FANDOM


Autor:Edytuj

Luke The Hedhehog Sonicrun S2.gif

Rozdział pierwszy - Ruszamy na południeEdytuj

Do starego, opuszczonego domu wszedli Rick, Swift i jakiś policjant. Cała trójka przeszukuje parter. - Mam coś! - krzyknął Swift i podał kartkę Rick'owi.

- ""20 maja o godzinie 20:00 wyjeżdżamy z miasta Naxus do miasteczka Grande..."" - cytuje brązowy jeż i podaje kartkę komisarzowi.

- Dobrze. - na jego twarzy widać cień uśmiechu. - Mamy trop.

- To kiedy lecimy? - zapytał zaciekawiony Swift strzepując kurz z kanapy i siadając na nią.

- Co takiego? - dziwi się Clarke. - Swift, nie..

- Oj wyluzuj stary. To będzie łatwe. - zapewnia Rick'a Keane.

- Pragnę przypomnieć, panie Keane, że kojot Tony jest bardzo przebiegłym i niebezpiecznym szefem Kartelu. - rzekł komisarz.

- Wiem. Dlatego moje drugie imię to Ryzyko. - mówi niebieski jeż i wychodzi na dwór. Clarke i policjant patrzą na siebie i oboje wzruszają ramionami. Policjant ze swoimi kolegami po fachu odlatują.

- No to co? - pyta Rick'a Swift. - Zbieramy kumpli i lecimy na południe?

- No... - mruczy Rick i oboje wskazują na Extreme Gear'y.


- Pasy zapięte? - pyta pasażerów Slige.

- Tak! - oznajmiają.

Koło Slige'a usiadł Swift. Najwyraźniej był zadowolony z wylotu.

- Jak tam? Długo się nie widzieliśmy. .. - odezwał się lisek. W tle słychać rozmowy pozostałych.

- Ogólnie to źle. - mówi Swift i wyciąga butelkę z wodą po czym łyka parę kropli.

- Nadal szukasz Blake'a co? - pyta niebieski lis.

- Nieważne. .. - szepcze Keane i odwraca się do szyby.

- Znajdziemy go. - myśli Slige.

Podróż przebiega szybko. Już widać wydmy z piasku a w oddali pomarańczowe kaniony, jednak Rick usłyszał jakiś niepokojący dźwięk w silniku.

- Slige! - krzyknął. Wszyscy poczuli jakby żołądek podchodzi im do gardła. Lecą w dół!

Slige wypuścił spadochrony, aby się nie rozbili. Wpadli w wielką górę piasku.

- Cholera! - krzyczy Kai, kolega Swift'a.

- No to tkwimypo uszy w g....

- Wyrażaj się! - krzyczy do Swift'a Jina.

- Sory.... Poniosło mnie....

- Naprawa potrwa parę dni... - oznajmia Slige. - Trzeba wymienić silniki...

- Ile do Grande?? - pyta Rei.

- Zdaję mi się, że 50 kilometrów. - stwierdza lis patrząc na mapę.

- Mamy zapasy?? - pyta Max'a Swift.

- Taak! Torba butelek z wodą i kanapki.

- Okej... Ja, Rick i Kai idziemy dalej. Znajdziemy jakiś transport i przyjedziemy po was. - oznajmia niebieski jeż, zdejmuje kurtkę i idzie przed siebie. Rick i Kai za nim.


- Ile już idziemy? - narzeka Kai.

- Trzy godziny i dwadzieścia minut. - oblicza Rick.

- Prędkość! - krzyczy Swift i odwraca się do chłopaków.

Rick oraz Kai wściekle patrzą na Swift'a. Wiedzą o co chodzi.

- Za godzinkę będę. Czekajcie tu! - rzekł niebieski jeż i z prędkością światła pobiegł przed siebie.

Rick i Kai usiedli na piasku. Brązowy jeż odkręcił butelkę i napił się. Kai szybko wciągnął swoją kanapkę i domagał się kanapki Clarke'a.

Rozdział drugi - Wojsko po nas przyjechało!Edytuj

Swift zauważył drewnianą tabliczkę z napisem ""Grande"". Zwolnił tempo i podszedł do jakiegoś gościa w mundurze.

- Przepraszam?

Mężczyzna się odwrócił. Miał mundur ZWL (Zjednoczonych Wojsk Loremjańskich).

- O! Generał Jeff Wilson? - zapytał wilka niebieski jeż.

- Tak. - odpowiada krótko wojskowy.

- Widziałem pana w telewizji. Szacun...

- Ach tak... Zaraz. . Jesteś Swift Keane?

- Tak.

- Zapobiegłeś zniszczeniu Mobius.

Swift wytrzeszczył oczy. Nie spodziewał się, że generał Wilson go zna.

- Co Cię zprowadza do Grande? - zapytał wilk.

- Silnik się popsuł i trzy godziny stąd są moi dwaj przyjaciele. Natomiast dalej reszta ekipy.

- Rozumiem. Pomożemy wam.

- Pomożemy?

Wilson gwizdnął i zza paru budynków wyjechali żołnierze w terenowcach.


- Narkotykowa orgia zabiera ze sobą wiele ofiar. Kto za tym stoi? Usłyszycie jutro! - mówi redaktor i w radiu słychać muzykę.

- Kartel jak nic... - mówi Wera.

- My się z nimi rozprawimy! - krzyknął Slige grzebiąc w torbie z narzędziami.

- Ile czasu nie ma chłopaków? - pyta Jina.

- Cztery godziny... - oznajmia Max.

- Aha...


- Gdzie ten Swift!? - krzyknął Kai i uderza ręką w piach.

- Pfu! - Rick wypluł piasek z ust. - Uważaj jak walisz!

Kolczatka zobaczyła poruszające się w oddali cztery małe pojazdy.

- To Swift!

- Suprise motherf*cker! ! - krzyknął Swift tak głośno, że słychać go było bardzo wyraźnie. Zeskoczył z samochodu i podszedł do jeża i kolczatki.

- No nareszcie - zniecierpliwił się Kai.

- Sory, że tak długo. - przeprasza Keane.

- Spoko... Zostało nam pół butelki wody.... - stwierdza Rick i wskakuje na terenowiec.

- Jedziemy po pozostałych! - krzyknął brązowy jeż do kierowcy a ten szybko ruszył w drogę.


- Patrzcie! - krzyknął Slige i wskazał palcem na terenowce. Wera zauważyła Swift'a i Rick'a.

- To chłopaki! - oznajmiła lisica i zaskoczyła ze skrzydła.

Samochody nieźle zadriftowały i kierowcy wyszli z pistoletami w dłoniach.

- Co do... - rzekł Rei i uniósł ręce. Pozostali też.

- Spokojnie.... - powiedział generał Wilson. - Opuśćcie bronie. - To oni?

- Tak. - zapewniał Clarke i podszedł do siostry. - To ZWL

- Tak? - Jina popatrzyła na mundury. - No fakt!

- A co ze statkiem? - zapytał Wilsona niebieski lis.

Nad ich głowami leciał ogromny prom kosmiczny. Po chwili wypuścił liny po których zjeżdżali komandosi, zaczepili o haki i podnieśli Tsunami.

- Doskonale. - stwierdził Slige.

- Teraz zapraszam was do jeepów, potem do mojego domu. - mówi Wilson.

- Zaprasza pan nas?

- Owszem.

I odjechali.

Rozdział trzeci - Z wizytą u generała WilsonaEdytuj

Wszystkie samochody terenowe wjechały na jedno duże podwórko.

- Wow! - krzyknął Swift patrząc na ogromny dom. - Panie Wilson?

- Tak?

- Czemu na takim odludziu? - kończy Rick.

- Nie chcę, by jacyś ludzie krążyli wokół mojego domu. - oznajmia mężczyzna i wychodzi z jeepa. - Śmiało, przyjaciele, wejdźcie!

Dom był ogromny! Z sufitu zwisał drogi żyrandol wykonany z kryształu. O ja Cię! Na ścianie pełno portretów. Pewnie jego przodkowie. Meble wykonane są z najdroższych materiałów.

- No tak. On jest milionerem bo trafił w totka! - przypomniał sobie Kai.

- Siadajcie. - rzekł generał, a ekipa usiadła. Podszedł do nich kamerdyner z przystawkami.

- Dziękuję - rzekł Max do kamerdynera. Lisek skusił się na ciastko czekoladowe.

- Macie jakiś kąt do spania? - zapytał Wilson.

- Nie. - powiedziała Jina.

- Hm.. Niedaleko mojego domu jest Oaza, pięciogwiazdkowy hotel. Jedźcie tam i powiedzcie, że jesteście gośćmi generała Wilsona.

- Dobrze. - odezwał się Swift i wstał.

- Zaczekaj.

- Hm?

- Podobno chcecie rozwiązać Kartel loremjański. ..

- Zgadza się.

- Tak, więc. Chcemy, abyście się nie wtrącali.

- Co!? - krzyczą wszyscy z Ekipy.

- Zostawcie to zawodowcom! - krzyknął jakiś żołnierz.

- Razem z Sonic'iem uratowałem Mobius! NIE! - zprzeciwia się Keane, wstaje i wychodzi z domu.

- Właśnie - popiera go Wera i wychodzi. Podobnie jak reszta.

- Nie przyjechaliśmy tu, żeby imprezować w Oazie.

- Chodźmy się zameldować - proponuje Jina.


- Witam. Jesteśmy gośćmi generała Wilsona. - rzekł Rick do recepcjonistki.

- Ach tak! Dzwonił do mnie. Pokoje są trzyosobowe.

- Hm... Wera? Ty będziesz miała ze mną. - powiedziała Jina i wzięła kluczyk.

- Okej - odpowiedziała lisiczka i z jeżycą poszła na górę.

- Ok. Wezmę pokój z Rick'iem i Kai'em. - zaproponował Swift i wziął kluczyk z numerem 110.

Max, Slige i Rei mieli 111 a dziewczyny 112 więc byliśmy obok siebie.

Swift, Kai i Rick weszli do pokoju i wydali "O ja Cię! " lub " Woow!"

- Tu jest normalnie super! - krzyknął Kai. - Trzy łazienki, duży balkon z jacuzzi, bar ze smakołykami i ogromny telewizor, jakieś 53 cale.

- O! - wydał Swift. - Jest kablówka. - chwilę spojrzał na chłopaków.

- Chcą nas przekupić, ale nic z tego! Będziemy polować na Kartel...

- Chyba po to się prawie rozbiliśmy. .. - mruknął Kai i położył się na łóżku. - Ale najpierw trochę luksusuuu

- Odrobinka nie zaszkodzi. - powiedział Rick. - Wezmę prysznic.

- A ja skoczę na basen. Niedługo będę. - powiedział Keane i wyszedł z pokoju.

- Fajnie tu!


Hotel musiał sporo kosztować. Sporo... Miliony! Takie luksusy i to na środku pustyni? Ludzie... Może budują tu jakieś niesamowicie luksusowe miasto. Ale mniejsza o to... Gdy Rick i Kai ooglądali telewizję, a Swift pływał w basenie, dziewczyny chodziły po jadalni. Mogły wybrać co chcą. .. Za darmo! W końcu wzięły tylko ciasto czekoladowe i sok malinowy.

- Siema! - krzyknął Slige do Swift'a, który robił różne triki w wodzie.

- Yo, stary! - odpowiedział niebieski jeż i usiadł przy najbliższym stoliku.

- Jaki jest plan?

- Slige... - podaje zdjęcie lisowi. - To on.

- Hm.. Co?

- O co chodzi?

- Widziałem go jak jechaliśmy do Oazy.

- Co ty gadasz?

- Swift, on tu jedzie.

- Idź po dziewczyny. - Swift wstał i pobiegł do chłopaków.

- Tony tu jedzie!

Rick zerwał się na równe nogi i wyszedł z pokoju. Kai również. Wszyscy usłyszęli krzyki z parteru.

- Już jest!

Do hotelu weszło parę uzbrojonych lisów i jeden kojot, zapewne Tony.

- Panie i panowie, zachować spokój. - Kojot zaczął się szyderczo śmiać i bił ochroniarzy. Swift i ekipa zeszli na dół.

- To oni! - krzyknął kojot i razem z lisami ruszył w ich kierunku.

Rozdział czwarty - Pierwsze starcieEdytuj

Lisy w mundurach Kartelu wbiegli za Swiftem i Jiną. Szybko schowali się za drzwi i podstawili nogi prześladowcom. Dla pewności Jina każdemu sprzedała kija w głowę.

Rick, Wera i Slige zajmowali się pozostałymi lisami. Rick mocą biotyczną rzucił dwoma lisami w ścianę, Wera swoją mocą światła oślepiła dwójkę umięśnionych lisów, a Slige walnął ich narzędziami.

Kai, Rei i Max gonili Tony'ego.

- Hahaha! - śmieje się Tony i wychodzi po drabinie.

- Co się tak śmiejesz?? - dziwi się Max i blokuje drogę kojotowi, ale on nie ma zamiaru się zatrzymać. Uderzył lisa w twarz i uciekł. Kai zatrzymał się by pomóc mu wstać.

- Dam se radę. .. Goń go! - krzyknął Max i wytarł zakrwawiony nos o koszulkę.

- Pobiłem liska, hahaha! - krzyczy Tony i wchodzi do kotłowni.

- Gdzie on poszedł? - zastanowił się Kai i również poszedł do kotłowni. Słyszał szyderczy i psychiczny śmiech kojota.

- Goń mnie kolczuś! Hahaha! - jego śmiech jest tak chory i ryjący mózg, że nie chcielibyście go słyszeć.


Rick, Swift, Wera, Jina i Slige zebrali się przy recepcji. Dołączyli też Rei i Max z zakrwawioną ręką.

- Daj, zobaczę. - powiedziała Wera. - Złamany nos.

- Walnięcie to on ma. - powiedział Max i włożył watę w nos.

- A gdzie Kai? - zapytał Swift.

- Goni tego kojota. - odpowiedział Rei.

- Do kotłowni. .. - szepnął czarny lis.

- Chodź Rick. - Powiedział pół głosem niebieski jeż i Clarke pobiegł z nim w stronę kotłowni.


Kai nadal słyszy chory śmiech Tony'ego. Nagle stanął twarzą w twarz z kojotem. Tony ruszył ku niemu i zaczął go bić. Kai kopnął go w korpus i trochę się odsunął.

Ale Tony to wariat, więc wziął metalowy kij i walnął kolczatkę w plecy a ta wydała ryk bólu. Rick i Swift zeszli po schodach i bardzo szybko wparowali w miejsce walki. Rick odsunął Kai'a, a Swift rzucił się na kojota. Ostro się nawalali.

Uderzenia Tony'ego są bardzo mocne, ale Swift daje sobie radę. Odpycha go nogami i teraz on go bije. Kojot podstawia nogę i jeż ląduje przy Kai'u.

- Niezły...

- Walnij go tym. - wymamrotał Kai i podał Swift'owi kij. Tony jak zwykle się śmiał.

- Dość tego! - wrzasnął Swift i mocno uderzył kijem Tony'ego w twarz. W końcu na chwilę się zamknął, upadł na podłogę i chwilę był nie przytomny.

Jednak coś buchnęło. To była jakaś bomba. Sufitu już nie było. Nad ich głowami krążył helikopter, który strzelał minigunem. Rick swoją mocą przeniósł nieprzytomnego Kai'a i wyszedł ze Swift'em z kotłowni. Po linie zjeżdżali najemnicy Kartelu i zabirali ciało kojota. Helikopter zniknął gdzieś za kanionami.

- Zabrali kojota. - powiedział Rick i położył kolczatkę na stole.

Do hotelu wtargnęło wojsko a z nimi Wilson.

- Mówiłem żebyście się nie wtrącali!

- Sami tu wbiegli!

- Trzeba było nie wychodzić z pokoi!

- Nie! My się nimi zajmiemy! - krzyknął Swift.

- Dobrze, ale na schron już nie liczcie.

- Dobra! Ale jako, że mogliśmy zginąć, weźmiemy co chcemy.

- Skubany ma rację. - wtrącił się jakiś żołnierz wynoszący lisa w kajdankach.

- A więc co chcecie?

- Dwa samochody, cztery przenośne lodówki, jedzenie i picie.

- Stoi.

- A i jeszcze te fajne namioty.

- On są drogie!

- To wyszkol lepszych ochroniarzy!

- Dobra. Idźcie. ..

Rozdział piąty - Rozbijamy obóz:Edytuj

Swift i reszta ekipy wzięli wszystko co chcieli od Wilsona i wyjechali w odpowiednie miejsce, gdzie mogliby rozbić obóz. Znajdują takie miejsce w ogromnej jaskini. Tak duża jak pokój w Oazie. Rick położył lodówki w najchłodniejszym miejscu, Max rozstawił duży stół, a dziewczyny rozkładały leżaki i materace. Swift i Kai odstawili samochody tak, aby nikt ich nie zobaczył. Slige położył wszystkie sprzęty elektroniczne, czyli: dwa laptopy, tablet i mikrofalówkę wziętą z Oazy.

- Jestem padnięty. .. - rzekł Swift i położył się na materacu.

- Wielka ta jaskinia! - krzyknął Max i wydobyło się echo.

- Musimy jakoś zakamuflować wejście do jaskini - proponuje Jina.

- Dobry pomysł - popiera siostrę Clarke.

- Ok. Ale jak? - pyta Max.

Slige wyjmuje jakby taśmę. Rozkleja ją przy wejściu, a po chwili wszyscy zauważyli niebieskie światło.

- Dzięki tej taśmie, ktoś kto jest na zewnątrz nie zobaczy, że tu jesteśmy.

- Sam to zrobiłeś? - pyta Rei.

- Nie. Kupiłem na Allegro. - wszyscy patrzą się na niebieskiego lisa. - Poważnie!

- Żeby ktoś miał takie coś. .. - rzekł z podziwem Rick.

- Napewno z Mobius! - oznajmia Jina.

- Kto ich tam wie - Swift leży na materacu i patrzy na niebo.

Wszyscy po jakimś czasie zasnęli. Noc była mroźna, na szczęście paczka miała mnóstwo koców i piecyk ogrzewający całą jaskinie.


- Masz. - mówi jakiś lis i podaje Tony'emu paczkę z czerwonym piaskiem.

- Ile dać ci za to ? - zapytał kojot.

- 210 khaji.

- Oszalałeś z radości? - pyta wnerwiony Tony.

- A ty? Myślisz, że tutaj się czerwony piasek wydobywa??

- Dobra, dobra... Masz... I idź stąd bo zaraz pożałujesz.

Tony zażywa trochę narkotyków i wchodzi do samochodu.

- Dobra. Jedziemy do bazy. - mówi do lisa, który prowadzi samochód.


Swift obudził się gdzieś o drugiej w nocy. Wdrapał się na kanion i usiadł patrząc w gwiazdy. Jednak nie był tam sam. Był tam również Kai, który doszedł do siebie.

- Ty też nie możesz zasnąć? - pyta kolczatka.

- Ostatnio w ogóle nie mogę... To przez zaginięcie Blake'a. - odpowiada Swift kładąc się na kamieniach.

- Slige mówi, że go znajdziemy.

- To moja sprawa, a nie Slige'a. Możemy o tym nie gadać, Kai?

- Dobra...

- Nom...

- Nigdy nie widziałem tak jasnych gwiazd, wiesz?

- To nie wieczór romansów. - oznajmia Swift po czym oboje wybuchają śmiechem.

- Wiem, tylko informuję.

- Jutro szukamy bazy Kartelu.

- Już jutro? Aha...

- Ach... Możesz mnie zostawić samego?

- oh! Jasne Swift, już idę, smutas...

- Słyszałem!

Rozdział szósty - Napad na bank:Edytuj

Minęły dwa dni od założenia obozu nad kanionem Odish. Swift czeka na Rick'a z którym ma pokrążyć wokół kanionów by znaleźć ślad Kartelu. Nic nie znajdują.

- Ah... Swift... Już dwie godziny tak jeździmy. .. Wracajmy do jaskini.

- Spoko. - Swift zakręca i jedzie w stronę jaskini.

Slige pojechał do miasteczka by kupić coś do jedzenia. Nie miał kasy, więc musiał wybrać z konta. Poszedł do najbliższego banku. Było tam parę osób. Pracownicy, dwaj ochroniarze i trójka klientów.

- Dzień dobry. - powiedział lisek i podszedł do bankomatu. Nagle całe wejście eksploduje. Slige rzuca się na ziemię.

Ten śmiech poznałby na końcu świata. To Tony i jego "alfonsy" trzymający worki na pieniądze.

- Zobaczcie kogo tu mamy! - krzyknął kojot i wskazał palcem na Slige'a. Skuli go w kajdany. - Zwiążcie go i ukryjcie w wannie, jasne?

- Tak jest!

- Moi przyjaciele mnie uratują! - wrzasnął Slige i próbował się wyrwać z rąk członka Kartelu.

Niebieski lis usłyszał parę strzałów, huków, eksplozji i stracił przytomność. Tony walnął go pistoletem w głowę.

Obudził się w ciemnym, małym pomieszzeniu. Podciągał się do drzwi- były zamknięte. Usłyszał głosy:

- Co szef z nim zrobi?

- Zarząda okupu i prędzej czy później go zabije.

Slige zamarł. Chciał wydostać się z pułapki.


- Gdzie Slige!? Od dwóch godzin go nie ma! - krzyczy Jina.

- Właśnie. Gdzie pojechał.? - zapytał siostrę Rick.

- Nie wiem... Do sklepu kupić coś do jedzenia.

- Rei, jedziemy. - powiedział Swift i pobiegł do samochodu.


- Przepraszam, nie widział pan niebieskiego lisa w purpurowych goglach? - pyta Rick kasjera.

- Tak. Widocznie zabrakło mu pieniędzy i poszedł do banku dwie ulice stąd.

- Dziękujemy.

Jeże szybko pobiegli do banku zobaczyli tylko policję, ewentualnie straż pożarną i pogotowie.

- Co tu się stało? - dziwi się Swift.

- Napad na bank - odpowiada policjant.

- Są jakieś ofiary?

- Nie, tylko zranienia. Pewna osoba powiedziała mi, że Kartel, bo to oni napadli na bank, uprowadzili niebieskiego lisa.

Jeże wymienili się spojrzeniami.

- Slige! - krzyknęli obaj i pobiegli do samochodu.

- Kartel go porwał?

- Na to wygląda. Trzeba jakoś wkradnąć się do ich bazy. Ale gdzie ona jest ?

- Nie sprawdziliśmy na kanionie Grande!

- Otóż to Max! Chwila... Max??

- Ta, a bo co?

-Co ty tu w ogóle robisz?

- Zabrałem się z wami dla frajdy, a nie siedzieć w bazie. To gdzie jedziemy?

- Na Grande. Zobaczymy czy jest tam Kartel.

- To się przyda. - Max pokazuje parę broni.

- Schowaj to bo jeszcze ktoś zobaczy! - krzyknął Swift.

- Okej, sory.

Swift przez godzinę jechał do tego kanionu. Ma tak dobry wzrok, że zauważył jakieś światło, lecz później zgasło. Dotarli na miejsce.

- Nic tu nie maaaaa! - wrzasnął Rei i wpadł w jakąś dziurę w podłodze. - Chłopaki! Tu jest tunel, ale w wodzie.

- To płyniemy!

- A jeśli tam nic nie ma i utoniemy?

- Spokojnie, Max. - uspokaja liska Swift. - Idziemy.

Swift i Max wskoczyli do dziury. Dalej czołgali się w wodzie. Nagle wpłynęli w duży zbiornik wodny. Woda na środku pustyni? Żart? Swift i reszta unieśli się wyżej. Wypłynęli na powiechrznię. Stało tam dwoje lisów z Kartelu. Podziemna baza... Gdzieś tutaj jest Slige. Swift swoją prędkością obezwładnił najemników i ruszył dalej. Jeż usłyszał szept niebieskiego lisa.

- Swift. .. Tutaj...

Jeż nie znalazł żadnych kluczy czy wytrychów, więc zaczął walić ramieniem w drzwi.

- Nie idzie do cholery! Slige odsuń się! - krzyknął niebieski jeżi po chwili na jego rękach widać iskry, po chwili jakieś płomyki.

- Raz... dwa... trzy! - i rzucił kulę ognia na drewno. Zaczęło się palić.

- Rei, woda! - z rąk Reia wytrysnął strumień wody. Zgasił drzwi, teraz Keabe kopnął a drzwi z hukiem rąbnęły o podłogę.

- Dzięki. - oznajmił Slige i wyszedł z pomieszczenia.

- Dobra, idziemy bo zaraz tu będą. - powiedział Keane i skoczył do wody. Reszta za nim. Wpłynęli do dziurki i dalej się czołgali.

- Argh! Jeżu!!! - wrzasnął Tony i uderzył jakiegoś lisa. - Mieliście go pilnować! !! Co za idioci!!! Tumany!!!


- To znaczy, że wiecie, gdzie jest kryjówka Kartelu? - pyta Wera.

- Tak. - odpowiada Max.

- Mamy szansę ich zaatakować! - zaproponował Swift.

- Jak? - zapytała Jina.

- Masz jeszcze te bomby przylepne? Te mocne.

- Hm... Tak! Wczoraj robiłam parę takich.

- Świetnie. Od jutra robimy plan!

- Jasne! - krzyczął wszyscy.

Rozdział siódmy - Plan:Edytuj

- Oki. Baza Kartelu znajduje się jakieś... czterdzieści metrów pod ziemią. Jedyną drogą jaką znam jest tunel z wodą. Ale jest tak ciasny, że trzeba bardzo szybko się przeczołgać. - oznajmia Swift.

- W rakim razie po co moje bomby? - pyta Jina.

- Tam jest tyle pokoi, że jedna bomba do każdego wystarczy. Kiedy wszystko zamątujemy wciśbiesz guzik i jak to mówisz Ka-BOOM!

- Mhm. Ok - mówi jeżyca.

- Będzie rozpirrducha, hehe. - śmieje się Kai.

- No raczej. Dajemy.


- Obsydian do Michaela Jacksona, odbiór. - mówi Max.

- Przyjąłem - odpowiada Slige.

- Wszyscy prawdopodobnie jadą na ten handel Unicornu. Baza jest pusta. Bez odbioru.

- Ok. Swift, Rick, Jina, wchodźcie.

Swift i bliźniaki weszli do bazy. Zaczęli montować bomby w każdych miejscach. Swift zatrzymał się przy skrzyni z narkotykami.

- Trzeba to gdzieś wywalić.

- Może pojedziemy nad jakieś jeziorko i wrzucimy do wody.

- Dobry pomysł. - popiera Jina.

- Ile jeszcze mamy bomb?

- Hm... Jakieś dziesięć. - oznajmia jeżyca.

- Dobra - powiedział Swift. - Trzeba się streszczać. Łasica do Obsydiana, jaka sytuacja?

- Jeszcze ich nie ma. Dawajcie

- Okej. Jina idź do tego pokoju. - mówi Rick.

- Zamknięte. - powiedziała Jina.

Swift bierze wielki metalowy kij, razi prądem drzwi, a potem wali nim w je.

- Masz. Droga wolna.

- Dzięki - Jina wyjęła bombę z torby. Przymocowała ją do ściany i przypieła kabelek.

- Obsydian do Michaela Jacksona, Obsydian do Michaela Jacksona, odezwij się, natychmiast!! - krzyknął Max.

- O co chodzi? - pyta Slige.

- Kartel podjechał do ukrytego garażu i właśnie wjeżdża do bazy!

- O shit! Michael Jackson do Łasicy, Michael Jackson do Łasicy, odbiór. Kartel wjeżdża!!

- O cholera. - szepcze Swift. - Przyjąłem. Rick, Jina! Kartel!

Swift skoczył do wody. Tak samo bliźniaki. Płyneli do tej małej dziurki przez którą musieli się wcisnąć. Kiedy byli już przy wyjściu na powierzchnię usłyszeli:

- Już wiem, gdzie są Ci głupcy. - mówi lis.

- Tak? Napewno?? Wiesz, że za kłamstwo dostaniesz w pysk? Gdzie?

- Widzi szef taki czerwony kanion? To tam. Słyszałem, a nawet widziałem jak wyjeżdżali. - powiedział lis wskazując palcem na bazę Swift'a.

Lis oraz kojot na chwilę się odwrócili. W tej chwili trójka szybko wyszkoczyła z rowu i uciekła.

- Łasica do Obsydiana. Misja zakończona. Uciekajcie.

Max i Slige zerwali się z miejsca obserwacji. Uciekli w stronę bazy. Trzeba jak najszybciej zawiadomić resztę.

- Jina, odpalaj! - krzyknął Swift. Jeżyca nacisnęła czerwony przycisk na jakimś pilocie i w oddali widać było ogień, wybuchy i krzyki Kartelu. Parę lisów zapewne już zginęło.

- Nie!!! - wrzasnął Tony i klęknął. - NIEEE!!! Moja baza!!! Zapłacą za to... SROGO ZAPŁACĄ!!! HAHAHAHA!!! PRZYPŁACĄ ZA TO KRWIĄ!!!

Tak. Ten kojot jest faktycznie walnięty. No, ale cóż. Przez całe życie był sam. Kradł, utrzymywał się samemu. Swift upadł przy samym wejściu do bazy i krzyknął:

- Bierzcie najważniejsze rzeczy i uciekajcie! Szybko!!!

Rozdział ósmy - I znów trzeba uciekać:Edytuj

Ekipa zabrała wszystkie przedmioty z, bazy i wrzuciła je do samochodów. Wera, Jina, Rick i Rei jechali jednym wozem, natomiast Swift, Kai, Slige i Max drugim. Oba samochody miały wbudowane działka laserowe i ukryte bronie w siedzeniach na wypadek, gdyby Kartel ich wykrył.

- Podaj mi kanapkę - powiedział Swift przez szybę do Kaia, który prowadził. Kanapkę dał mu Slige.

- Z serem... Pycha... - i zaczął zjadać, usiadł i napił się wody. - Zapasy wody się kończą.

- Kupi się gdzieś na stacji benzynowej! - krzyczy Rick, który tak samo jak Keane siedział na tyłach.

- Jasne! - odparł Swift i usiadł obok działka. Wyjął smartfona i cyknął parę zdjęć. Jedno zdjęcie uchwyciło mały punkt, będący jakiś kilometr od nich. Przybliżył, trochę poprawił jakość i zobaczył Tony'ego. - Kojot się zbliża!

Rick wyjął bazukę na wszelki wypadek. Położył ją obok działka i patrzył na cel. Swift wyjął miotacz plazmy jakby ktoś za był blisko. Jednak Kartel był już sto metrów od nich. Kojot krzyknął:

- To był mój Unicorn, dupki!! - i strzelał z pistoletu. Wszyscy się chowali. Swift i Rick strzelali do niego z miotaczy. Ustrzelili ich jeden terenowiec, lecz nie z Tonym.

- Skąd macie tą broń!! - wrzasnął.

- Slige to nasz bóg! - odpowiedział Rei wychodząc z okna na dach samochodu. Kojot do niego strzelał, ale Reia osłoniła taka turkusowa kula.

- Osłona? - zdziwił się Kai. - Przecież Slige zrobił tylko trzy.

- No właśnie! Ja ją mam... - rzekł jeż i skoczył do Ricka. Teraz cała trójka strzelała z miotaczy. Po chwili przyłączyli się także: Wera oraz Slige. Kai i Jina prowadzili.

- Rick! - krzyknęła Jina. Rick wypadł z samochodu, ale tak samo Rei. Opona pękła. Wszystkie samochody się zatrzymały. Swift i Tony patrzyli sobie w oczy. Po chwili oboje się bili. Tak samo Rick i Rei versus lisy z Kartelu.

- Za Unicorn - mówi Tony i uderza Swifta w twarz. - Za bazę - i powtarza cios - I za mnie!! - wrzasnął Tony, ale Keane kopnął go w podbrudek i sam uderzył jakimś kamieniem w głowę. Kojot leżał nie przytomny.

- O jednego idiotę mniej... - pomyślał Swift i zaczął bić następnych.


I tak minęło parę ładnych minut, aż wszyscy leżeli wyczerpani.

- ... - jednie to wyksztusił Swift i czołgał się do samochodu. Wyjął granat i wrzucił je do samochodów Kartelu.

- Iskra... - szepcze Slige i śpi.

- Hehehehe... - mruczy Tony i podchodzi do samochodu Kaia. - Do zobaczenia w piekle - i odjechał.

- Napewno - Keane nacisnął przycisk, a siedzenie z Tonym wykatapultowało.

- Ty! - wrzasnął kojot i wylądował na piasku w siatce. Swift podszedł do niego i klęknął. - Cieść malutki... Dać ci lizaczka?

- Gr... - warknął kojot i stracił przytomność. Usłyszał silnik, zapewne samolotu. Coś wylądowało obok szczątek samochodów Kartelu. To Zjednoczona Armia Loremjańska.

- Wilson? - zapytał Swift i upadł.

Rozdział dziewiąty - Zdrada:Edytuj

- Widzę, że nie skorzystałeś z mojej oferty - rzekł Wilson i podrapał się po podbródku

- Heh... Ta... Chciałem to załatwić raz na zawsze... Nie poto wydawaliśmy tyle pieniędzy na tą podróż, no nie?

Wilson się zaśmiał, krążył wokół Swift'a i rzekł.

- Przez ciebie jeżu musiałem zerwać niesamowicie ważny dla mnie sojusz, wiesz o tym?

- Co? - zdziwił się Swift i usiadł na kolanach. - Ty chyba nie mówisz poważnie...

- Mówię poważnie! Ja zaplanowałem zamach na mój hotel, to ja chciałem was zabić! - wrzasnął Wilson i kucnął obok Keane'a.

- Ty chory człowieku - zaśmiał się Swift. - A ja głupi myślałem, że jesteśmy sojusznikami...

- Ty myślałeś... Ja od początku chciałem was spławić! - Wilson złapał Keane'a za gardło i cisnął nim w ścianę.

- Skąd masz tyle siły dziadku, co?

- Trenowałem

- Ta... Jedząc ile wlezie. Co taki gruby jesteś co??

Wilson troszkę się wściekł. Swift lubi wnerwiać przeciwników. Zaczął szarżować w kierunku Swift'a, ale z niesamowitą prędkością jeża dogonienie go nie jest możliwe.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki