam, że nie chcesz o tym z Nami porozmawiać? - spytała męża siedząca dotychczas cicho Synthia. Bardzo wyraźnie zaznaczyła słowo "z nami".

- Nie wiem, czy to by w czymkolwiek pomogło...

- Musi pomóc! - wtrącił się Wilk, podchodząc i poklepując Jeża po ramieniu. - Nie zapominajmy, że są wśród nas ci, do których trafiają wszystkie wiadomości z miasta.

Eli pozostawał cicho. Z jednej strony wiedział, że Oni mogą pomóc. Z drugiej - miał dziwne przeczucie, że Ich pomoc może nie być aż tak potrzebna.

- Muszę się przejść. - powiedział w końcu, po czym bezceremonialnie opuścił hotel. Zapiął płaszcz pod szyją i zaczął niezbyt spokojnym krokiem iść wgłąb Starej Dzielnicy.

Spacerował tak już dobrą godzinę, a w głowie siedziało mu to jedno jedyne pytanie: kto miał motyw i możliwości, by przemienić Heidi w wampira i wykorzystać ją do zamordowania jego i jego rodziny?

Zatrzymał się pod ratuszem. Spojrzał gniewnie na jedyne okno, w którym jeszcze paliło się światło. Momentalnie zaczął kojarzyć fakty, a jego gniew narastał.

- Że też się nie domyśliłem!... - warknął.

Wtem do Jeża podeszła mała Orliczka. 

- Przepraszam. - powiedziała, zwracając na siebie jego uwagę.

- O... Witaj, Rosie... - przywitał się z dziewczynką Elijah. Kucnął, by mieć z nią kontakt wzrokowy. - O co chodzi?

- Przynoszę wiadomość od Reavera. - odparła, wyciągając z kieszeni zapieczętowany lakiem liścik. Na pieczęci widniał kwiat lilii.

- Oho. Widać coś ważnego. - skomentował Jeż, po czym zerknął z uśmiechem na Orliczkę. - Dziękuję, Rosie.

- Nie ma za co! - powiedziała z uśmiechem Rosie, po czym kiwnąwszy mu na "do widzenia", zniknęła w cieniu.

Elijah został sam na środku ulicy, trzymając w dłoni list od swego przyjaciela. Wiedział, że lilia na pieczęci oznacza bardzo ważną wiadomość. Schował więc list pod płaszcz i skierował swe kroki do hotelu.


Synthia postanowiła na spokojnie obadać swoją uczennicę, gdyż wcześniej nie miała okazji.  Siedziała z nią na łóżku, oglądając zmiany na jej ciele. Rick stał w pod ścianą na wypadek, gdyby coś się stało. Poza tym chciał mieć pewność, że Heidi nie zostanie znów przypięta do łóżka. 

- Czerwone oczy, kły, ślady po ugryzieniu na szyi... - wyliczała starsza Jeżyca. - Do tego dochodzi siła, zwinność i szybkość... Nie mam już wątpliwości, Heidi. Oficjalnie zostałaś wampirzycą.

Łania spuściła głowę wyraźnie zasmucona. W jednej chwili zawalił się jej cały świat. Nagle poczuła się obejmowana. Spojrzała w drugą stronę i ujrzała lekko uśmiechniętego Ricka. Odwzajemniła gorzko uśmiech i położyła głowę na jego ramieniu.

- To co możemy zrobić? - spytał Rick, patrząc na matkę. 

- W tej chwili? Niewiele...

Nagle Synthia usłyszała z dołu głos wołającego ją Geralda:

- Synthia! Chonotu! Jest sprawa! 

Starsza Jeżyca spojrzała na Ricka i Heidi, i uśmiechnęła się niezręcznie.

- Wybaczcie, wzywają mnie. Poradzicie sobie przez chwilę?

Parka przytaknęła zgodnie. Kobieta uśmiechnęła się, po czym wstała z łóżka i wyszła z pokoju. Nastąpiła głucha cisza...

- To co robimy? - spytał Rick.

- Nie wiem... - odpowiedziała cicho Heidi, przymykając oczy. - Rick?

- Tak?

- Jak to zrobiłeś? Znaczy się... Jak zmieniłeś się w tą... bestię? - spytała nieśmiało. 

- Szczerze mówiąc, sam nie wiem. - odpowiedział Rick, wzruszając barkami. - Czułem wtedy taką wściekłość, że ktoś robi sobie z ciebie marionetkę, a zarazem smutek, że mogę cię stracić, a potem... Było już po wszystkim.

- Aww, Rick...

Łania natychmiast wtuliła się w pierś Jeża, powalając go tym samym na łóżko.

- Heheh... Silna jesteś... - powiedział, odpowiadając przytulasem na przytulasa. - Mam pomysł! 

Heidi spojrzała na niego z ciekawością w oczach.

- Wyjdźmy gdzieś, w jakieś spokojne miejsce. Tylko ty i ja.


Tymczasem na parterze dorośli siedzieli przy stole, patrząc na leżący na nim zapieczętowany list.

- Na co czekasz, Eli? Otwórz go. - popędzał starszego Jeża Gerald.

Elijah wziął głęboki oddech i chwycił list. Delikatnie złamał lakową pieczęć i otworzył mały arkusz papieru. Doskonale znał to pismo.

Eli i Synthio...

Nawet nie wiecie, jak cieszyłem się, usłyszawszy o waszym przybyciu oraz powrocie księżniczki Weroniki. Chciałbym kiedyś spotkać się z wami i z nią osobiście. I oczywiście poznać wasze dzieci. Ale do rzeczy...

Doniesiono mi, że nasza stara 《przyjaciółka》 - Regentka - dybie na wasze życie. Ciekaw jestem, czym jej podpadliście? Czy to przez to, że byłeś Protektorem samej królowej, Eli? A może przez to, że  twej uczennicy, Synthio, wpadł w ręce starożytny artefakt, na który Regentka ostrzyła sobie swego czasu zęby? A może obie te rzeczy są powodem tego ostatniego zamachu?

Spotkajmy się na szczycie wieży, gdy zegar wybije jedenastą w nocy. Niechaj Ei nas strzeże.

Reaver.

P.S. Eli, Mist nalega, byś w najbliższym czasie wpadł do niego za mur.

- Tak jak się spodziewałem... - westchnął Elijah, rzucając list na stół i padając na krzesło.

- To co robimy, stary? - spytał Gerald.

- No jak to "co"? - starszy Jeż spojrzał na niego. - Idziemy na wieżę... Która godzina? 

Synthia wyjrzała przez okno i skupiła wzrok na tarczy wieży zegarowej.

- Wpół do 11. - powiedziała. 

- Dobra... - rzucił cicho Eli, wstając i podchodząc do żony.

- Powiedzieć im? - spytała kobieta.

- Kiedyś w końcu muszą się dowiedzieć. 


Synthia spokojnym krokiem weszła na górę i skierowała się do pokoju. Plan był prosty: powiedzieć dzieciakom prawdę i wytłumaczyć ich intencje. Co mogłoby pójść nie tak?

Stanęła pod drzwiami i zapukała trzykrotnie. 

- Rick? Heidi? Mogę wejść? - spytała. Dla pewności nawet przyłożyła ucho do drzwi. Nie usłyszała zupełnie nic. - Halo, jest tam kto?

W końcu sama sobie otwarła, weszła do środka i stanęła jak wryta.

- Eee... Eli? - zawołała. 

- Tak? - odpowiedział jej Elijah, akurat będący na tym samym piętrze. 

- Mamy mały problem... - powiedziała jakby do siebie, wpatrując się w otwarte na oścież okno, przez które wylatywały firanki.

Rozdział 8: "Zwą mnie Nemesis"Edytuj

Rick i Heidi lecieli spokojnie nad miasten na Ebony. Złotogrzywa miała lekkie zastrzeżenia względem Łani, lecz ostatecznie pozwoliła jej na sobie usiąść.

W końcu wylądowali na dachu jakiegoś wysokiego budynku. Spadek był wystarczająco łagodny, by nie dało się spaść. Najpierw zszedł Rick, a zaraz po nim Heidi.

- Nie wiedziałam, że tak dobrze jeździsz... latasz konno. - powiedziała Heidi.

- Szczerze mówiąc, ja też nie wiedziałem. - odparł z uśmiechem Rick i usiadł z nią na dachówkach. Po chwili dołączyła do nich również Ebony. - Ładny widok.

Łania zbliżyła się do niego i oparła głowę o jego ramię. Jeż w odpowiedzi przyciągnął ją do siebie, objął w pasie i przytulił.

- Mrrr... Ty mój zwierzaku. - zamruczała dziewczyna i wtuliła się w gęste futro swojego chłopaka.

- Heidi... Mogę cię o coś spytać?

- Mhm...

- Jak to się właściwie stało?

Heidi wyraźnie posmutniała. Położyła uszy i wtuliła się mocniej.

- W zasadzie sama nie wiem... Szłam ulicą... I nagle ktoś mnie złapał i ogłuszył. Dalej nic nie pamiętam...

- Ej, spokojnie... - Rick trącił ją lekko nosem. - Będzie dobrze, zobaczysz...

- Naprawdę tak myślisz?... - Łania spojrzała na niego dużymi czerwonymi oczami.

- Ja to wiem.

Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i zamknęła oczy. Nie musiała nic mówić. Wiedziała, że Rick nie pozwoli jej skrzywdzić. 

- Ciekawy tatuaż.

- Hm?

Heidi spojrzała na Jeża. 

- Twój tatuaż nad biodrem. - powiedział. - Wcześniej go nie widziałem.

- Ach, to. Mam go od niedawna. - odpowiedziała, gładząc dłonią lewy bok. - Od przyjaciela...

- Przyjaciela?

- Pamiętasz, jak wtedy zniknęłam?

- Mhm.

- Wtedy go poznałam... Pomogliśmy sobie nawzajem. Ten tatuaż to taka... pamiątka.

Nagle Ebony zaczęła się dziwnie zachowywać. Zaczęła cicho rżeć i trącać dwójkę nosem, by zwrócić na siebie uwagę.

- Co jest, Ebony? - spytał Rick, odwracając się do klaczy.

Na drugim końcu dachu pojawiła się czarna jak noc, srebrnooka Lisica ubrana w długi płaszcz z kapturem, który wręcz pokrywał się z jej futrem.

- Nie masz już gdzie uciec, bestio. - powiedziała grobowym głosem, wyraźnie patrząc na Łanię. - Powiedz, gdzie jest Kula, a nic ci się nie stanie.

Jeż natychmiast się podniósł i wyciągnął swoje Ostrza.

- Trzymaj się od niej z daleka. - rzucił w stronę kobiety. - Kim ty w ogóle jesteś?

Lisica spojrzała na Ricka z politowaniem.

- Zwą mnie Nemesis, Demon Zemsty. Moja pani domaga się artefaktu, w posiadaniu którego jest twoja wybranka.

- Nawet jej nie tkniesz, słyszysz?! - warknął Rick, mierząc do niej Ostrzami. Nemesis zaśmiała się tylko.

- Nawet dzierżąc Ostrza Sądu, nie zdołasz mnie pokonać.

- Zakład?

Jeż natychmiast ruszył z Ostrzami na Lisicę. Ta szybko sparowała cios swoją bronią - mieczem równie czarnym, co jego właścicielka. Spojrzała na Ricka swoimi zimnymi, srebrnymi oczami i odepchnęła go od siebie.

- To wszystko? - spytała beznamiętnie. Po chwili chłopak zaszarżował ponownie. Nemesis te ataki również odparła bez problemu. Wkrótce sama zaczęła atakować. Jej ataki były bardzo brutalne i bardzo bolesne, skutecznie wybijając Jeża z rytmu i pozbawiając ochrony. Szala zwycięstwa przechylała się w stronę Lisicy.

Zwieńczeniem tego pojedynku był siarczysty kopniak w brzuch ze strony Demonicy, który posłał Ricka na drugi koniec dachu. Wylądował on tuż przy Heidi, zwijając się z bólu. Tuż obok niego wylądowało jedno z Ostrzy. Drugie wbiło się w dach obok Nemesis.

- Żałosne. - stwierdziła Demonica, powoli podchodząc do Jeża. Chwyciła go za płaszcz i podniosła na poziom swoich oczu. - Szczerze mówiąc, spodziewałam się po tobie więcej, Richardzie Clarke. A teraz jeśli pozwolisz... - poprawiła chwyt i rzuciła go na środek dachu, z daleka od Ostrzy. - Wrócę teraz do swoich zajęć.

Spojrzała na zmęczonego i potłuczonego Ricka. Wyglądał jakby potrącił go samochód. Dwukrotnie. Po chwili stanęła nad nim Ebony i zaczęła trącać go nosem. Nemesis przewróciła oczami, po czym odwróciła się.

W miejscu, gdzie planowała ujrzeć przerażoną Łanię, nie było nikogo. Ostrze też znikło. Demonica zaczęła rozglądać się we wszystkich kierunkach.

- Gdzie jesteś!? - krzyknęła, trzymając miecz w pełnej gotowości do ataku.

Nagle usłyszała za sobą delikatne uderzenie o dachówki. Odwróciła się natychmiast. 

Cisza.

- Ssss... - ktoś zasyczał. Nemesis spojrzała za siebie i odskoczyła na bok, dokładnie w momencie uderzenia Ostrza o dachówki.

Heidi rzuciła się na Demonicę i zaczęła atakować ją gradem trudnych do odparowania ciosów. Sama nie dawała się nawet dotknąć. 

- Trzymaj się z dala ode mnie i od moich przyjaciół!!! - wrzasnęła, po czym skierowała rozżarzony na niebiesko miecz kolejno na nogi, rękę i oczy Demonicy. Ciosy te powaliły ją, wyrwały z dłoni czarny miecz i rozcięły lewe oko.

Nemesis padła na kolana, trzymając się kurczowo za prawą rękę i zasłaniając twarz. Łania stała nad nią z obnażonymi kłami. Zbliżyła Ostrze do pyszczka Lisicy. Nie dobiła jej jednak. Patrzyła tylko na nią, głęboko oddychając.

- Zrób to. - powiedziała cicho Nemesis, nie podnosząc wzroku. - Zakończ to raz na zawsze. 

- Najpierw odpowiedz mi na kilka pytań. Czego od nas chcesz.

- Moja pani kazała mi się was pozbyć... Stoicie jej na drodze do władzy. 

- Do tego potrzebna jej Kula?

Demonica powoli przytaknęła.

- A kim jest twoja pani?

- Spotkaliście się już... Kilka razy. 

- Niewiele mi to mówi, wiesz?

- Znasz ją jako Regentkę...

W tym momencie Heidi poczuła potworny ból głowy. Aż upadła na kolana. Wszystkie wspomnienia zaczęły do niej wracać. Zawyła z bólu i padła płasko na dachówki.

Po kilku minutach wróciła do świata żywych, trącana nosem przez Ebony. Pogłaskała ją, po czym wstała i spojrzała na Nemesis. Nie ruszyła się ani na krok.

- Czemu jeszcze nie uciekłaś...? - spytała cicho Łania.

- Bowiem śmierć z twojej ręki nie będzie tak kompromitująca jak z ręki Regentki. - odpowiedziała bez emocji Demonica.

Jej słowa zdawały się dawać Heidi do myślenia. Wiedziała, że na pewno nie odda Nemesis Kuli, lecz z drugiej strony było jej żal Lisicy. Pomyślała, że skoro nie może wrócić do swojej "pani"...

- Może do nas dołączysz? - zaproponowała.

- Co? - Nemesis spojrzała na Łanię swoim jedynym okiem, nie ukrywając zdumienia.

- Skoro nie możesz do niej wrócić...

- Okazujesz mi łaskę nawet po tym, co zrobiłam...

- Taka już jestem. - odparła Heidi, lekko się uśmiechając.

Nagle usłyszała za sobą ciche stękanie. Odwróciła się i ujrzała ledwo stojącego Ricka.

- Hei... di...

- O mój Boże, Rick! - Łania szybko złapała Jeża, nim ten zdążył po raz kolejny upaść. - Wybacz, kompletnie o tobie zapomniałam...

- Wszystko... - powiedział cicho Rick, po czym wykaszlał trochę krwi. - W porządku... Heidi...

Dziewczyna spojrzała na Nemesis. Ta zniknęła chwilę wcześniej, pozostawiając po sobie tylko płaszcz. Łania westchnęła i zaprowadziła chłopaka do Ebony. Delikatnie posadziła go w siodle, po czym usiadła za nim i chwyciła za lejce.

- Znasz drogę, Ebony? - spytała Złotogrzywą. Ta zarżała na "tak". - Prowadź.


Harris, Gerald i Clarke'owie natychmiast pojawili się na miejscu - w Szpitalu imienia Garrusa Agrippy. Po drodzie zdołali nawet zgarnąć Weronikę.

Pierwsze, co zobaczyli na prawie pustej recepcji, była roztrzęsiona Heidi zażerająca stres czekoladą.

- Heidi? - powiedziała niepewnie Jina, zwracając na siebie uwagę Łani.

- Jina! - zawołała i podbiegła do przyjaciół. - Jak dobrze, że jesteście!

- Przybyliśmy najszybciej jak mogliśmy. - oznajmił Elijah. - Co się stało? 

- Chodzi o Ricka. Jest... w kiepskim stanie.

- Co?! - Synthia prawie krzyknęła, lecz zdążyła się powstrzymać. Natychmiast ruszyła do okienka. Wróciła po około minucie. - Pokój A17, wschodnie skrzydło.

Cała grupa jak jeden mąż ruszyła do pokoju, w którym rzekomo przebywał Rick. Jina już miała nacisnąć klamkę, gdy nagle drzwi otworzył ktoś z drugiej strony.

- Dzień dobry, Wasza Wysokość. - Kruk w białym kitlu ukłonił się Werze. - Kapitanie Clarke...

- Przyszliśmy odwiedzić Ricka. - powiedział profesjonalnym tonem Elijah.

- Domyślam się. - odparł lekarz, patrząc na każdego z osobna. - Niedawno zasnął, więc bądźcie cicho.

Przytaknęli, a Kruk powoli otworzył im drzwi.

Rozdział 9: Koniec podchodówEdytuj

- O...

- ...Mój

- ...Boże!

Jina, Heidi i Harris stali jak wryci, widząc, w jakim stanie jest Rick.

- Złamane trzy żebra, podbite oko, popękane naczynka, masa ran ciętych i złamanie zamknięte prawej ręki. - oznajmił lekarz, przeglądając kartę pacjenta.

- Rick... - powiedziała cichutko Łania, a w jej oczach zaczęły zbierać się łzy. 

- Wyjdzie z tego? - spytała Weronika, patrząc z nadzieją na Kruka.

- To młody, silny chłopak. Wyliże się w jakieś... trzy-cztery tygodnie. - odpowiedział. - To ja zostawię was teraz samych.

- Dziękujemy. - powiedziała Synthia, po czym spojrzała na syna. Leżał przykryty zieloną kołdrą, z odsłoniętą lewą ręką, do której miał podpiętą kroplówkę i pulsometr. Na pyszczek miał założoną maskę respiracyjną. Na prawym oku miał opaskę medyczną, a na lewym - zimny okład.

Nastała głucha cisza. Jedynym dźwiękiem było złowróżbne pikanie aparatury. Nikt nie miał odwagi się odezwać. 

- Wszystko OK? - spytała Łanię Wera. Ta zacisnęła pięści i wyprostowała się, próbując zachować zimną krew. Po chwili jednak zaczęła cicho łkać.

- To moja wina... - wyszeptała, patrząc na śpiącego chłopaka. - To... To wszystko moja wina...

- O czym ty mówisz? - spytał Jax.

- Gdybym... Gdybym nie wyjechała... To wszystko... potoczyłoby się inaczej...

- Ej, nie możesz się tak obwiniać. To nie twoja wina. - pocieszała ją Lisica.

- Więc w takim razie czyja?! - Łania odwrociła się gwałtownie w stronę reszty. Po policzkach spływały jej łzy, a ona sama wydawała się za chwilę wybuchnąć płaczem. Tak się też po chwili stało. Rzuciła się Werze na szyję, nie próbując już powstrzymać emocji. - Gdyby nie ja, Rick nie leżałby tu i nie walczył o życie!... To moja wina!... To moja wina!!...

Księżniczka przytuliła przyjaciółkę i poklepała delikatnie po plecach. Trwała tak z nią, dopóki się względnie nie uspokoiła.

- Już, już... - powiedziała cicho Lisica, dalej ją tuląc. - Wszystko będzie dobrze...

- Doktor mówił, że z tego wyjdzie. I ja mu wierzę. - wtrącił Harris, po czym położył Łani dłoń na ramieniu.

- Poza tym widziałaś, przez co wcześniej przeszedł. - dodała Jina. - Jest nie do zdarcia.

- Jesteśmy z wami, Heidi. - powiedziała Synthia. - Musisz być silna. Dla niego.

Dziewczyna spojrzała na wszystkich nabrzmiałymi od płaczu oczami. Wszędzie widziała uśmiech skierowany do niej. Mieli rację: musiała być silna.

- Dziękuję... - odpowiedziała cichutko i przytuliła wszystkich.

Eli cały czas milczał. Wydawał się cały czas zajmować sobie głowę swoim małym śledztwem.

- Eli, wszystko dobrze? - spytała Synthia, widząc wyraz twarzy męża.

- Hm? A, tak. - odpowiedział po chwili. - Ciągle o tym myślę. 

- Właśnie. Jakieś postępy? 

Czarny Jeż spojrzał pewnie na żonę.

- Wygląda na to, że mam już wszystkie poszlaki. Heidi? - Eli postukał ją palcem po ramieniu. - Przypomniałaś coś sobie z nocy, gdy zniknęłaś?

Łania wytarła oczy i powiedziała:

- Tak sądzę...

- Pamiętasz, kto cię porwał? 

Dziewczyna spojrzała na wszystkich, a zwłaszcza na Werę. To mogło być dla niej jedno z bardziej szokujących przeżyć. 

- Um... To Lisica...

- Aha... - przytaknął Elijah. - Coś jeszcze?

- Przedstawiała się jako Regentka...

- Regentka? - zdziwił się Harris. - Co to za ksywa?

- Regent to osoba upoważniona do rządzenia państwem w czasie bezkrólewia. - wyjaśniła Jina. Jax i Heidi spojrzeli na nią lekko zdziwieni. - Ja dużo czytam.

- Dobrze. A teraz pytanie do wszystkich...

Nagle usłyszeli ciche stękanie. Łania odwrociła się w stronę źródła dźwięku, a do jej oczu ponownie napłynęły łzy.

- Rick! - pisnęła szczęśliwa i rzuciła się Jeżowi na szyję. 

- Gaah!! - krzyknął boleśnie Rick, a pikanie na chwilę ustało.

- Och... Wybacz.

Heidi puściła go, lecz nie przestała go tulić.

- Witaj z powrotem wśród żywych, Rick! - powiedziała z uśmiechem Jina, podchodząc do brata i czochrając mu kolce.

- Myśleliśmy, że już po tobie, amigo. - dodał Jax. - Jak się czujesz? 

- Uch... Boleśnie... - odpowiedział cicho Rick, próbując spojrzeć na zebranych. Ledwo mógł się ruszać. - Ale żyję... Chyba...

Elijah uśmiechnął się, słysząc słowa syna, po czym kontynuował:

- Tak jak mówiłem, pytanie do wszystkich: kto z nas zna Lisicę piastującą urząd regenta?

On, Synthia i Wera podniosły ręce. Heidi zdawała się wahać. 

- Wszystkie dowody, jakie zawczasu zebrałem, wskazują na najwyższą w hierarchii Black Terra kobietę... - pauza na efekt. - ... Lady Kiara Lightning.

Wypowiedziane przez Jeża nazwisko spowodowało wyraźne poruszenie. Synthia była zaniepokojona, Jina rzuciła w stronę Regentki kilka nieprzyzwoitych słów, a Heidi obnażyła mimowolnie kły i zacisnęła pięści. Najgorzej jednak radziła sobie Weronika. Łania zdołała usłyszeć jej znacznie przyspieszone tętno i oddech. W końcu Lisica osłabła i osunęła się na podłogę. Nim jednak zdołała upaść, została złapana przez Jaxa i Jinę. Posadzili ją na krześle i zaczęli powoli wachlować.

- Wszystko dobrze, Wasza Wysokość? - spytała Synthia i podała jej szklankę wody.

- Jak to w ogóle możliwe? - spytała Wera, biorąc sporego łyka na uspokojenie.

- To wyjaśnia, czemu przyjęła nas z jeszcze mniejszym entuzjazmem niż zazwyczaj. - stwierdził Eli.

- To co robimy?... - spytał dotychczas milczący Rick.

- Jeszcze nie wiem. - odparł. - Ale musimy się pilnować. Księżniczko. - zwrócił się do Wery. Ta spojrzała na niego, wciąż nie mogąc uwierzyć. - Bezpieczniej będzie, jeśli przez jakiś czas zostaniesz z nami.

Lisica przytaknęła. Wiedziała, że jeśli chodzi o bezpieczeństwo, należy przede wszystkim zaufać Królewskiemu Protektorowi.

Grupa spędziła w pokoju jeszcze pół godziny, omawiając plan możliwie bezkrwawego zdetronizowania Kiary. Werze nie podobała się ta sytuacja. Przez cały ten czas jej własna ciotka robiła jej koło ogona.

Nagle do środka weszła pielęgniarka - biała Gronostajka z długimi czarnymi włosami i końcówką ogona, ubrana w standardowy błękitny strój.

- No dobrze. Chyba już na was pora. Nie, żebym was wyganiała, czy coś, ale robi się późno. - powiedziała z uśmiechem, miłym dla ucha głosem. - Jak się czujesz, Rick?

- Kiepsko... - odparł Rick, patrząc na pielęgniarkę. Ta podeszła do niego i delikatnie ściągnęła okład z oka.

- Uuu... Całe czerwone. Cud, że jeszcze widzisz.

- Dzięki... Chyba...

- To my już pójdziemy. - wtrąciła Jina, po czym pomachała bratu na pożegnanie. Ten uniósł nieco lewą rękę i szybko ją opuścił.

- Na razie, Rick. - dodała Heidi, wychodząc i cały czas na niego patrząc.


Z gabinetu Kiary dało się usłyszeć hałas tłoczuczonego szkła. Rozwścieczona do granic możliwości Regentka demolowała pomieszczenie, by dać upust emocjom.

- Zdradziła mnie!! - wrzasnęła, zrzucając wszystko, co było na biurku.

- Widać będę miał więcej do roboty... - westchnął stojący w drzwiach Chart-albinos, ubrany w strój lokaja. Spojrzał na czerwoną kałużę z pływającymi po niej kawałkami szkła. - No wie pani? Zmarnować akurat to wino?

Lisica odwróciła się gniewnie na Psa. Ten tylko odpowiedział jej cynicznym spojrzeniem. Regentka kontynuowała:

- Muszę się ich pozbyć... Jak najszybciej! Tylko jak...

Stanęła przed oknem i spojrzała na miasto. Nagle w odbiciu ujrzała, jak Chart zaczyna sprzątać. Pracował u niej już 23 lata. Bardzo dobrze go znała. Wiedziała, co umie.

- Vitali. - zaczęła. - W piwnicy leży rusznica. Weź ją i zrób, co do ciebie należy. 

Chart przerwał sprzątanie. Położył sobie dłoń na sercu i ukłonił się Kiarze.

- Tak jest, moja pani.

Rozdział 10: ApogeumEdytuj

Vitali wyjechał windą na ostatnie piętro wieży zegarowej. Wszedł do pomieszczenia z wielką dziurą na zewnątrz. Był z niego idealny widok na całe miasto. Chart przysunął bliżej stojący naprzeciwko stolik i usiadł przed nim na krześle. Rozstawił na stole wypolerowaną rusznicę snajperską. Skalibrował lunetę i załadował pocisk.


Grupa wyszła na zewnątrz, przed pomnik Jeża w długim szlacheckim płaszczu. Miał długie do pasa igły, dumną pozą i ewidentnie zamyślone spojrzenie skierowane na miasto. W dłoni, o którą opierał brodę, znajdowała się strzykawka. Napis na tablicy pod pomnikiem głosił: "GARRUS AGRIPPA - NASZ ZAŁOŻYCIEL".

- Wasza wysokość! - usłyszała nagle Wera. Odwróciła się i ujrzała ubraną na niebiesko Arktyczną Lisicę.

- Chiyo! - zawołała księżniczka, widząc swoją strażniczkę. - Co tu robisz?

- Kiedy kazałaś mi pilnować twojego domu, znalazłam JEGO myszkującego w twoim pokoju, moja pani.

Lisica wyciągnęła ku Werze i reszcie trzymanego przez nią za długi puszysty ogon, małego zwierzaka o karmelkowym futrze. Ten wiercił się niemiłosiernie, próbując wyrwać się z uścisku strażniczki.

- Łasicę? - zdziwiła się Jina.

- Nie byle jaką. - odparła Chiyo, lecz zanim zdołała powiedzieć coś więcej, zwierzak zatopił ostre ząbki w jej dłoni. - Auu!!

Strażniczka puściła ogon futrzaka, a ten upadłszy na bruk, pobiegł w stronę Weroniki. Wspiął się szybko po jej ubraniu i usiadł dziewczynie na barkach, delikatnie smyrając ją ogonem po policzku.

- Hihih... Przestań, łaskoczesz. - powiedziała z uśmiechem Wera, głaszcząc małego po łebku.

- Polubił cię, księżniczko. - zauważył Elijah.

- Zauważyłam. - odpowiedziała, biorąc łasicę na ręce i głaszcząc.

Tymczasem Chiyo uspokoiła się i spojrzała gniewnie na zwierzaka.

- To Bestia. - powiedziała chłodno.

- Jakoś nie wygląda na bestię.

Nagle zwierzak zeskoczył na bruk i zabłysnął oślepiająco. Wszyscy zasłonili oczy.

- Wolę określenie "zmiennokształtny". Mniej rasistowskie.

Wera jako pierwsza odsłoniła oczy. w miejscu małej łasicy ujrzała młodego i silnego Mobianina - Łasicę. Miał długie, niezadbane, czarne włosy i bursztynowe oczy. Ubrany był w starą koszulę od garnituru z podwiniętymi rękawami, połataną czarną kamizelkę i ciemne jeansy wpuszczone w wysokie do kolan glany.

- Niezła sztuczka! - powiedziała Jina, wpatrując się w Łasica.

- Dzięki. - odpowiedział z uśmiechem. - Jestem Soren.


- Pięknie... - warknął Vitali, przyglądając się nowej sytuacji. Było ich tam stanowczo za dużo. Ponadto każdy co chwilę się przemieszczał, zasłaniając mu jego cel. Chart może i był cierpliwy, ale to go wyraźnie irytowało.

Po jakimś czasie doszła jeszcze dwójka - Jeleń ze złamanym porożem oraz wytatuowana na całym ciele Jeżyca. Vitali przewrócił czerwonymi oczami. 

- Więcej was matka nie miała? - powiedział, po czym wycelował w pierś Łani. Wyszczerzył podejrzanie długie kły. - Regentka przesyła pozdrowienia.


Wszyscy nagle usłyszeli jakiś głośny huk. Patrzyli dookoła w poszukiwaniu jego źródła. 

- Heidi!! - krzyknął Quentin, po czym rzucił się i popchnął Łanię na bruk.

- Quentin! Co ty--

Po chwili padł obok niej przez odrzut, a z jego lewego ramienia trysnęła krew, plamiąc chodnik na czerwono. Jeleń wrzasnął przeraźliwie z bólu. 

- Quentin!! - krzyknęła Miko i uklękła nad nim.

Chłopak zwijał się z bólu. Po chwili spojrzał na Jeżycę szklistymi oczami.

- Nie czuję ręki... - powiedział, płytko oddychając.

- Quentin, proszę, nie rób mi tego.

Synthia szybko podbiegła do Jelenia i spróbowała zatamować krwotok jego koszulą. Ta szybko nasiąknęła jego krwią, a on sam stęknął boleśnie, czując nacisk.

- Szybko, księżniczko! - powiedział Elijah, popędzając Weronikę za pomnik. Soren zmienił się w zwierzaka i popędził przed siebie, a Chyio rozglądała się za zamachowcem. - Dziewczyny! Chodźcie! 

Jina pomogła Heidi wstać i pobiegła z nią za pomnik. Synthia i Miko ostrożnie zaciągnęły tam Quentina.

- Co to było?! - spytała zszokowana Wera.

- Snajper. - warknął Eli, ostrożnie wychylając się zza osłony. Po chwili wrócił na miejsce, widząc nadlatujący pocisk. - Utalentowany!

- Zajmijcie go czymś! - zawołała Synthia, mocniej uciskając ranę. 

Jina wyciągnęła z kabury Rewolwer i zagwizdała ostro. Nagle z pomiędzy budynków wybiegł Gold. Jeżyca podbiegła do niego, unikając przy okazji strzałów, i usiadła w siodle. 

- Jazda, mały! - zawołała do Testrala, a ten zaczął galopować w kierunku wieży zegarowej. Jina w tym czasie patrzyła na nią, próbując zobaczyć, skąd snajper oddaje strzały. Gdy tylko ujrzała białą plamę w dziurze w ścianie, natychmiast zaczęła strzelać w jej stronę.

Niebieskie smugi pocisków przecięły powietrze. Jeden z nich trafił snajpera w lewą skroń, a drugi w prawy bok. On sam jednak znalazł w sobie siłę, by oddać w stronę Jiny jeszcze kilka strzałów. Przebił na wylot jej prawą dłoń. Na szczęście Jeżyca trzymała Rewolwer w lewej.

Wystrzeliła kolejny pocisk. Ten trafił zamachowca w klatkę piersiową. Biała plama zachwiała się i wyleciała z wieży na sam dół. 


- Nic panu nie jest? - spytał leżącego na bruku Charta jakiś brązowy Lis. Chciał pomóc mu wstać, jednak został brutalnie przez niego odepchnięty.

- Uch... Moja pani nie będzie zadowolona. - stwierdził Vitali. Nagle usłyszał stukot kopyt. Natychmiast się podniósł i uciekł między budynki.

Jina zatrzymała się pod budynkiem i zaczęła się rozglądać. Na chodniku ujrzała kilka pęknięć ułożonych w sylwetkę Mobianina, a obok - pod ścianą - podnoszącego się, znajomego, jednorękiego Lisa w mundurze.

- Locke! Co tu robisz?

- Odesłali mnie do cywila. - odpowiedział z przekąsem Lis.

- Tia... Nie widziałeś tu może jakiegoś gościa w białym? 

- Nnnie. Ale widziałem białego gościa, co zwiał w boczną uliczkę, nawijając coś o jakiejś pani.

- No to już go nie znajdę... - westchnęła Jeżyca. - Dobra, dzięki za info.

- Nie ma sprawy. Pozdrów ode mnie ojca, co?

- Spoko. - Jina uśmiechnęła się przyjaźnie, po czym ruszyła z powotem pod szpital.


Heidi siedziała skulona pod pomnikiem, wpatrując się w kałużę zastygłej krwi Quentina. Wciąż miała przed oczami ten widok: jej byłego chłopaka poświęcającego się dla niej.

- Wszystko w porządku, Heidi? - spytał ją Elijah, kładąc jej protezę ręki na ramieniu. Po Łani przeszedł zimny dreszcz.

- Mhm... - odpowiedziała cicho. - Dlaczego ilekroć ktoś musi mnie ratować, to cierpi?... Najpierw Rick, teraz Quentin... Wisi nade mną jakieś fatum czy co?

- Wyjdą z tego. -powiedział spokojnie Eli.

Nagle usłyszał stukot kopyt Testrala. Gold zatrzymał się obok, a Jina zeskoczyła na chodnik.

- I co? 

- Zwiał... -warknęła cicho Jeżyca. 

- Dorwiemy go. Ale najpierw musimy się rozprawić z kimś innym.

Po chwili ze szpitala wyszła Synthia. Na pyszczku miała wyraz niepokoju. Niemniej jednak się uśmiechała.

- Zostanie mu amputowana ręka, ale przeżyje. - powiedziała. - Miko nalegała, bym ją z nim zostawiła. 

- Amputowana?... - spytała Heidi.

- Widziałam, co go trafiło. Pocisk o długości czterech cali i grubości dwóch centymetrów. - odparła Synthia, wyraźnie się wzdrygując. - Nawet jakby nie miał stracić ręki, straciłby w niej czucie.

Jina w tym czasie spojrzała na swoją prawą dłoń. Była w niej spora dziura, przez którą dało się zobaczyć mechaniczny szkielet.

- Auć... - syknęła, chowając rękę do kieszeni.


Kiara wręcz płonęła z furii. Cały jej gabinet wyglądał jakby przeleciało przez nie tornado. Ona sama stała przed oknem, patrząc w swoje rozwścieczone odbicie.

Nagle usłyszała stanowcze walenie do drzwi.

- Lady Kiaro, Regentko Black Terry! - odezwał się władczy głos. - W imieniu Lorda Protektora Elijah Clarke'a nakazuję ci otworzyć drzwi!

Kiara nie odpowiedziała. Podeszła do biblioteczki.

- Lady Kiaro!

Pociągnęła za jedną książkę, a cała biblioteczka zaskrzypiała. Odsunęła się, ukazując skąpane w ciemności ruchome schody.

- To bez sensu. Dajcie mi tu ciężkozbrojnego!

Wkrótce przez drzwi przebił się oddział strażników miejskich z opancerzonym Niedźwiedziem na czele.

- Lady Kia-- - Dowódca nie skończył, widząc kompletnie pusty, zrujnowany gabinet. - Gdzie ona jest? Przeszukać cały ratusz! Nie możemy dać jej uciec! 

- Tak jest! - odpowiedzieli chórem strażnicy. 

Tymczasem Lisica schodziła spokojnie po schodach, słuchając jednocześnie strażników. 

- To jeszcze nie koniec, Clarke. Wkrótce zobaczysz, co znaczy prawdziwa wojna.- powiedziała, po czym zniknęła w ciemności, a jedynym, co dało się ujrzeć, była para krwistoczerwonych oczu...

THE END

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki