FANDOM


Przedział wiekowy: +12

Rozdział 1: SenEdytuj

Był środek nocy. Jina leżała w łóżku i miotała się przez sen. Przed oczami przelatywała jej masa obrazów. Kościana dłoń z czerwonym pierścieniem na palcu, zniszczona rezydencja, portret jej rodziców, jej samej, Ricka... i kogoś jeszcze. Spróbowała się skupić na tym kimś. Ostatnie, co ujrzała, to para lodowo-niebieskich oczu patrząca prosto na nią.

Jeżyca podniosła się gwałtownie z łóżka. Otarła pot z czoła i rozejrzała się. Była w swoim pokoju w hotelu. Na łóżku naprzeciwko wciąż jeszcze spała Heidi, mimowolnie coś mrucząc. "Zasłużyła sobie na odpoczynek." - pomyślała Jina. Chwyciła leżącą na stoliku komórkę i weszła w kontakty. Wcisnęła "Zadzwoń" i przyłożyła telefon do ucha. Pierwsze, co usłyszała, to głośne ziewnięcie.

Już miałem do ciebie dzwonić, siostra...

- Więc już wiesz?

Czemu mam wrażenie, że ukrywają przed nami 3/4 naszego własnego życiorysu?

- Tia... To kiedy ich pytamy? 

- Najlepiej jak wszyscy się obudzą. Poza tym, my też powinniśmy dospać.

- Słuszna uwaga. To... Do rana?

- Do rana.

Rozłączyli się. Jina spojrzała jeszcze na wyłączony już telefon, po czym położyła go na stolik i wróciła do pozycji leżącej, próbując zasnąć. Po jakichś dziesięciu minutach udało się jej.


Elijah siedział w kuchni i parzył sobie kawę. Nie była ona może najlepszej jakości, ale lepsza taka niż inna.

- Hej, tato. - przywitała się Jina, wchodząc do kuchni.

- Dzień dobry, Jina. - odpowiedział jej z lekkim uśmiechem Eli. Spojrzał na córkę. - Coś się stało? 

- Nie, a co?

- Bo wyglądasz jakbyś chciała się o coś zapytać. 

Jeżyca podrapała się za uchem.

- Tak... Chcieliśmy o czymś z tobą pogadać. 

- "My"?

Nagle z recepcji dało się usłyszeć dzwonek, a zaraz potem powolne kroki kierowane w stronę zaplecza.

- Oho. Chyba już jest. - powiedziała z uśmiechem Jina.

Po chwili z drugiego wejścia wszedł Rick i oparł się lewym bokiem o framugę drzwi. Wyglądał znacznie lepiej niż tydzień temu. Opuchlizna na oku już zeszła, jednak wciąż miał je mocno przekrwione, a większość klatki piersiowej była owinięta bandażami. Prawą rękę, wciąż w gipsie, trzymał na temblaku.

- Mam nadzieję, że się nie spóźniłem. - powiedział z uśmiechem.

- Cześć, brat! - przywitała się wesoło Jina. Podeszła do brata i przybiła z nim żółwika.

- Cześć, siostra! - odpowiedział podobnym tonem Rick. - Hej, tato.

Eli uśmiechnął się i kiwnął synowi na "cześć". Wziął łyka kawy i podszedł do dzieci.

- Jak się trzymasz? - spytał.

- Bywało lepiej. - odpowiedział spokojnie chłopak. - Jina, mieliśmy coś zrobić, nie? 

- Ano.

W tym momencie oboje spojrzeli na ojca.

- Tato... - zaczęła Jina.

- Ile macie w końcu dzieci? - zakończył Rick.

- Waszą dwójkę. - odpowiedział jak gdyby nigdy nic Eli.

- A poza tym? - Dziewczyna założyła ręce na piersi.

- Cóż...

- Zapytam inaczej. - wypalił nagle Rick. - Ilu członków naszej rodziny jeszcze żyje? 

- Nie licząc nas? Piątka. Czworo ze strony waszej matki.

- Wiedziałam! - szepnęła do brata Jina. 

- A kim oni dokładnie są? I co ważniejsze, gdzie są? - dodał chłopak.

- No więc... Nie wiem.

- Jak to nie wiesz? - zdziwiła się Jeżyca.

- To krewni waszej matki. Nie znam ich tak dobrze jak ona.

- Co jak ja? - spytała nagle Synthia, pojawiwszy się za Elijah'em.

- Synthia!

- Cześć, mamo. - Rick pomachał matce zdrową ręką. 

- Hej, Rick! - odpowiedziała z uśmiechem starsza Jeżyca, po czym wróciła do męża. - No więc? O co chodzi? 

- Rick i Jina chcieliby poznać wujków. - odpowiedział szybko.

Synthia zerknęła na dzieciaki, a te przytaknęły. Uśmiechnęła się i podeszła do nich.

- Pewnie! Możemy ich odwiedzić zaraz po śniadaniu. - powiedziała. - A teraz, Rick, pokaż mi się. Niech sprawdzę, czy niczego z tobą nie spartaczyli...

Rozdział 2: WujkowieEdytuj

- "Cedrick Koss - Detektyw". - wyczytała Jina z wiszącej nad drzwiami tabliczki. Po chwili spojrzała na matkę. - Twój brat jest detektywem?

- Można tak powiedzieć. - odpowiedziała Synthia, po czym podeszła do drzwi i zapukała. Wizjer na drzwiach zabłyszczał od wewnętrznego światła, a ona uśmiechnęła się i pomachała.

Po chwili drzwi się otworzyły, a zza nich dosłownie wyleciała mała, na oko sześcioletnia, brązowa Jeżyczka o różowych oczkach i rzuciła się Synthię.

- Ciocia!! - pisnęła szczęśliwa i objęła jej szyję.

- Cześć, Siri! - przywitała się z małą, omal nie upadając. - Jest tata w domu?

- Siedzi na górze z ciocią Agnes. - odpowiedziała mała, dalej tuląc się do starszej Jeżycy. Dopiero po chwili zauważyła bliźniaki, stojące tuż obok i patrzące to na nich, to na siebie.

- Em... Cześć. - przywitała się niepewnie Jina i pomachała Jeżyczce. Ta puściła Synthię i podeszła do kuzynów.

- Hej! - przywitała się Siri i spojrzała na każdego z osobna. Najdłużej jednak patrzyła na Jinę. - Super ręce!

- Serio? - zdziwiła się Jeżyca i uśmiechnęła do małej. - Dzięki.

- Co muszę zrobić, żeby takie dostać?

- Ponownie stracić swoje.

Zbita z tropu Jeżyczka spojrzała na dziewczynę z ukosa. Po chwili stanęła za nią Synthia.

- Siri... Poznaj swoich kuzynów: Jinę i Ricka. - powiedziała z uśmiechem.

- Cześć, mała. - przywitał się Rick i przykucnął, by być z Siri na równi.

- Cześć. - odpowiedziała już nieco mniej entuzjastycznie Jeżyczka. - Co ci się stało?

- Długa historia.


Wnętrze domu wyglądało swojsko, a zarazem szykownie. Nad pokojem, na solidnym łańcuchu wisiał żyrandol ze świeżymi świecami. Sam pokój przypominał coś pomiędzy salonem a biblioteką. Na środku stał stół, do którego przysunięte było pięć krzeseł.

Uwagę bliźniaków przykuły jednak szerokie schody prowadzące na górę. Jedna ich połowa przerobiona była na równię pochyłą.

- Ładnie tu. - powiedziała Jina.

- Cedrick wie, jak się urządzić. - odparła z uśmiechem Synthia, po czym zwróciła się do Siri. - Mogłabyś po niego pójść? 

- Okie dokie! - rzuciła Jeżyczka i wbiegła po schodach na piętro. 

Minęło jakieś dziesięć minut, a wciąż jeszcze nikt do nich nie zszedł. Rick i Synthia siedzieli przy stole i robili test typu "Ile palców widzisz?". Jina z kolei postanowiła skorzystać z okazji, że tuż obok jest biblioteczka i zaczęła przeglądać regały w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego tytułu. 

- Co im tak długo zajmuje? - spytał wreszcie Rick i spojrzał na schody.

- Cedrick bywa spóźnialski. - odpowiedziała Synthia.

Nagle cała trójka usłyszała dojrzały, inteligentny, męski głos:

- Mówisz jakby to było coś złego, siostrzyczko.

Spojrzeli w górę i ujrzeli powoli zjeżdżającego w dół na wózku, jasnoszarego Jeża po czterdziestce oraz asekurującą go, nieco starszą Jeżycę barwy grafitowej. Zaraz za nimi schodziła Siri.

Gdy dotarli na parter, bliźniaki mogły już bez problemów przyjrzeć się nowemu towarzystwu. Jeż na wózku miał różowe, lekko podkrążone oczy, rozczochrane kolce i małe baczki. Ubrany był w brązową marynarkę, białą koszulę i niebieskie spodnie. Na nogach miał białe tenisówki.

Jeżyca z kolei wyglądała znacznie bardziej profesjonalnie: biały kitel, spod którego wystawała zielona koszula i czarne spodnie. Na nogach miała wypastowane oficerki na obcasach. Na przyczepionym do kitla identyfikatorze widniał napis: "Dr Agnes Koss - Ordynator".

- Witaj, Synthia. - przywitała się z lekkim uśmiechem lekarka. Po chwili spojrzała na bliźniaki. - Wy musicie być Rick i Jina.

- Eee... Tak, to my. - odpowiedział niepewnie Rick, po czym razem z siostrą podszedł do wujków. 

- Jestem Agnes, wasza najstarsza ciotka. - przedstawiła się Jeżyca i położyła dłoń na wózku mężczyzny. - A to mój braciszek Cedrick.

- Cześć! - przywitał się Jeż i uścisnął obojgu dłoń. - Dobry Urnionie, czym was karmili, że tak wyrośliście?

- Padron? - zdziwiła się Jina, patrząc na wujka.

- No. Ostatni raz, jak was widziałem, byliście jeszcze małymi, gaworzącymi kulkami futra. A teraz... Agnes, ile to już...?

- Dziewiętnaście.

- Dziewiętnaście lat! - Cedrick podniósł głos. - Tyle was na oczy nie widzieliśmy. Albo trochę dłużej. Nie wiem. Ciężko się w tym połapać. 

Bliźniaki spojrzały na siebie, nie kryjąc zdziwienia.

- Więc... Byliśmy tu jeszcze jako dzieci? - spytał Rick.

- Najsłodsze trojaczki, jakie w życiu widziałem! - odpowiedział wujek, kręcąc się podekscytowany na wózku.

- Trojaczki?! - wykrzyknęło w tym samym czasie rodzeństwo i spojrzało na Synthię.

- Tia... - powiedziała cicho matka.

- Synthia, chyba im o nim wspominałaś, prawda? - spytała sceptycznie Agnes, zakładając ręce na piersi i unosząc wymownie jedną brew.

Rick westchnął głośno i wykonał facepalma. Jina w tym czasie spojrzała z wyrzutem na Synthię.

- Czy jest coś jeszcze, co powinniśmy wiedzieć? - spytała.

- Daj mi chwilę... - odpowiedziała jej starsza Jeżyca i zaczęła liczyć coś w pamięci.

- Nieważne... - westchnęła Jina. - No więc kim jest nasz trzeci brat albo siostra?

- Nazywa się Jeffrey. - odpowiedział Cedrick. - Mieszkał tu jakieś dziesięć lat, a potem gdzieś zniknął. 

- Czyli nie ma go w mieście? - wtrącił Rick, na co sparaliżowany Jeż pokręcił głową. - Taa... Czyli czeka nas wycieczka na powierzchnię.

- Ty na pewno się stąd nie ruszysz, Rick. - powiedziała nagle Agnes. - Spójrz tylko na siebie. Masz złamaną rękę i ledwo widzisz.

- No więc co, ciociu, proponujesz? - spytała Jina.

- Zostańcie jeszcze w Black Terra. Aż Rick względnie wyzdrowieje. Przy okazji dowiecie się trochę o bracie.

Rozdział 3: Opowieść o braciszkuEdytuj

Minęły jakieś dwa dni. Rick dostał wypis ze szpitala, a Jina w najlepsze bawiła się z małą Siri. Obie przypadły sobie do gustu i natychmiast się zaprzyjaźniły.

Jeżyca siedziała z małą na kanapie i opowiadała jej o tym, co ich dotychczas spotkało i o tym, gdzie wkrótce się wybiorą. 

- Mogę jechać z wami? Mogę? - spytała uśmiechnięta od ucha do ucha Jeżyczka.

- Nie sądzę. Może być niebezpiecznie. - odpowiedziała Jina.

- No pliiiiis... - Siri zaczęła robić do kuzynki szczenięce oczka. Ta jednak pozostała nieugięta.

- No na serio nie mogę cię zabrać. Coś może ci się stać. A ja nie chcę stracić najfajniejszej kuzynki w moim życiu. - odparła i poczochrała małej grzywkę.

Po chwili przez frontowe drzwi wszedł Harris, od pasa w górę upaprany różnymi samochodowymi płynami.

- Auto gotowe do wyjazdu. - oznajmił i spojrzał na dziewczyny. Mimowolnie uśmiechnął się, widząc uosobienie słodyczy, jakim była Siri. - Jina, przedstawisz mnie swojej koleżance? 

- Pewnie. Jax, poznaj moją kuzynkę, Siri. Siri, to jest Jax.

Dziewczynka spojrzała na Kolczatkę, a potem na Jeżycę.

- To twój chłopak? - spytała ciekawsko.

- Heh... Tak. - odpowiedziała Jina, spoglądając na Harrisa.

- Nawet nie wiecie, jak uroczo razem wyglądacie. - rzucił z uśmiechem Jax, po czym wyszedł po schodach na górę, umyć się i przebrać. Po drodze minął się z Rickiem. - Jak się trzymasz, stary?

- Znacznie lepiej jak wtedy. - odpowiedział mu Jeż. - Widzę, że też chcesz jechać. 

- Z chęcią poznam tego waszego brata.

- Spoko. Heidi też jedzie. 

- Boi się cię puścić samego w tym stanie czy jest po prostu zaborcza?

- A ja wiem? - Rick wzruszył barkami. - Chyba to i to.

Zamieniwszy ze sobą jeszcze parę słów, każdy z chłopaków poszedł w swoją stronę: Harris pod prysznic, Rick na dół. Tam ujrzał Jinę otoczoną przez Milo, Siri i Sam, i opowiadającą im jakąś historię. Cała trójka była w stu procentach skupiona na niej i nawet nie zauważyła nadejścia Ricka.

- Twoja siostra ma prawdziwą rękę do dzieci. - skomentowała ten widok Synthia, stojąc w przejściu na zaplecze.

- Na to wygląda. - odpowiedział Jeż i spojrzał na matkę. - Miałaś nam coś opowiedzieć o Jeffie, tak?

- Tak. Jina! Kończ już, dobrze? - zawołała do córki.

- Już już! Sekundkę... - odpowiedziała Jeżyca, po czym dokończywszy historyjkę, podeszła do nich. - Co jest?

- Chodźcie. Mam wam coś do powiedzenia...


Bliźniaki usiadły na łóżku w pokoju dziewczyn. Zaraz obok usiedli Jax i Heidi. Naprzeciwko całej czwórki stanęła Synthia.

- Więc chcecie wiedzieć, kim jest Jeff, tak? - spytała. Wszyscy zgodnie przytaknęli. - W takim razie powinniśmy się przenieść jakieś dwadzieścia lat do tyłu.

Starsza Jeżyca sięgnęła pod żakiet. Wyciągnęła stamtąd granatową teczkę i podała Jinie. Dziewczyna zaciekawiona jej zawartością, szybko ją otworzyła.

Wewnątrz znajdowały się dwie karty ze zdjęciami niedawno narodzonych, brązowych Jeży.

- To są...

- Wasze akty urodzenia. - dokończyła za córkę Synthia.

- Aww, byliście tacy słodcy! - pisnęła Heidi, zachwycona słodkim widokiem bliźniaków jako niemowląt.

Harris spojrzał na papiery Ricka i uniósł w zdziwieniu brew.

- Masz na drugie Severus?

- Co? - Jeż spojrzał do swojej karty. Faktycznie, jego pełne nazwisko brzmiało "Richard Severus Clarke". - Serio, mamo? SERIO?

- Tak miał na imię jeden z waszych dziadków. - wyjaśniła Synthia.

- Okeeej?... No ale co to ma wspólnego z naszym bratem? - spytała Jina. - Mamy tu tylko nasze zdjęcia i akrty urodzenia. Może teraz nam coś o nim opowiesz?

- Pewnie. Skupcie się, proszę...


20 lat wcześniej...

Do pokoju powoli wszedł młody, czarny Jeż w oficerskim mundurze. Jednak pomimo takiego ubioru, nie wydawał się wcale wracać z żadnej narady czy co tam jeszcze robią oficerowie. Pyszczek miał nieogolony, a oczy lekko podkrążone. Wydawał się dopiero co przybiec tu o własnych siłach.

- Spóźniłem się? - spytał stojącej przed łóżkiem lekarki - szarej Jeżycy, mniej więcej w jego wieku. Ta, słysząc znajomy głos, odwróciła się.

- Witaj, Eli. - powiedziała łagodnym głosem. - Niestety tak. Ale wciąż możesz się z nimi zapoznać.

Lekarka odsunęła się, a Eli ujrzał obraz, który już na zawsze pozostanie w jego pamięci:

W szpitalnym łóżku leżała jego żona - brązowa Jeżyca - tuląca do siebie trójkę śpiących niemowląt. Spojrzała na Eli'a przeszklonymi, błękitnymi oczami i uśmiechnęła się delikatnie.

- Eli...

- Synthia...

Jeż podszedł do niej i pocałował delikatnie w czoło. Po chwili zerknął na swoje dzieci. Dwójka identycznych, a różniących się jedynie płcią, wtulonych w siebie Jeży oraz ich brat, czarny zupełnie jak jego ojciec.

- Elijah Clarke, poznaj proszę swoje potomstwo. - powiedziała lekarka, po czym wskazała z osobna na każde z dzieci. - Richarda, Guinevere i Jeffrey'a.

Eli uśmiechnął się i pogłaskał Richarda po główce. Czuł, że pewnego dnia tak jak on, zostanie królewskim Protektorem.

- Tak... To bardzo piękne... - powiedział cicho. Po chwili jego uśmiech zniknął, a na jego miejsce wstąpił niepokój. - Ale to może wszystko skomplikować...

Synthia spojrzała na męża i natychmiast posmutniała.

- Wiem to, ale... - po jej policzku popłynęła łza i opadła na kocyk Jeffrey'a. - Nie mogę tak po prostu kogoś porzucić... A na pewno nie takiego malca...

W tym momencie lekarka podeszła do kobiety i położyła jej rękę na ramieniu.

- Hej, spokojnie, siostrzyczko. - powiedziała, patrząc jej w oczy. - Jeśli pozwolisz, mogę się nim zająć.

Jeżyca spojrzała w oczy siostrze.

- Naprawdę?

- Słowo. - lekarka uśmiechnęła się przyjaźnie. - Możesz być pewna, że dobrze go wychowam.


Obecnie...

- Mamo, czy ty płaczesz? - zauważyła Jina. Synthia podniosła głowę i wytarła oczy.

- Uch... Wybaczcie... Nadmiar wspomnień... - odpowiedziała cicho.

- To ja może zrobię coś na uspokojenie? - zaproponowała Heidi, po czym wyszła z pokoju.

Zapanowała głucha, niezręczna cisza. Nikt nawet nie śmiał się odezwać. W końcu Rick zabrał głos:

- Więc... - zaczął. - Zostawiliście naszego brata tutaj, razem z twoją siostrą...

- ... która technicznie go adoptowała. Czy tak? - dokończyła Jina.

- Tak... Mniej więcej... - odparła cicho.

- Okej, jak na razie kumam. - stwierdził Jeż. - Pozostało jeszcze pytanie: PO CO?

Synthia już się nieco uspokoiła. Po chwili weszła Heidi i wręczyła jej filiżankę zielonej herbaty. 

- Dziękuję, Heidi. - powiedziała starsza Jeżyca i napiła się. - Pytasz, po co... Cóż, nie potrafię wam tego dokładnie wytłumaczyć, ale... Powiedzmy, że ma to związek z waszymi przodkami.

- Przodkami? - zdziwiły się bliźniaki. 

- Tak... Wiecie, co to jest reinkarnacja?

- Pośmiertna podróż duszy z jednego ciała do drugiego. - odpowiedział milczący dotychczas Harris.

- Zgadza się. Widzicie, dzieci, wasze dusze to dusze pierwszych członków rodu Clarke, Tancerzy Ognia.

- Mowa o Jamesie i Jamie? - spytał Rick dla upewnienia się. 

- Tak się przedstawili? - zdziwiła się Synthia. - No nic. Wracając, dusze Tancerzy - wasze dusze - oraz dusza każdego szlachetnie urodzonego Debrisjanina jest związana z tym światem, a właściwie z całym wymiarem. Musi tu być przynajmniej jeden przedstawiciel rodu. By utrzymać równowagę.

Bliźniaki przytaknęły w idealnej synchronizacji na znak, że rozumieją.

- To w takim razie, skoro pańska siostra mieszka tutaj, gdzie jest Jeffrey? - spytała nagle Heidi.

- Mam pewne podejrzenia. - powiedział nagle Elijah, stojący już od dłuższego czasu w drzwiach.

Rozdział 4: Droga przez pustkowia Edytuj

Drużyna skierowała się do miejskiej bramy. Podczas gdy bliźniaki jechały na swoich Testralach, Harris i Heidi siedzieli w ciężarówce.

- Dobra, Heidi. Zobaczmy, czy zabraliśmy wszystko. - powiedział Jax. - Prowiant?

- Jest! - odpowiedziała siedząca na tyłach Heidi.

- Śpiwory?

- Są!

- Co jeszcze mieliśmy zabrać?

- Mapa? - zasugerowała wampirzyca.

- Ano tak! - Kolczatka zerknęła na rozłożoną przy kierownicy mapę kontynentu, z X'em w okolicy gór. - Jest! Mamy wszystko.

Grupa dojechała już do bramy. Jina zsiadła na chwilę z Golda i zaczęła rozmawiać ze strażnikami. Heidi tymczasem wyjrzała zza płachty i spojrzała na swojego chłopaka. Miała złe przeczucia...

- Jesteś pewien, że chcesz jechać w ten sposób? - spytała.

- O co ci chodzi? - odpowiedział pytaniem na pytanie Rick.

- Możesz zlecieć i jeszcze bardziej się połamać...

- Dam sobie radę.

- Rick, masz złamaną rękę, jedno oko i strzaskane kilka żeber. Ale przede wszystkim złamaną rękę. Jak chcesz jechać konno w takim stanie?

- Jak na razie sobie radzę.

Kiedy tylko Jina wróciła do reszty, brama zaskrzypiała głośno, niosąc się na co najmniej pół miasta. Jej skrzydła powoli się otworzyły, wpuszczając do środka oślepiające światło z powierzchni. Wszyscy w jednej chwili zasłonili oczy. Tygodnie spędzone pod ziemią źle robią na wzrok.

Kilka minut później oczy grupy wróciły już do normy i można było jechać. Na samym przedzie ķłusowały bliźniaki i prowadziły Jaksa na miejsce.

- Widzisz, Heidi? - rzucił w stronę Łani Rick. - Radzę sobie doskonale. Nie wiem, o co się mart...

Nie dokończył, gdyż przerwał mu konar drzewa, który jakby wyrósł mu przed pyszczkiem. Jeż zleciał z hukiem na ziemię.

- Ał...

Jina, Heidi i Jax spojrzeli po sobie. Po chwili Kolczatka wyszła z auta i pomogła podnieść się przyjacielowi.

- No słucham. - powiedziała Łania, uśmiechając się nieco złośliwie.

- Miałaś rację... - westchnął Jeż i spojrzał na siostrę. - Zajmiesz się Ebony?

- Pewnie! - odpowiedziała z uśmiechem Jina, a klacz jakby sama z siebie do niej podkłusowała.

Rick wszedł na tyły ciężarówki i usiadł ciężko obok Heidi. Ta spojrzała na niego, szczerząc złośliwie kły.

- Dawaj, powiedz to.

- Mówiłam! - mruknęła mu do ucha dziewczyna.

- Mówiłaś...

Heidi uśmiechnęła się i zbliżyła do Ricka. Ten spojrzał na nią, odwzajemnił uśmiech i szybko zgarnął ją do siebie zdrową ręką. Łania zamruczała jak kot i położyła głowę na jego barku.

Tymczasem Jax jechał przed siebie, prowadzony przez Jinę. Co jakiś czas zerkał na mapę i skrobał coś na szybko w notesie po jego lewej stronie. 

- Jak myślisz, kiedy tam dotrzemy? - spytała go Jeżyca, podjeżdżając do okna samochodu. 

- Jakbyśmy przyspieszyli do osiemdziesięciu, bylibyśmy na miejscu... - Harris przerwał na chwilę, by spojrzeć na notes. - ... jutro wieczorem.

Dziewczyna kiwnęła głową i oddaliła się od wozu. Poleciła Goldowi, by przyspieszył. Jax w tym czasie spojrzał na tulące się na tyłach towarzystwo. 

- Złapcie się czegoś, bo się zaraz wywalicie! - powiedział w ich stronę, po czym dodał gazu.

W jednym momencie Łania i Jeż  znaleźli się na podłodze, jedna na drugim.

- Ał... Znowu... - murknął pod nosem Rick i spojrzał z dołu na Heidi. Uśmiechnął się lekko. - Wygodnie?

- Pewnie. - odpowiedziała wampirzyca, delikatnie się na nim kładąc. - Masz takie mięciutkie futro...


Nastał wieczór. Grupa jechała cały dzień, od siódmej. Harris postanowił zrobić przerwę, dać autu i Testralom odpocząć oraz im samym zregenerować siły.

Ciężarówka wjechała do małego, ale gęstego lasu - jednego z niewielu w okolicy. Kiedy tylko wóz się zatrzymał, Jax wyszedł na zewnątrz i rozprostował kości. 

- Dobra, zrobimy postój do rana i jedziemy dalej. - oznajmił.

Po około dziesięciu minutach cała czwórka, nie licząc Testrali, siedziała dookoła ogniska i jadła zrobioną na szybko kolację. Jina, pomimo przyjemnej atmosfery, czuła się dziwnie nieswojo. Cały czas rozglądała się na boki.

- Wszystko OK, siostra? - spytał Rick.

- Nie macie takiego dziwnego wrażenia, że ktoś was obserwuje?

Nagle coś zaszeleściło w krzakach. Wszyscy natychmiast wstali i przygotowali się. Rick rzucił siostrze jeden z mieczy. Po chwili wszystko ucichło.

- Okej... To było dziwne. - stwierdziła Jina, dalej patrząc po krzakach.

Zaszeleściło ponownie, tym razem bardzo blisko niej. Jeżyca powoli podeszła do zarośli, trzymając Ostrze w pogotowiu. Zbliżyła się i odchyliła gałęzie...

I nagle coś białego rzuciło się jej na pyszczek i nie chciało puścić. Jina zaczęła się miotać i siłować z tym czymś. Cała reszta patrzyła na to zajście, nie wiedząc, co o tym myśleć. 

W końcu Jeżyca upadła i na ziemi kontynuowała szamotaninę. W końcu podszedł do niej Harris i ściągnął jej białe coś z pyszczka.

- Huh... Dzięki. - powiedziała i spojrzała na Kolczatkę. - Co to jest?

Po chwili białe coś wyleciało Jaksowi z rąk. Miało małe, białe, anielskie skrzydełka i aureolę. Heidi miała wrażenie, że już widziała podobne stworzenia, ale w nieco innej formie.

- To Chao! - powiedziała wreszcie z uśmiechem, a skrzydlate stworzonko podleciało do niej. - Cześć, mały. 

Chao rzucił coś po swojemu, wprawiając wampirzycę w zakłopotanie.

- Oj, wybacz. Mała. 

- Ty go rozumiesz? - zdziwiła się Jina. - Jakim cudem?

- JĄ. - poprawiła Jeżycę Heidi. - Natknęłam się na nie już wcześniej i się nauczyłam. 

- Co mówi teraz? - spytał Rick, widząc szczebioczącego Chao.

- Mówi, że nazywa się Michiru. I że szuka swojej pani. A, i przeprasza za ten "atak". Zwyczajnie się wystraszyła.

Chao za każdym razem potakiwała Łani, a pod koniec ją przytuliła.

- Heh... Już dobrze, mała. Nic ci się przy nas nie stanie. - odpowiedziała Heidi, odwzajemniając tulasa. Usiadła przy ognisku i posadziła ją sobie na kolanach. Po chwili cała grupa wznowiła posiłek. 

- Skąd się tu właściwie wzięłaś? - spytała Michiru Jina. Ta znów zaczęła nawijać. - Co teraz mówi? 

- Spała sobie w ogrodzie swojej przyjaciółki i nagle pojawił się jakiś dziwny portal. - tłumaczyła Łania. - Ona obudziła się i podleciała zobaczyć, co się dzieje. Lecz zanim zdążyła cokolwiek zrobić, portal ją wessał, a po chwili zniknął. Pojawiła się w tym lesie, jakąś godzinę temu. Dobrze mówię, Michi?

Chao przytaknęła dziewczynie i ziewnęła przeciągle. Po chwili Heidi uczyniła podobnie. Było już bardzo późno, a grupie zostało jeszcze trochę drogi.

- Tia... Powinniśmy już iść spać. - oznajmił Jax i poszedł do ciężarówki, rzucajac po drodze szybkie "Dobranoc".

- Jax, zaczekaj! - powiedziała Jina i ruszyła za nim.

Rick spojrzał na Heidi, a ona na niego. Po chwili Jeż zbliżył się do niej i objął ramieniem. Dziewczyna uśmiechnęła się czarująco i oparła głowę o jego bark. Niedługo potem para położyła się na ziemi niedaleko ogniska i zasnęła. Michiru położyła się między nimi i również padła wyczerpana.

Rozdział 5: Ogień i ChwałaEdytuj

Następny dzień - spędzony przede wszystkim na podróży - był udany. Znacznie gorzej wyglądała noc. Kiedy tylko zaszło słońce, ni stąd, ni z owąd spadł bardzo ciężki deszcz. Nawet płachta na tyłach wozu, przeznaczona do ochrony przed tego typu zjawiskami, zaczęła powoli przeciekać.

- Czy tylko ja zacząłem teraz nienawidzić taką pogodę? - spytał Rick, a wszyscy w aucie podnieśli rękę w górę.

- Cholera, nic nie widać...! - warknął Harris, przecierając ręką zaparowaną szybę. Nagle spostrzegł w ciemności jakieś jaskrawe światło. - Hej, widzicie to, co ja?

- Co? - spytała Jina i wyjrzała przez okno. Podobnie uczynili Rick, Heidi i Michiru. Wszyscy ujrzeli to samo.

Jax zerknął na mapę, na której w międzyczasie kreślił drogę z Black Terry do X'a. Według niej byli już na miejscu. Mimowolnie nacisnął mocniej pedał gazu.

- Ekipa na tyłach, złapcie się czegoś! - zawołał w stronę Jeża i Łani.

Po niecałych dziesięciu minutach dotarli do wielkiej posiadłości. Było tak ciemno, że widoczna była tylko ona. Niemniej jednak dało się usłyszeć, jak krople deszczu lądują w sporej tafli wody. W oknie na drugim piętrze domu dalej było to jasne światło.

- Dobra, plan jest taki: bierzemy swoje rzeczy, wychodzimy z auta i sprintem do wejścia. - zasugerowała Jina. Wszyscy odpowiedzieli jednogłośnie "Tak".

Rick i Heidi wzięli bagaże i jako pierwsi pobiegli w stronę drzwi. Harris i Jina byli zaraz za nimi. Michiru, dotychczas siedząca Łani na ramieniu, wzniosła się w powietrze i otworzyła przyjaciołom. Ci natychmiast wbiegli do środka, a Chao za nimi podążyła.

Wewnątrz było kompletnie ciemno. Jedynie iskierki z dreda Harrisa dawały jakąś namiastkę światła. Hedi zajrzała do torby i wygrzebała z niej cztery latarki. Podała każdemu po jednej.

- Dzięki, Heidi. - powiedziała Jina i włączyła swoją latarkę. - Teraz przynajmniej się o nic nie wywalimy.

Wszyscy włączyli światła i rozejrzeli się. Główny hol domu przypominał połączenie gotyku i baroku, ze znaczną przewagą tego pierwszego. Pod sufitem, na grubym łańcuchu wisiał szeroki żyrandol z dawno już wypalonymi świecami. Najbardziej interesujący był jednak herb wywieszony nad drzwiami. Przedstawiał on tarczę, wewnątrz której znajdował się miecz. Płonął, a ogień, który otaczał jego klingę, wydawał się falować jak prawdziwy na oczach oglądających go przyjaciół.

- Wow... - wydobyło się z ust Harrisa.

- Zgadzam się. - dodał Rick. - Wow...

- Zdaje mi się, czy tam jest coś napisane? - zauważyła Heidi.

Kolczatka podeszła i potarła dłonią spód tarczy wyglądający jak zwój. Pojawiły się na nim duże gotyckie litery, które układały się w dewizę: "OGIEŃ I CHWAŁA".

- Mówi to coś komuś? - spytał Jax.

- Hmm... Wiem! - wypalił nagle Rick. Wszyscy spojrzeli na niego. - Jak jeszcze mieszkaliśmy na Mobiusie. Tata miał to wydrapane na biurku.

- Myślisz, że... - zaczęła Jina.

Jeż poświecił mocniej na herb. Dopiero teraz wszyscy ujrzeli nad nim kolejny napis.

"Clarke"

Zapanowała cisza. Bliźniaki stały jak wryte i wpatrywały się w herb.

- To znaczy... - zaczęła Jina.

- ... Że wróciliśmy do domu. - dokończył Rick. 

I znowu nastała cisza.

- To może się rozejrzymy? - zasugerowała Heidi. Wszyscy zgodnie jej przytaknęli i rozeszli się po parterze.

Jina dotarła do salonu. Stała tam dawno już nieużywana kanapa, dwa fotele i stolik. Ustawione były w stronę dużego paleniska, w którym spokojnie mógłby się zmieścić Mobianin. Nad paleniskiem wisiał nieobramowany obraz przedstawiający czarną sylwetkę Jeża na tle księżyca w pełni.

Dziewczyna przyjrzała się obrazowi i poświęciła na niego dla lepszego widoku. Wtedy ujrzała, jak sylwetce "wyrastają" skrzydła, a wokół niej samej płonął ogień. 

- Okeeej?...

Przy palenisku stał kosz z suchym drzewem. A że przydałoby się się trochę ogrzać i oświetlić co nieco pokój, Jina wzięła kilka drewnianych klocków i wrzuciła je do środka paleniska. Wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę i zapaliła drewno w kilku miejscach. Chwilę później zapłonął ogień, rozświetlając salon.

- Tak lepiej. - powiedziała do siebie z uśmiechem Jeżyca i rozsiadła się w fotelu.

Nagle ogień zgasł przez silny podmuch wiatru, dochodzący jakby z komina. Jina wzdrygnęła się i odruchowo wyciągnęła Rewolwer.

- Jest tu kto?... - spytała cicho. Salon wydawał się jeszcze ciemniejszy niż poprzednio.

- Jina, gdzie jesteś? - usłyszała od strony korytarza głos Heidi. 

- Już idę! - odkrzyknęła jej i rzuciwszy ostatni raz okiem na ciemność, skierowała się do wyjścia. 

Wtem w mroku zabłysnęła para błękitnych oczu. Ich posiadacz szybko doskoczył do Jeżycy, złapał i zasłonił usta ręką. Jina zaczęła się szarpać tak mocno, jak umiała, lecz napastnik chwycił ją za szyję i poddusił.

Ostatnie, co dziewczyna widziała nim straciła przytomność, były dziwnie znajome, zimne, błękitne oczy.


Jina powoli się budziła. Czuła się dziwnie. Jakby... zwiasała głową w dół?

Otworzyła oczy. Była w jakimś dużym, skąpanym w półmroku pomieszczeniu. Wszystko było do góry nogami. Spojrzała w dół, a raczej w górę. Wisiała pod krokwią, z obiema nogami mocno do siebie przywiązanymi przy kostkach i kolanach. Także ręce miała unieruchomione - przy nadgarstkach i łokciach.

- Super... - westchnęła dziewczyna i spróbowała ogarnąć swoje nowe otoczenie najlepiej jak w tej chwili mogła.

Pomieszczenie przypominało dawno nieużywaną sypialnię. Stało tu łóżko, szafa oraz biurko, na którym znajdował się płonący potrójny świecznik.

Przed Jiną coś wisiało. Było całe czarne, a rozmiarami przypominało ją. Wydawało się być czymś owinięte - jakby skórzaną opończą.

Nagle czarne coś otworzyło oczy i zleciało na podłogę. Podniosło się i spojrzało na Jinę.

- Um... Cześć?... - Jeżyca uśmiechnęła się niepewnie I przyjrzała się bliżej tej dziwnej istocie. Sylwetką, notabene bardzo chudą, przypominała Jeża. Oczy miała w kolorze błękitu, o lekko rozszerzonych pionowych źrenicach. Twarz zasłaniał jej kaptur. Jina jednak podejrzewała, kto to. - Jeff?

Zakapturzony chłopak spojrzał na nią.

- Wyglądasz jak ona... - powiedział cicho, nie spuszczając z niej wzroku. Dziewczyna mogła z nich odczytać dwie wyraźnie dominujące emocje: strach i ciekawość. 

- Ona?

Jeż powoli wyciągnął spod "płaszcza" zabandażowane ręce, w których trzymał zawiniątko. Uklęknął i pokazał je Jinie.

- To ty... - powiedziała po chwili Jeżyca.

Rozdział 6: Zabawa w chowanego Edytuj

- Co tu robisz?

- Mieszkamy... - odpowiedział cicho Jeff. - To nasz dom, a my go pilnujemy...

- Pilnujecie? - zdziwiła się Jina. Niepokoiło ją również nadużywanie przez brata liczby mnogiej. - Przed kim?

- Przed... Cieniami... - odparł Jeż. Słowo "Cienie" wypowiedział bardzo specyficznym tonem - jakby przemawiał przez niego strach w czystej postaci. - Tylko światło może je odstraszyć... Nie jesteś cieniem... Prawda?...

- Eee... Nie? Nie jestem. Cokolwiek to znaczy...

Nagle Jeff rozpostarł "poły" swojego "płaszcza", które - ku wielkiemu zaskoczeniu ze strony siostry - okazały się parą wielkich błoniastych skrzydeł, na końcach których wystawały ostre pazurki, jak u dzikich nietoperzy.

- Wow! - wyrwało się z ust Jiny. - Yyy... To znaczy: ładne skrzydła.

- Nieprawda... - powiedział cicho chłopak i spuścił głowę. - Są straszne...

- No... Trochę tak, ale bez przesady. Um... Możesz mnie już uwolnić?

Jeff uniósł jedną rękę, a jego ślepia zabłysnęły na błękitno. Wtem na linach trzymających Jinę pojawiły się płomienie w tym samym, błękitnym kolorze, które w raptem dwie sekundy spaliły więzy. Jeżyca upadła z cichym hukiem na podłogę.

- Ał...

Podniosła się i odczekawszy, aż krew odpłynie z głowy do reszty ciała, przyjrzała się bratu z bardziej korzystnej perspektywy.

Chłopak miał smoliście czarną sierść, wykluczając biały brzuch i pyszczek. Niezadbane kolce i włosy sięgały sięgały mu do łokci. Ręce miał szczelnie zabandażowane. Poza tym, jedyne jego ubranie stanowiły wytarte szare spodnie. Największą uwagę jednak przyciągały oczy - i nie mowa tu o pionowych źrenicach. Wydawały się być puste, pozbawione głębi, a jednak dało się wyczytać z nich lęk.

- Wszystko w porządku? - spytała Jina.

- Co? A... Tak... Wszystko... w porządku...

- Nie wydaje mi się.

Jeżyca zrobiła kilka kroków w jego kierunku, lecz Jeff natchmiast się cofnął i zasłonił skrzydłami jakby w obawie przed uderzeniem. Zdziwiło to dziewczynę. Czy to właśnie jej się bał? Czy tych całych Cieni? A może to i jej, i ich wina?

- Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy. - próbowała go uspokoić. I chyba jej się udało, bo rozpostarł nieco skrzydła i spojrzał na nią.

- Obiecujesz...?

- Obiecuję.


Rick, Harris, Heidi i Michiru przeszukiwali parter. Jina nagle zniknęła i nie było po tym żadnych śladów. Coś było mocno nie tak i musieli to wyjaśnić. 

Przyjaciele zebrali się tam, gdzie na samym początku się rozdzielili.

- Dobra, to gdzie ostatni raz widzieliśmy Jinę? - spytała Heidi.

- Z tego, co pamiętam poszła w tamtą stronę. - Rick wskazał zdrową ręką na korytarz po ich prawej.

- No to chodźmy! - rzucił po nim Harris i ruszył we wskazanym kierunku. Szybko jednak powstrzymała go od tego dłoń Heidi, która w ostatniej chwili złapała go za ogon i przyciągnęła z powrotem. - Ej!

- Jak tam pójdziesz, jest szansa, że też cię coś porwie, a tego byśmy nie chcieli. - wyjaśniła Łania.

- Moim zdaniem najlepiej jest pójść tam razem. W razie czego zetkniemy się plecami i nic nas nie zaskoczy. - zaproponował Jeż. 

Kolczatka westchnęła.

- No dobra... Ale może już mnie puścisz, co?

- A, tak. - powiedziała wampirzyca i puściła ogon przyjaciela.

- To ruszajmy.

Cała grupa jak jeden mąż poszła do salonu. Tam znaleźli leżącą na podłodze, wciąż włączoną latarkę Jiny oraz masę sadzy z komina na podłodze. W samym kominku tliły się kawałki płonącego niedawno drewna. Wszystko to wyglądało jakby rozegrała się tu jakaś szarpanina albo coś w tym stylu. 

- Co tu się stało? - spytał Rick, okalając "dowody zbrodni" wzrokiem.

- Zakładam, że coś wypełzło z komina, złapało i zaciągnęło gdzieś Jinę. - rzuciła Heidi.

- Tylko gdzie?

- Mam pewne podejrzenia... - powiedział cicho Harris, przypominając sobie światło na piętrze. - Chodźcie za mną. 


- Skąd w ogóle wiedziałeś, jak tu dotrzeć? - spytała Jina siedzącego na łóżku brata.

- Ja... Moja pani mi pomogła... - odpowiedział bardzo cicho, ale tak, by Jeżyca go usłyszała.

- Twoja pani? Czyli kto? 

- Um... Nie wiem, czy wolno mi powiedzieć...

- Zabroniła ci?

Jeż nie odpowiedział. Skulił się tylko w sobie i otulił skrzydłami. Jina, widząc jego reakcję - o ile można to tak nazwać - postanowiła nie zadawać więcej pytań. Normalnie przytuliłaby go na pocieszenie, ale nie miała pojęcia, jak zareaguje. Tego też zaniechała.

Nagle oboje usłyszeli donośne walenie w drzwi. Jeff skulił się przestraszony.

- To chyba chłopaki. - wywnioskowała dziewczyna. Nagle czarny Jeż pojawił się tuż przy niej.

- Proszę, ukryj mnie! - powiedział błagalnym tonem.

- Ale po co?

- Proszę!...

Jeżyca delikatnie odsunęła brata od siebie. Odstęp musi być.

- Okej... To może... - rozejrzała się po pokoju. Gdziekolwiek Jeff by się nie schował, tam mógłby być znaleziony. Po chwili zwróciła uwagę na okno. - Może wyjdź oknem?

- O-oknem?...

- Zaufaj mi. - Jeżyca uśmiechnęła się do niego ciepło. 

- Em... Dobrze...

Jeff otworzył okno i wyszedłszy nim, rozpostarł skrzydła do lotu. Deszcz padał cały czas, toteż było to dość trudne. Jina tymczasem zauważyła, że bratu wypadło tamto zawiniątko, które jej przedtem pokazał. Podniosła je i przyjrzała się mu z bliska.

Walenie nie ustawało. Właściwie z każdą chwilą stawało się coraz mocniejsze. W końcu drzwi nie wytrzymały i wypadły z zawiasów, uderzone rozpędzonym młotem bojowym stojącej za nimi beżowej Kolczatki.

- Jax! - zawołała Jina i rzuciła się na niego z przytulasem.

- Hehe... Tu jesteś. - powiedział spokojniej Harris. Zza niego wyszli Rick i Heidi.

- Więc to stąd dochodzi to światło. - rzuciła Łania i spojrzała na dziewczynę. - Nic ci nie jest, Jina?

- N-nie, nic. Wszystko w najlepszym porządku.

Jedynie Rick nie wyglądał na ucieszonego odnalezieniem siostry. Myślał nad czymś innym: kto ją porwał i zaciągnął do tego pokoju? Przyjrzał się otoczeniu.

- Czemu okno jest otwarte? - zapytał i podszedł do rzeczonego okna. Wyjrzał przez nie, lecz niczego nie zauważył. - Tu jest z pięć metrów. Chyba nie chciałaś skoczyć? 

- Ja? Nie. Oczywiście, że nie. Po prostu... było mi duszno.

- Taa... - odpowiedział jej Jeż. Po chwili spojrzał na zawiniątko w jej dłoniach.

- Co to jest? - spytał Jax i szybko jej to zabrał.

- T-to? - Jeżyca zaczęła pocć się ze stresu. "Powiedzieć im czy nie? Chociaż i tak by się o tym dowiedzieli," myślała. - To jest...

- ZOSTAW TO!!

Nagle przez okno wleciał czarny, skrzydlaty Jeż. Podleciał do Harrisa i zaczął szarpać za trzymaną przez niego rzecz.

- Łoooł!! - przeciągnęła Kolczatka, trzymając zawiniątko w żelaznym uścisku.

- Co to ma być!? - krzyknął Rick, odruchowo wyciągając Ostrza z uprzęży. Już miał podejść i w tradycyjny dla siebie sposób przerwać szarpaninę, kiedy nagle na jego drodze stanęła Jina. - Dobra, co jest?

- Schowaj miecze.

- Ale...

- Schowaj!

Jeż westchnął i schował broń. Spojrzał jeszcze raz na szarpiących się chłopaków, a potem na siostrę.

- Dziękuję. - powiedziała.

- To co tu się odbywa? - spytała Jinę Heidi.

- Widzicie tego skrzydlatego? - Jeżyca wskazała na czarnego Jeża, który właśnie zaparł się nogami o klatę Jaxa. - To jest...

Nagle skrzydlaty Jeż wyrwał Kolczatce swoją własność i poleciał na drugi koniec pokoju, zderzając się jednocześnie z szafą. Podniósł się do pozycji półsiedzącej i spojrzawszy na trzymane w dłoni zawiniątko, uśmiechnął się triumfalnie.

Nagle usłyszał skrzypienie. Spojrzał w górę, a pionowe źrenice zwężyły się do rozmiaru cienkich kreseczek. Ciężki kufer z góry szafy przechylił się złowieszczo i po chwili zleciało prosto na Jeża. Ten w ostatniej chwili odsunął się z jego toru lotu.

Kufer wylądował z hukiem na podłodze, powodując nieprzyjemny trzask i bolesny krzyk chłopaka. Wylądował prosto na jego lewym skrzydle, łamiąc jego delikatne kości. 

- Jeff!!

Rozdział 7: JeffEdytuj

Heidi zbliżyła się do rannego Jeża. Ten odsunął się gwałtownie, przestraszony obecnością wampirzycy, powodując u siebie kolejną salwę bólu.

- Hej, spokojnie. Nie zrobię ci krzywdy. - dziewczyna próbowała go uspokoić. - Mogę obejrzeć twoje skrzydło?

Jeff spojrzał zapłakany na Jinę. Ta lekko przytaknęła, dając mu znak, by się zgodził.

- Do... Dobrze... - wydukał.

- Jax, mamy przy sobie apteczkę, tak? - spytała Łania.

- Chyba tak. Sprawdzę. - odpowiedział Harris i wyszedł z pokoju na dół.

Rick spojrzał na uspokajanego przez dziewczyny Jeża.

- Ty na serio jesteś Jeff? - spytał, z lekka niedowierzając. Chłopak spojrzał na niego z przestrachem i powoli przytaknął.

- A ty?... - spytał sam Jeff.

- Jestem Rick. To jest Jina. - Rick wskazał na siostrę, a zaraz potem na Łanię. - A to Heidi.

- To ciebie widzieliśmy w snach. - powiedziała Jina.

- W snach?... - Jeż wyraźnie brzmiał na zdziwionego.

- Czyli to nie ty powodujesz u nas bezsenność? - rzucił Rick.

- N-nie... Jeszcze tego nie potrafię...

- "Jeszcze?" - zdziwiła się Heidi.

- Ja, um... uczę się wchodzić w cudze sny... - odpowiedział bardzo nieśmiało Jeff. - Ale nigdy mi się to do końca nie udało... M-moja pani prosi, bym więcej ćwiczył, ale... to nic nie daje...

W tym momencie do pokoju wrócił Harris trzymający w ręce apteczkę. Podszedł i podał ją Łani. Ta uśmiechnęła się do niego i otworzyła ją. 

- Masz pożądnie złamane skrzydło, Jeff. - powiedziała. - Ale wiem, co na to poradzić.

- Czy to będzie bolało?...

- Zaciśnij zęby najmocniej jak potrafisz. Jax, pomożesz? 

Kolczatka kucnęła przy wampirzycy. Ta wskazała na skrzydło Jeża. 

- Pomóż mi je nastawić. 


Po bardzo bolesnej dla Jeffa operacji nastawienia i usztywnienia złamanego skrzydła, cała grupa przeniosła się do salonu. Jina ponownie napaliła w kominku i usiadła na fotelu. Czarny Jeż patrzył dookoła jakby szukał jakiegoś zagrożenia. Wciąż trzymał przy sobie dziwne zawiniątko.

- Co to właściwie jest? - spytała Heidi, przyglądając się ciekawsko trzymanej przez chłopaka rzeczy.

- To, um... prezent od... mojej pani... bym nie czuł się samotnie... - odpowiedział niepewnie Jeff i ściągnął materiał z czegoś, co okazało się małą, pluszową wersją matki trojaczków, z łatką w kształcie serca na piersi.

Rick i Jina spojrzeli na brata.

- Mama? - powiedzieli jednocześnie, zdziwieni widokiem przytulanki.

- T-to ona?... - spytał Jeff, patrząc na mini-Synthię w swoich rękach. Wydawał się być zaskoczony tym, że dopiero teraz dowiaduje się, czyją kopię przy sobie nosi. - Pani mówiła... że nieważne, gdzie będę i co mi się stanie... ona zawsze będzie przy mnie...

Jeż mocno przytulił pluszaka. W pokoju nastała grobowa cisza, przerywana co jakiś czas trzaskiem płonącego w palenisku drewna. Nagle jednak wszyscy usłyszeli cichy, acz wyraźny trzepot małych skrzydełek. Wszyscy spojrzeli na źródło dźwięku, jakim była Michiru wylatująca z otwartej przez siebie torby i patrząca z wyrzutem na Kolczatkę.

- Michiru! Gdzie się chowałaś przez ten czas? - spytała Heidi i podeszła do niej. Chao coś powiedziała, a ta natychmiast zwróciła głowę w stronę Jaksa.

- Co? - zapytał skołowany.

- Michi twierdzi, że zamknąłeś ją w torbie.

- Musiałem jej nie zauważyć.

- Jasne. Na pewno nie zauważyłeś Chao wielkości piłki ręcznej. - wtrącił swoje trzy grosze Rick.

Wampirzyca westchnęła, wzięła Michiru na ręce i wróciła do reszty. Jeff nie śmiał spuścić z małej istotki wzroku. Nawet się skulił, gdy ta wyleciała Heidi z rąk i podleciała w jego stronę.

- C-co to jest? - spytał cicho.

- Spokojnie, Jeff. - odezwała się Jina, zwracając na siebie uwagę Jeża. - To Chao, małe duszki z Mobiusa. Nie skrzywdziłyby muchy.

Chłopak rozluźnił nieco mięśnie i dał Michiru podlecieć bliżej. Oboje byli nieco niepewni. W końcu jednak Chao wylądowała Jeffowi na rękach i uśmiechnęła się przyjaźnie. Jeż również się uśmiechnął, lecz znacznie delikatniej.

- Chyba już cię polubiła. - skomentowała ten widok Jeżyca.


Był już środek nocy. Przyjaciele uznawszy, że nic już nikomu nie grozi, zasnęli tam, gdzie akurat było miejsce: Heidi z Rickiem dzielili nadmuchiwany materac obok kominka, Jeff zajął kanapę,  Michiru - jej oparcie, a Jax i Jina wylądowali na fotelach. Wszyscy spali snem sprawiedliwego. Tylko Jeżyca co jakiś czas budziła się, by dorzucić drewna do ognia. Jednak za którymś razem usłyszała coś dziwnego, dochodzącegp ze strony swojego najmłodszego brata.

Przypominało to płacz tłumiony resztkami sił. Dziewczyna spojrzała na Jeża. Jego złamane skrzydło zwisało z kanapy, zapewne powodując u swego właściciela silny ból. Jina podeszła do niego i delikatnie potrząsnęła bratem, by ten się obudził. 

Jeż otworzył napuchnięte oczy i spojrzał na siostrę. 

- Jeff, co się dzieje? - spytała go z troską w głosie. - Skrzydło czy zły sen? 

- Oba... - szepnął Jeż i podniósł się powoli. Do piersi miał przyciśniętą pluszową Synthię. Trząsł się, a serce waliło jak młotem.

- To musiał być bardzo zły sen...

- Mam tylko takie... - Jeff zamknął oczy i wtulił się w przytulankę.

- Jakim cudem?

Chłopak nie odpowiedział. Wciąż się trząsł. Po chwili poczuł, jak Jina głaszcze go po kolcach. To był chyba pierwszy raz, kiedy ktoś go głaskał. Bardzo miłe uczucie. Jeż rozluźnił się, przechylił głowę w kierunku głaszczącej go dłoni i spojrzał na siostrę.

- Lepiej? - spytała z lekkim uśmiechem. Jeff przytaknął. - Może opowiesz mi więcej o sobie?

- Um... D-dobrze...

Opowiedział Jinie, jak się tu znalazł i skąd ma te skrzydła. W jego historii pojawiły się dwie dziwne postaci: zakapturzona kobieta w todze oraz czerwonooka Hiena. Jedną postać opisywał jako piękną, delikatną i pełną wdzięku, drugą - jako straszną. I tyle. Jina zaczęła podejrzewać, kim może być ta druga. Musiała się jeszcze upewnić. Ale nie teraz...

- Wiele przeszedłeś... - powiedziała cicho do brata. - Ale było - minęło.

Jeff spojrzał na nią.

- Tak myślisz?...

- Dwa razy straciłam ręce, ale nie załamałam się z tego powodu. Wiem, co mówię. - Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. - Pewnie w przyszłości znów coś stracę, ale czy się przez to załamię?

- N-nie?... - niepewnie dokończył za nią brat.

- Zgadza się. 

Jina wystawiła ku niemu pięść. Ten spojrzał na nią, a potem na siostrę. 

- Śmiało. Zaciśnij pięść i przybij.

Jeż zrobił to, co mu kazano. Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła. 

- To się nazywa "żółwik". To taki gest między przyjaciółmi. - wyjaśniła.

- Jesteśmy przyjaciółmi? 

- No pewnie! - odpowiedziała Jina i pogłaskała Jeffa po kolcach. - Spróbujesz teraz zasnąć? Będę przy tobie cały czas. 

- Spróbuję...

Rozdział 8: Jego domenaEdytuj

Rick i Jina pojawili się w jakiejś ciemnej pustce. Leżeli na czymś, co przypominało brukowaną podłogę, zarówno twardością, jak i temperaturą. Wokół była jedynie ciemność.

Pierwsza podniosła się Jeżyca. Rozejrzała się dookoła i nie ujrzawszy kompletnie nic, spojrzała na brata.

- Rick? - odezwała się do niego. Ten po chwili wstał na równe nogi.

- Jina? Gdzie my jesteśmy? - spytał i spojrzał na nią., a ona na niego. - Eee... siostra? Nie czujesz aby zbytniego luzu "tu i ówdzie"?

- No. A ty?

- No. Coś mi się wydaje, że jedyne, co teraz na sobie mamy, to nasza sierść...

Bliźniaki spojrzały po sobie. Faktycznie - wszystko, co na sobie mieli, zniknęło. Stali kompletnie nadzy, pośrodku niczego.

- Super, jeszcze tego brakowało... - westchnęła Jina i zasłoniła się. Podobnie uczynił Rick. - Przynajmniej wciąż mam ręce...

- Gdzie jesteśmy? - spytał.

- Napewno nie w Kansas...

Jeż spojrzał na siostrę z lekkim politowaniem w oku.

- No co? To klasyczny tekst.

Nagle oboje usłyszeli czyjś niezidentyfikowany szept. Zaczęli rozglądać się naokoło, szukając jego źródła.

- Przydałoby się rozejrzeć. - zasugerowała Jina.

Bliźniaki ruszyły za szeptem, kierując się jedynie słuchem. Wkrótce dźwięk stał się głośniejszy, co utwierdziło ich w przekonaniu, że idą w dobrym kierunku. 

- Nie cierpię nic nie widzieć. - westchnął Rick. Nagle wpadł na wychudzoną, uskrzydloną postać, biegnącą w przeciwnym kierunku. Obaj upadli naprzeciwko siebie. - Hej!

- Przepraszam! - pisnął skrzydlaty i zasłonił się przed potencjalnym ciosem. Brzmiał bardzo znajomo. Jeże przyjrzały mu się dokładnie. Czarna sierść, chuda sylwetka, wielkie skrzydła, pełne lęku niebieskie oczy.

- Jeff?! - wykrzyknęli razem Rick i Jina. 

Jeż spojrzał na nich zza skrzydeł.

- Jina?... Rick?... C-co wy tu robicie? - spytał. 

- Sami chcielibyśmy to wiedzieć. - odpowiedział Rick i zerknął na brata. Był on tak samo nagi jak oni, lecz wciąż miał bandaże na lewej dłoni. - Stało ci się coś z ręką? 

Jeff spojrzał na dłoń. Nie wiedział, co powiedzieć.

- Um... nie... - powiedział cicho i odwrócił wzrok.

- To raczej nie jest pytanie na teraz, nie sądzisz? - Jina skrzyżowania ręce na piersi.

- Tak tylko z ciekawości...

-  W każdym razie... - Jeżyca przykucnęła przy Jeffie i spojrzała mu w oczy. - Co to za miejsce?

- T-to Pustka... 

- Adekwatna nazwa. - skomentował Rick. - Więc czemu biegłeś?

- Bo to Jego domena... - odpowiedział z wyraźnym lękiem w głosie chłopak. 

- "Jego?"

Nagle cała trójka usłyszała czyjś śmiech, ewidentnie męski. 

- To on!! - krzyknął przerażony Jeff i schował się za Jiną. Cała trójka zaczęła rozglądać się naokoło, szukając właściciela tego śmiechu. 

Wkrótce z ciemności wyłoniła się para czerwonych oczu, a zaraz po nich - szeroki uśmiech godny Kota z Cheshire. Jeżyca zdawała się kojarzyć skądś te cechy.

- Tu się ukryłeś!... - przemówił, przez co czarny Jeż wtulił się w siostrę jak w pluszaka. Czerwone oczy spojrzały na nią po chwili. - Jedna chwila. Ja ciebie znam.

- Mnie? - zdziwiła się Jina. - Niby skąd?

Cień przybrał bardziej znajomą jej postać - Hieny w czarnej szacie, z nienaturalnymi szponami w lewej ręce.

- To ty?! - krzyknęła zszokowana dziewczyna. 

- Skąd wy się znacie?! - krzyknęli jednocześnie Rick i Jeff.

- Pozwól, mój jednooki przyjacielu, że się przedstawię. - Duch pojawił się przed Jeżem i wystawił dłoń na powianie. - Proteus, Demon, Władca Obłędu Absolutnego, cześćjakleci.

- Okeeej, robi się coraz dziwniej...

Proteus widząc, że Rick raczej nie ma zamiaru uścisnąć mu ręki, odsunął ją od niego i spojrzał na Jeffa. Ten zasłonił się skrzydłami. 

- Dobra, co masz wspólnego z naszym bratem? - spytała Jina.

- Przecież ci opowiadał. - odpowiedział Demon, szczerząc zęby w sardonicznym uśmiechu. - Myślisz, że jaką Hienę miał na myśli? 

Jeżyca spojrzała na Jeffa. Ten nagle został złapany za zabandażowaną rękę przez Proteusa.

- Hej! Zostaw go!

- Chcę ci tylko coś pokazać... - odparł Proteus, po czym zdarł Jeżowi bandaże, ukazując mnóstwo blizn po poparzeniach i czerwony tatuaż w kształcie wiru. - Widzicie? Piętno Odszczepieńca. Innymi słowy - wasz braciszek należy do mnie! Widać próbował pozbyć się go poprzez nieudolną magię ognia.

Demon puścił Jeffa. Ten upadł na czarne podłoże i schował się za własnymi skrzydłami.

- To ty powodujesz u niego te wszystkie koszmary! - warknęła w kierunku Hieny Jina.

- I co w związku z tym.

- Skończ z tym!

- Bo co mi zrobisz? Jesteśmy teraz w MOJEJ domenie Pustki. Tutaj ja rozdaję karty.

W tym właśnie momencie kilka kilo twardego stopu w postaci grawerowanych pięści Jeżycy wylądowało na demonicznym pysku Proteusa. On zaś zatoczył się, omal nie upadając, po czym spojrzał na dziewczynę.

- Jak ty to... Ty nie możesz mnie nawet dotknąć! - krzyknął i spojrzał na Ricka. - Ty! Uderz mnie!

Jeż wzruszył barkami i z całej siły zamachnął się, celując Demonowi w pysk. Ręka jednak przeleciała przez jego ciało, nie napotykając żadnego oporu.

- Co jest?... - Chłopak spojrzał najpierw na swoją dłoń, a potem na Proteusa. Wymierzył mu jeszcze dwa ciosy - wszystkie z tym samym skutkiem. - Dobra, teraz już nic nie rozumiem.

- Widać tylko ja mogę cię dotknąć... - wywnioskowała Jina, po czym uśmiechnęła się perfidnie.

- Nie zrobisz tego... - powiedział Proteus, a jego oczy przybrały rozmiar małych kropek. - Dammit...


Jeden ostry łomot później...

- Dobra, dobra, dobra!! - krzyknął Demon, zasłaniając się przed kolejnym ciosem Jeżycy. - Zostawię go w spokoju!

- Trzymaj się z dala od naszej rodziny. Czy wyrażam się jasno?

- Krys...talicznie jasno. - wycedził przez zęby, a dziewczyna go puściła. Wyglądał jak jakiś tydzień temu, kiedy został pobity w podobny sposób. Tym razem był to jednak swego rodzaju dyshonor, gdyż nie pokonał go Demon, a śmiertelniczka.

Rick patrzył na to wszystko z otwartym pyszczkiem i szeroko otwartym okiem. Jeszcze nigdy nie widział u Jiny takiego gniewu - zwykle to ona była tą zawsze spokojną osobą, która jego uspokajała. Widocznie teraz role się odwróciły.

- Jeff, pamiętaj: ZA ŻADNE SKARBY nie prowokuj swojej siostry. - pouczył na wszelki wypadek brata. Ten, chowając się za Rickiem, przytaknął.

- A teraz odeślij nas z powrotem. - powiedziała do Proteusa Jina.

- O to się czepiaj swojego magicznie zmutowanego braciszka. - odparł Demon, po czym wskazawszy na ukrywającego się Jeffa, zmienił się w czerwonooki cień i zniknął w odmętach Pustki.

Oboje - i Rick, i Jina - spojrzeli na brata. Ten odsunął się od nich na bezpieczną odległość - czyli na jakieś półtora metra, licząc na oko.

- Mógłbyś nas stąd jakoś zabrać? - zapytał go Rick.

- A-ale ja nie umiem... Mówiłem, nie opanowałem tego.

- Przecież mówiłeś, że ćwiczysz. - przypomniała mu Jina. - Dasz radę, wierzę w ciebie.

Jeff spojrzał na siostrę. Ta posłała mu ciepły uśmiech. Po chwili przeniósł wzrok na brata. On przytaknął na słowa dziewczyny i również się uśmiechnął. To podniosło nieco skrzydlatego Jeża na duchu.

- Uh... No dobrze... - powiedział cicho i podszedł do rodzeństwa. Chwycił ich za ręce i zamknął oczy. Skupił całą swoją wolę na jednym: na opuszczeniu Pustki.


Rick, Jina i Jeff obudzili się gwałtownie w idealnej synchronizacji. Spojrzeli dookoła. Byli z powrotem w salonie w domu, z tą różnicą, że nigdzie nie widzieli reszty ekipy.

- Jeff? Możesz nam coś obiecać? - spytał Rick brata. Ten spojrzał na niego z zaciekawieniem. - Nigdy więcej nas tam nie zabieraj.

- Postaram się...

- Która jest w ogóle godzina? - spytała Jina, po czym wstała i rozsunęła zasłony dużego okna. Została momentalnie oślepiona przez promienie słońca padające prosto na nią. - Ach! Co najmniej rano. Au...

Nagle trojaczki usłyszały kroki kierowane w ich stronę. Spojrzeli na wejście, a w nich stanął Harris.

- Hej! Wreszcie się obudziliście! - powiedział z uśmiechem i podszedł do nich.

- Co się stało? - spytał go Rick.

- Leżeliście tak do dziesiątej. Nie mogliśmy was wybudzić. Musieliście być porządnie zmęczeni.

- Taa... - Jeż spojrzał na młodszego brata. - Porządnie zmęczeni...

Rozdział 9: Droga powrotnaEdytuj

Przyjaciele wyszli na zewnątrz domu i rozejrzeli się dookoła. Znajdowali się nad wielkim, kryształowo błękitnym jeziorem. Słońce grzało delikatnie, a wiatr łagodnie szeleścił w pobliskich drzewach, gdzie spali Gold i Ebony.

- Jak tu pięknie... - powiedziała Heidi, zasłaniając wrażliwe oczy przed słońcen. - To chyba jedyne takie miejsce na Debris.

- Gdzie idziemy? - spytał Jinę Jeff.

- Wracamy do miasta. - odpowiedziała. - Chcielibyśmy, żebyś z nami został. To znaczy, jeśli nie masz nic przeciwko.

- Ja... Dziękuję... - powiedział po chwili skrzydlaty Jeż.

- Jeff? - odezwał się do niego Rick. - Zdaje się, że czegoś zapomniałeś. Refleks!

Chłopak rzucił w jego stronę pluszową Synthię. Ten szybko ją złapał i przytulił.

- A gdzie jest Michiru? - spytała Heidi i zaczęła patrzeć dookoła. - Michi!

Nagle biała Chao wyleciała z jednej z toreb. Była ubrudzona czekoladą, a w łapkach trzymała batonika.

- Michiru... - westchnęła z uśmiechem wampirzyca i wzięła ją na ręce. - Mam nadzieję, że mi coś zostawiłaś.

- Dobra, ekipo. Zbierajmy się! - powiedział Harris, ładując torby na pakę stojącej obok ciężarówki.

Nagle Jinie coś się przypomniało. Spojrzała na Jeffa i spytała:

- Znasz się na magii, tak?

Jeff przytaknął.

- A na magii uzdrawiania? - dokończył za siostrę Rick

- Uh... Dawno tego nie robiłem...

- Możesz spróbować odtworzyć mi kości w ręce?

- Spróbuję.

Czarny Jeż podszedł do brata. Ten wyciągnął zagipsowaną rękę z temblaka i skierował ją ku niemu. Skrzydlaty skupił się i położył zabandażowane dłonie na gipsie. Zaraz potem jego oczy błysnęły na błękitno, a opatrunek Ricka rozpadł się na kawałki.

Brązowy Jeż spojrzał na wyleczoną rękę ze wszystkich stron i nie widząc na niej nawet zadrapania, uśmiechnął się do Jeffa.

- Dzięki. - powiedział. - Hej, a nie możesz uleczyć sobie w ten sposób skrzydła? 

Czarny Jeż spojrzał na swoje usztywnione i zabandażowane skrzydło.

- Um... Pani mówiła, że to działa tylko na innych. - odpowiedział po krótkiej chwili. 

- No trudno. - wtrąciła się Jina i położyła rękę na jego ramieniu. - Co najwyższej trochę sobie poczekasz, aż w końcu znowu zaczniesz latać. 

Rick zagwizdał na śpiące Testrale. Te obudziły się i podkłusowały do nich. Gold spojrzał na stojącego przy swojej pani skrzydlatego Jeża. Zbliżył się do niego i trącił go nosem.

- Witaj, Gold. - powiedział do wierzchowca Jeff i delikatnie pogłaskał go po złotej grzywie.

- Chwila, ty go znasz? - spytała brata skołowana Jeżyca.

- No... ja nie, ale Cienisty Tancerz tak.

- Cienisty Tancerz?

- To taki... uh... apostata wśród Ognistych Tancerzy, który oddał się Cieniowi. To on sprowadził te piękne stworzenia na Debris...

- Czyli mamy rozumieć, że skoro Gold zna cię, bo znał Cienistego... - zaczął Rick.

- ... To znaczy, że ty to dzisiejszy on? - dokończyła Jina.

- Mniej więcej... - odpowiedział Jeff.

- Macie strasznie pokręcony rodowód. - powiedział brązowemu Jeżowi na ucho Harris.

- Moglibyśmy już jechać? Kiepsko się czuję na tym pełnym słońcu... - wtrąciła się Heidi i weszła na pakę wozu.

Rick i Jina wsiedli na Testrale, a Harris i Jeff dołączyli do Łani w ciężarówce. Po krótkim czasie cała grupa ruszyła w drogę powrotną do Black Terra.


Spokojne popołudnie w podziemnym mieście. Od kilku dni nic się nie działo. Mieszkańcy załatwiali swoje sprawy, nowy regent w spokoju reformował służby porządkowe... Dzień jak codzień. 

Quentin i Miko przechadzali się po ulicy, trzymając się za ręce. Ostatnio Jeleń otrzymał od regenta małą nagrodę za pomoc w minionych wydarzeniach i rekompensatę za straty. Otrzymał nowe, mechaniczne ramię oraz niewielką sakiewkę ze złotem. Nie dało się ukryć - obecny władca miasta to niezwykle szczodra istota.

- Co się dzieje, Quentin? Milczysz bardziej niż zazwyczaj. - zagadnęła Miko. Quentin tylko patrzył na swoją nową, mechaniczną rękę stylizowaną na szkielet, oglądając ją z każdej strony. - Och, nie przejmuj się tak. Kiedyś w końcu wszystko się ułoży. Poza tym, pasuje ci taka ręka.

Jeleń spojrzał na dziewczynę, a ta uśmiechnęła się do niego ciepło. Odwzajemnił się tym samym, lecz znacznie mniej entuzjastycznie.

Nagle oboje usłyszeli głośny, szybki stukot kopyt. Spojrzeli w stronę, z której owy stukot dochodził - w stronę bramy do miasta.

Ujrzeli znajomą brązową Jeżycę jadącą na jakimś czarnym koniu. Jechała prosto na nich. Nim jednak zdołała ich staranować, Quentin rzucił się i zepchnął Miko z trasy Jeżycy. Upadł tuż przy niej.

- Wybaczcie! - krzyknęła do nich dziewczyna i zniknęła między budynkami.

Miko i Quentin spojrzeli na siebie, a policzki obojga delikatnie się zarumieniły.

- Uh... Dziękuję. - powiedziała cicho Jeżyca.

Nagle zatrzymał się obok nich Rick na Ebony. Spojrzał na leżącą obok siebie parę.

- Nie przeszkadzam? - spytał.

Jeleń i Jeżyca spojrzeli na niego, po czym natychmiast podnieśli się z chodnika.

- Cześć, Rick... - przywitała się nieśmiało Miko.

- Hej. Uh... Nie przejeżdżała tędy Jina?

- Prawie nas potrąciła. - odpowiedziała i wskazała palcem na drogę. - Pojechała gdzieś tam.

- Dzięki.

Zaraz potem Rick ruszył w poszukiwaniu siostry.

Q i Miko spojrzeli na siebie.

- Co się właśnie stało?


Jina zatrzymała się pod hotelem. Nim jednak zdążyła zejść z Golda, wylądował przed nią Rick i zeskoczył z grzbietu Ebony na chodnik.

- Pierwszy. - powiedział, uśmiechając się złośliwie.

- Guzik prawda. Ja byłam pierwsza.

- Pierwszy jest ten, kto postawi stopę przed hotelem, nie kopyto wierzchowca.

Jeżyca westchnęła i zeszła z Golda.

Wkrótce pojawiła się reszta drużyny. Ci nie mieli potrzeby, by się spieszyć.

Harris wychylił się przez okno aute i spojrzał na rodzeństwo. 

- Czy to było konieczne? - spytał.

- Taka tam rodzinna rywalizacja. Jeden chce być lepszy od drugiego. - wyjaśniła Jina.

Jax uśmiechnął się, pokręcił głową i wyszedł z ciężarówki. Za nim wyszła Heidi, Jeff i Michiru.

- To jak, Jeff? Gotowy na spotkanie, które zmieni twoje życie? - spytała młodszego brata Jina.

Czarny Jeż spojrzał na rodzeństwo i z lekkim uśmiechem kiwnął twierdząco głową.

- W takim razie chodźmy. - powiedział do niego Rick i położywszy mu dłoń na ramieniu, zaprowadził go do środka.

Przyjaciele weszli do hotelu. Zastali go w takim samym stanie, jak wcześniej. Widocznie lokalnemu złu chociaż raz odechciało się ich nachodzić. Heidi ruszyła na górę, by sprawdzić, czy ktoś tam jest. Jina tymczasem podeszła do lady i nacisnęła dzwonek. 

Po chwili przyszedł nie kto inny, jak Gerald.

- Hej, dzieciaki! - przywitał się. - Już wróciliście? 

- Cześć, Gerald. Tia, trwało to krócej niż sądziliśmy. 

Wilk ujrzał nieco skrytego za Rickiem Jeża. Przyjrzał mu się dokładniej i od razu dostrzegł podobieństwo do Eli'a.

- Ty musisz być Jeff, mam rację? - spytał chłopaka. 

- Tak... - odpowiedział cicho Jeff.

Gerald wyszedł zza lady i podszedł do niego.

- Miło wreszcie poznać legendarnego trzeciego bliźniaka. - powiedział z uśmiechem i spojrzał na jego skrzydła. - Widzę, że miałeś ciekawe życie tam na górze.

- Nie masz może wolnego pokoju dla niego? - spytał Geralda Rick. - Jakiegoś... dobrze oświetlonego?

Wilk zastanowił się przez chwilę.

- Hmm... Na ten moment niewiele mogę zdziałać. Chyba że pasuje ci strych. - powiedział po chwili do Jeffa. - Spróbuję go jakoś urządzić, a wasz ojciec z chęcią mi pomoże. 

Nagle wszyscy usłyszeli kroki dwóch osób kierujących się na dół.

- To one! - powiedziała Jina i ukryła za sobą młodszego brata.

Heidi i Synthia zeszły na parter i zastały całą grupę w jednym kawałku.

- Jesteście! - prawie że wykrzyczała Jeżyca i przytuliła Ricka. - Cali i zdrowi...

- Czego się po nas spodziewałaś? - spytał retorycznie Jeż, uśmiechając się zawadiacko.

- Rick, twoja ręka... - Synthia wyraźnie się zdziwiła, widząc, że całkiem niedawno złamana ręka syna, jest teraz cała.

- Tak... Ktoś mi pomógł.

- Ktoś?

- Mamo... - zaczęła Jina i odsunęła się, ukazując swojego uskrzydlonego brata w całej okazałości. - Poznaj Jeffa!

Oboje - i Jeff, i Synthia - stanęli jak wryci. To było ich pierwsze spotkanie od niespełna dwudziestu lat. Podeszli bliżej siebie.

- Jeff?... To naprawdę ty?... - spytała kobieta, niedowierzając.

- Mamo?...

Jeszcze bardziej zbliżyli się do siebie, a gdy odległość między nimi wynosiła niecały metr, rzucili się sobie w ramiona i mocno przytulili. Jina wydała z siebie ciche "D'aww!" i do nich dołączyła. Rick uczynił podobnie.

- Aw, jakie to słodkie! - powiedziała Heidi, wpatrując się w ten akt rodzinnego pojednania. Spojrzała na Harrisa. - Wszystko w porządku Jax?

- Hm? A, tak. Po prostu... Za dużo emocji. - wyjaśnił naprędce pilot i wytarł oczy rękawiczką. - Uh. Okej, już lepiej.

- Jesteś wrażliwszy niż myślałam.

- To, że jestem mięśniami teamu, nie znaczy, że nie mam emocji. - wyjaśnił i założył ręce na piersi, co spotkało się z rozbawieniem Łani. Westchnął głośno i przewrócił oczami.

Rozdział 10: Spokojna nocEdytuj

Gerald i Elijah odstawili wszystkie graty na bok, robiąc miejsce dla syna tego drugiego. Kiedy tylko usłyszał od żony i przyjaciela wieści o powrocie Jeffa, natychmiast zakasał rękawy i pomógł urządzić strych najlepiej jak potrafił, przy okazji sprawdzając, czy jego biotyczna telekineza jest tak dobra jak wcześniej. Owszem, była.

- No, gotowe. - powiedział czarny Jeż, strzepując kurz z dłoni. - Jak sądzisz, będzie się tu dobrze czuł? - zapytał po chwili przyjaciela.

- To twój syn. Ty powinieneś to wiedzieć. - odpowiedział mu z uśmiechem Wilk.

Obaj stanęli nad wejściem i z tej perspektywy popatrzyli na pomieszczenie. Pod ścianą, przy oknie stało dość szerokie, pojedyncze łóżko. Obok niego znajdowała się szafka nocna ze stojącą na niej latarenką, a naprzeciwko - duża szafa na ubrania. Może nie było to wiele, ale na razie powinno starczyć. Poza tym, Jeff raczej do wybrednych nie należy.

- Tak, spodoba mu się. - powiedział po chwili Eli i odruchowo pokiwał głową.


Zapadła noc. Wszyscy poszli już do łóżek. W hotelu cisza panowała już dobrą godzinę. Była tylko jedyna osoba, która nie była w stanie jakkolwiek zasnąć. No dobra, dwie osoby.

Jina przetarła oczy i weszła na strych sprawdzić, czy jej młodszy brat śpi. Nie spał. Leżał i próbował, ale nie spał. Dziewczyna podeszła do niego cicho. Czarny Jeż postawił uszy i odwrócił się. Kiedy zobaczył, że to tylko siostra, odetchnął z ulgą.

- Nie możesz zasnąć, co? - zapytała go retorycznie Jina, siadając na krańcu łóżka brata. Skrzydlaty przytaknął. - Co jest? Możesz mi powiedzieć?

- Bo... Chodzi o tamto, co stało się w Pustce... - powiedział cicho Jeff i odruchowo schował lewą dłoń. - Pewnie... Pewnie chcesz wiedzieć, skąd to mam, prawda?

- Może. Ale nie teraz. - dziewczyna uśmiechnęła się do niego ciepło. - Rozumiem, że miałeś kilka... niefajnych przeżyć, ale spójrz na to: wróciłeś wreszcie na dobry tor.

- Naprawdę?

- Policzmy: poznałeś nas, twój prześladowca się od ciebie odczepił i wreszcie wróciłeś do domu! - wyliczyła wesołym tonem. - Nie wiem, jak dla ciebie, ale dla mnie to same dobre rzeczy.

- Skoro tak mówisz...

- Wiesz, jest takie przysłowie: "Jeśli wylądowałeś na dnie, możesz już tylko odbić się w górę". Czy jakoś tak. - dziewczyna przewróciła oczami. - Rzecz w tym, że teraz może być tylko lepiej. Dasz radę, Jeff, wierzymy w ciebie. Ja w ciebie wierzę. 

Nagle stało się coś, czego Jina kompletnie się nie spodziewała. Jeff ją przytulił. Bardzo mocno - niczym dziecko, które przed chwilą odnalazło rodziców i pobiegło ich uściskać. Po policzku Jeżycy popłynęła pojedyncza łza szczęścia. Odwzajemniła czuły uścisk i z uśmiechem spojrzała mu w oczy.

- Spróbuj zasnąć. Będę tuż przy tobie. - poprosiła go cicho.

- Spróbuję. - odpowiedział skrzydlaty Jeż i położył się ponownie w łóżku tak, by nie przygniatać złamanego skrzydła. Zmrużył oczy i od bardzo długiego czasu nareszcie spokojnie zasnął, o czym świadczył jego cichy oddech. 

- Dobranoc, braciszku. - szepnęła do niego Jina i delikatnie pocałowała go w czoło, w wyraźnie matczynym geście. Usiadła na krześle pod ścianą, zaraz obok łóżka brata, i sama wkrótce zasnęła na siedząco.

To był ewidentnie jeden z najbardziej pamiętnych okresów w życiu rodziny. Słowa Jiny - że teraz może być już tylko lepiej - rzeczywiście miały szansę się spełnić...

THE END

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki