FANDOM


Przedział wiekowy: +14

Rozdział 1: ZaproszenieEdytuj

- Księżniczko? Księżniczko! - Soren przetrząsnął całe mieszkanie w poszukiwaniu Wery. Miał bowiem list zaadresowany specjalnie do niej. I opatrzony nieznaną mu pieczęcią z wizerunkiem psiej czaszki.

Po niedługim czasie natrafił na Aramisa. Ślepy Tygrys akurat ostrzył sobie miecz, strzegąc w międzyczasie frontowych drzwi. Łasic chyba nigdy nie dojdzie do tego, jakim cudem on był takim dobrym żołnierzem, nic nie widząc.

- Soren, to ty? - spytał Aramis.

- Jak ty mnie rozpoznajesz, jak nawet się nie odezwałem?

- Ze wszystkich w tym domu ty chodzisz najciszej. I właśnie to cię wyróżnia.

- Okeeej... Nie widz... Nie wiesz może, gdzie jest księżniczka? - spytał wprost Soren. Tygrys wzruszył barkami.

- Przechodziła tędy jakieś piętnaście minut temu. Z tego, co powiedziała, to poszła do stajni.

- Dzięki. - powiedział chłopak i szybko pobiegł w stronę wskazaną przez strażnika. Dotarłszy tam, zdołał ujrzeć parę białych uszu wystających przez okno. Wera musiała zajmować się swoim riknaarem. Soren wszedł dyskretnie do środka i ukrył się za stóg siana.

Weronika tymczasem dokładnie szczotkowała sierść swojego koniowatego wierzchowca. Była kompletnie nieświadoma obecności swojego dzikiego służącego i przyjaciela. To znaczy, dopóki nie nadepnęła mu przypadkowo na ogon.

- Ała!

Lisica odskoczyła zaskoczona do tyłu, lądując na boku riknaara. Ten popchnął ją prosto na stóg siana, w którym siedział Soren. Otworzyła oczy.

Patrzyli prosto na siebie... i stykali noskami...

Wera momentalnie oblała się purpurą i wyszła z siana. Podobnie uczynił jej łasiczy przyjaciel.

- Um... Hej, Soren... - przywitała się nieśmiało.

- Cześć... Uh... - chłopak przez chwilę nie wiedział, po co tu przyszedł. Przypomniało mu się dopiero wtedy, gdy spojrzał na trzymany w dłoni list. - A, tak. Mam tu list. Zaadresowany do ciebie, księżniczko.

- Do mnie? - zdziwiła się Lisica, a Łasic podał jej do ręki list. Przełamała osobliwą pieczęć i otworzyła go...

"Weroniko Lightning,

Piszę do ciebie tę słowa jako równy tobie. Ja i mój naród jesteśmy świadomi waszej - powiedzmy sobie szczerze - żałosnej sytuacji.

W związku z tym chciałbym zaprosić Cię na Zjazd Możnych w stolicy Fenrisa, Białej Cytadeli. Tam będziemy mogli poznać dokładniej Waszą sytuację oraz podjąć związane z nią kroki.

Zjazd odbędzie się 23 dnia miesiąca Gwiazdy Wieczornej i trwać będzie rzez następne trzy dni. Proszę, postaraj się przybyć dość wcześnie, byśmy formalności mieli za sobą.

Z wyrazami szacunku,

Alaric, książę Imperium Lupus.

P.S. Chciałbym również poznać Cię osobiście. Wiele o Tobie słyszałem i chciałbym dowiedzieć się, czy to prawda. X"

- Fenris? Imperium Lupus? - odezwał się lekko skołowany treścią listu Soren. - Co to za jedni?

- Sama za wiele nie wiem. Wiadomo mi tylko tyle, że to jakieś militarne państwo w sąsiadującym z naszym układzie słonecznym. - odpowiedziała mu Wera i spojrzała jeszcze raz na dopisek. O ile reszta listu była napisana bardzo oficjalnie, to ten fragment wyglądał jak napisany na kolanie. No i jeszcze ten X na końcu, przez który Lisica lekko się zarumieniła.

- Um... Wszystko w porządku, księżniczko? - spytał dość nagle Łasic, a księżniczka spojrzała na niego i zamknęła list.

- Co? A, tak, jasne. Wszystko w jak najlepszym porządku. - powiedziała, uśmiechając się niezręcznie. - To wychodzi na to, że będę musiała wyjechać. Znowu.

- Mam cię spakować? - zaproponował chłopak.

- Jeśli możesz. - uśmiechnęła się do niego już niewymuszenie.


Brama Black Terry otworzyła się, a zza niej wyszła spakowana i ciepło ubrana Wera. Trzymając w rękach torbę, skierowała się przed siebie, w kierunku trzyosobowej grupy opancerzonych Wilków, stojących wokół jakiegoś pojazdu. Ci, kiedy tylko ją ujrzeli, stanęli na baczność, a naprzeciwko niej wyszedł znacznie ciężej opancerzony żołnierz. Miał cybernetyczne lewe oko oraz metalową maskę obejmującą cały jego pysk. Jego uszy zdawały się być ukryte pod stalowym hełmem.

- Księżniczka Weronika Lightning?

- Um, tak... - odpowiedziała nieśmiało Wera. Wilk w odpowiedzi sztywno zasalutował.

- Major Garrus Hagender. Dostałem rozkaz, by zabrać panią na Fenrisa.

- Dziękuję panu. - powiedziała z niezręcznym uśmiechem Lisica.

- Proszę wejść do promu. - Hagender wskazał na pojazd, a drzwi wejściowe do niego otworzyły się, ukazując surowe, wojskowe wnętrze. Wera niepewnie weszła do środka. Zaraz za nią weszli major oraz jego podkomendni. Kiedy usiedli i zapięli pasy, prom wzniósł się w powietrze i odleciał w kierunku pustki kosmosu.

Rozdział 2: Pasażer na gapęEdytuj

Prom wylądował w hangarze większego, znacznie większego okrętu. Po niedługiej chwili drzwi otworzyły się, ukazując białej Lisicy wnętrze. Wszyscy - włącznie z nią - rozpięli pasy i wyszli z promu. To był chyba pierwszy raz Wery w kosmosie, toteż nie mogła ukryć zdumienia. Jeden z napisów namalowanych na ścianie hangaru głosił: ISS LEVIATHAN.

- Proszę za mną. - powiedział major Hagender, po czym poszedł razem ze swoimi dwoma podkomendnymi w kierunku grodzi. Wera bezzwłocznie ruszyła za nim. Z tego, co wiedziała, Wilcze Imperium zwykło budować bardzo monumentalne okręty kosmiczne, więc wolała się nie zgubić. - Przybędziemy na Fenrisa w przeciągu jednego dnia. W międzyczasie zamieszka pani w jednej z kajut oficerskich.

- Uh, dziękuję, to miłe z pana strony. - odpowiedziała niepewnie księżniczka.

- Książę Alaric nalegał, by zapewnić pani wysoki komfort podróży.

W końcu dotarli do kajuty oficerskiej, w której miała spać Wera. Major zasalutował jej, podobnie jak żołnierze, po czym odszedł z nimi wgłąb korytarza. Lisica spojrzała na niego ostatni raz. Zdawał się on być pozbawiony ogona... No ale w końcu to żołnierz. Żołnierze bywają ranni w akcji, co nie?

Wnętrze prezentowało się następująco: po lewej łóżko i szafka wbudowane w ścianę okrętu, a po prawej biurko i drzwi do łazienki. Wszystko to utrzymane w zimnych, metalowych kolorach. Głównie dlatego, że 3/4 tego wszystkiego było właśnie metalowe. Wera rzuciła swoją torbę na łóżko i oparła się o ścianę. Nagle postawiła uszy, słysząc znajomy pisk dochodzący ze strony swojego bagażu.

- Soren?

Podeszła do torby i otworzyła jedną z większych kieszeni, w której ewidentnie coś się ruszało. Zajrzała do środka i ujrzała małą karmelową łasicę, "sprasowaną" przez resztę bagażu Lisicy.

- Soren! - wyciągnęła go z torby i wzięła na ręce. - Co tu robisz?

Soren zabłysnął lekko, przemieniając się w swoją mobiańską formę i lądując na równych nogach na podłodze. Wyglądało na to, że też chciał się z nią zabrać, bo poza swoim "uniformem" miał też na sobie zimowy płaszcz i szalik.

- Pomyślałem, że przyda ci się towarzystwo. - powiedział z uśmiechem. - Nie gniewasz się, prawda, księżniczko?

- No... Pewnie, że się nie gniewam, ale... Gdzie masz zamiar spać? - spytała Wera i spojrzała na łóżko. Było ewidentnie stworzone dla jednej osoby.

- Cóóóż... Mogę spać ci na kolanach, jeśli nie masz z tym problemu.

Lisica uśmiechnęła się na tę propozycję i pogłaskała Łasica za uchem, na co ten odpowiedział rozkosznym mruczeniem i merdaniem ogonem.

- Uwaga! Zaraz wejdziemy w nadprzestrzeń. Cała załoga proszona jest o złapanie się czegoś! - odezwał się przez głośnik jeden z członków załogi okrętu. Dosłownie chwilę później oboje - i Wera, i Soren - polecieli na podłogę i wylądowali jedna na drugim.

Znów stykali się noskami... Oboje zarumienili się na policzkach,

- Um... Czy to się dzieje specjalnie? - spytał Soren po krótkiej chwili patrzenia księżniczce w oczy.

- Nie wiem, ale...

Wypowiedź Lisicy została nagle przerwana przez otwarcie drzwi przez jakiegoś Wilka w okularach. Oficera, jeśli wierzyć insygniom na jego czarno-czerwonym mundurze.

- Major Hagender kazał sprawdzić, jak się pani mie... - przerwał wymownie, widząc Werę i Sorena w ich niezręcznej sytuacji. - ...wa...

- To nie jest to, na co wygląda. - powiedział szybko czerwony na policzkach Łasic. Oficer widać dopiero po chwili zauważył, że na okręt wchodziła tylko księżniczka. Natychmiast potem wyciągnął z kabury ciężki pistolet i wymierzył w chłopaka.

- Wstawaj. Ręce tak, żebym je widział. - rozkazał Sorenowi, a ten bezzwłocznie wykonał polecenie i stanął przed Wilkiem, z rękami na widoku. - Mów, kim jesteś i co robisz na Leviathanie.

- Ja...

- To mój służący! - odezwała się Wera i stanęła pomiędzy nimi. - I nie życzę sobie, by ktoś groził mu bronią. - spojrzała bardzo poważnym wzrokiem na Wilka. Ten uniósł brew na słowa Lisicy i po krótkim czasie opuścił broń.

- Jak się tutaj znalazł?

- On... - teraz to ona się zacięła. Na szczęście tym razem Soren wziął inicjatywę:

- Wychodziłem razem z księżniczką, dlatego mógł mnie pan nie widzieć.

Oficer zdawał się niezbyt wierzyć Łasicowi. No ale skoro księżniczka tak go broni...

- No dobra. Ale jako że nie jest autoryzowanym gościem, musi go pani trzymać w kajucie.

- Czy to konieczne? - spytała Wera, niespecjalnie zadowolona z "werdyktu" oficera. Ten westchnął wymownie.

- Tu nie tylko o niego chodzi, ale też o mnie. Zostałem wyznaczony do sprawdzenia pani i nie mam ochoty dostać kulki w łeb, bo nie dopilnowałem, żeby żaden "intruz" się tu nie wkradł. Tak więc ja milczę, a pański pupilek siedzi tutaj. Jasne? Jasne.

Wytłumaczywszy ich (i swoją) sytuację, Wilk wyszedł z kajuty i zamknął za sobą drzwi. Wtedy Soren odetchnął z ulgą i oparł się o ścianę.

- Cholera... Ja naprawdę cię przepraszam, księżniczko. Nie chciałem wpędzić cię w kłopoty... - powiedział cicho i położył uszy. Po chwili Wera zbliżyła się do niego i z lekkim uśmiechem pogładziła go po włosach.

- Hej, spokojnie, Soren. Nic się nie stało. No i wciąż możesz ze mną spać. - powiedziała z uśmiechem i przeniosła swoją dłoń za jego ucho, ponownie powodując u Łasica mruczenie i merdanie z ogonem. To było ewidentnie silniejsze od niego.


Godzina 22:40 czasu debrisjańskiego. Część załogi Leviathana już dawno była w łóżkach, podobnie jak ich goście.

Wera spała ciężkim snem, zakopana w oficerskiej pościeli, tuląc przy tym Sorena w swojej zwierzęcej formie niczym przytulankę. Co jakiś czas była przezeń mimowolnie miziana, na co odpowiadała równie mimowolnymi mruczeniem i głaskaniem go za uchem. Wychodziło z tego naprawdę słodkie perpetuum mobile...

Diabetuum mobile!

Spali tak razem już od dobrych kilku godzin, wykończeni podróżą. A przynajmniej Łasic zdawał się być przez to wykończony. Podróż z prędkością nadświetlną ewidentnie nie będzie należeć do jego ulubionych.

Wielki okręt kosmiczny, którego całkowita długość od dzioba do rufy wynosiła aż dwa i pół kilometra,wyszedł nagle z nadprzestrzeni, częściowo wybudzając i załogę, i "ambasadorów" Debris. Wera otworzyła leniwie oczy i rozejrzała się dookoła. Wciąż byli, gdzie byli. Ale z drugiej strony, coś się zmieniło. Nie, wróć. Nie coś, a ktoś.

- Soren?... - odezwała się to tulonego przez nią Łasica. Ten otworzył oczy i spojrzał na nią. - Zmieniasz kolor czy mi się wydaje?

Soren podniósł się i przeciągnął jak kot, po czym zeskoczył z łóżka na podłogę. Po chwili przemienił się z powrotem w Mobianina, którego futro nie było już jednolicie karmelowe, a prawie całkiem śnieżnobiałe. A, miał na sobie tylko bokserki. Jego sylwetka wyraźnie zdradzała, że wychowanie w dziczy może dobrze zrobić. Słowem: ciacho. Spojrzał po sobie.

- Huh. Przypomnisz, księżniczko, jaką mieliśmy porę roku na Debris? - spytał, patrząc na wciąż leżącą w łóżku Lisicę, gapiącą się aktualnie na chłopaka. - Eee… Księżniczko?

- Huh? - dopiero teraz otrząsnęła się z “transu” i zarumieniona, spojrzała Sorenowi w oczy. - Wybacz. Mieliśmy późne lato, a co?

- Bo tam chyba jest zima, a ja jestem tego żywym dowodem.

- Co?

- No… Bieleję na zimę. - wyjaśnił pokrótce Łasic, na co Lisica zareagowała długim “Aaaach” i uśmiechnęła się.

- Wiesz… Takie białe futro dodaje ci uroku. - powiedziała do niego i mocno się zarumieniła, podobnie jak Soren.

- Uwaga! Za dziesięć minut rozpocznie się dokowanie. Członkowie z przepustką - macie szansę na urlop. Księżniczko Lightning - ma pani czekać przy grodzi na majora Garrusa Hagendera. - odezwał się przez głośnik oficer. Ten sam oficer, który "nakrył" Werę i Sorena.

Rozdział 3: Alaric BiałyEdytuj

Wielka stacja kosmiczna, będąca również stocznią - być może największą w znanym kosmosie - pełniła podobną funkcję do ziemskich i mobiańskich lotnisk z tą różnicą, że nie przyjmowała samolotów, a statki i okręty kosmiczne prawie wszystkich typów.

Wyszedł do środka stacji razem z kilkoma żołnierzami oraz z obstawą w postaci majora, Wera ujrzała wiele uzbrojonych po zęby Wilków, w dwójkach pilnujących wszystkich większych drzwi. Wychylający się z torby, "zezwierzęcony" Soren również to zobaczył. To oraz kilka dość skąpo odzianych Mobianek w kajdanach i obrożach, na widok których aż zamerdał mimowolnie ogonem.

- Czy to są niewolnice? - spytała szeptem Wera, podążając za wzrokiem Łasica. Odkąd Debris wygląda jak wygląda, również rozwinęło się tam niewolnictwo. Ale te kobiety - oraz jeden równie skromnie ubrany mężczyzna, którego zobaczyli dopiero po chwili - wyglądały na bardzo zadbane.

- Tyyyak. - odpowiedział jej jeden z żołnierzy na przepustce, stojący akurat blisko niej. - Sądząc po drodze, na której stoją, zostaną wysłani prooosto do stolicy.

Lisica wolała nie myśleć, co się z nimi potem stanie. Bez słowa podążyła za jednookim majorem do dużego promu mającego wylądować na powierzchnii. Usiadła na miejscu i wtedy pojazd ruszył w kierunku Fenrisa.


Biała Cytadela... Kolebka królów, stolica Fenrisa i największa twierdza na planecie, według legendy wybudowana przez założyciela planetarnego państwa - Fenrisa Pierwszego i Jedynego. Pośrodku tego majestatycznego miasta stała potężna wieża - pałac cesarski - której wysokość na oko oscylowała na trzy kilometry. To właśnie tam zmierzali Wera, Soren i ich małomówny przewodnik.

Prom wylądował na specjalnie do tego wyznaczonej platformie wystającej z budynku. Kiedy wyszli na zewnątrz, ujrzeli nadchodzącą trójkę Fenrisjan. Hagender stanął na baczność.

- Jego Ekscelencja, książę Alaric Biały! - zaanonsował "komitet powitalny" i ukłonił się z pięścią na sercu.

Kiedy wyszli na pełne światło, Wera i Soren mogli już spokojnie ujrzeć dwójkę ciężkozbrojnych Fenrisjan w czarnych zbrojach oraz eskortowanego przez nich młodego Wilka-albinosa. Jego długie włosy łagodnie opadały na ramiona, a czarno-czerwona peleryna falowała delikatnie na wietrze. Na jego głowie spoczywał srebrny diadem z rubinem pośrodku, na jego dłoniach - długie rękawice z najlepszej skóry, a na nogach - buty fenrisjańskiej piechoty i spodnie jeździeckie w barwie grafitu.

Książę Alaric zbliżył się do Wery, delikatnie wziął i pocałował jej dłoń, na co Lisica wyraźnie się zarumieniła. Soren tylko posłał mu morderzce spojrzenie, ale Wilk nie zwracał nań uwagi.

- Księżniczka Weronika Lightning, jak przypuszczam. - powiedział młodym, aksamitnym głosem.

- Tak... A ty to pewnie książę Alaric. - odpowiedziała wciąż lekko zakłopotana Wera.

- Owszem. Nie wiesz nawet, księżniczko, jak długo czekałem na ten moment. Pozwól, proszę, że cię oprowadzę...

Książę delikatnie objął Lisicę ramieniem, powodując u niej jeszcze większy rumieniec. Już mieli wejść do środka, kiedy nagle coś się stało. Czy raczej - ktoś.

- Au! - zastękał boleśnie Alaric, momentalnie puszczając Werę i machając ręką, by "strzepać" z niej trzymającą go mocno za palce... małą łasicę.

- Soren! - krzyknęła Wera, a zwierzak puścił księcia i wylądowawszy na ziemi, podbiegł do "właścicielki". Ta podniosła go i przytuliła do piersi. Potem spojrzała na Wilka. - Wybacz, książę. Mój mały przyjaciel źle znosi podróż kosmiczną.

- Ugh… Rozumiem, sam kiepsko się przy tym czuję. To… Jak już wspomniałem, może cię oprowadzę? - zaproponował już z dystansem, wiedząc, do czego mały puchaty drań w rękach Lisicy jest zdolny.

Rozdział 4: Święta państwowe od podszewkiEdytuj

To była stosunkowo krótka wycieczka, ale po tych raptem piętnastu minutach Soren i Wera doszli do jednego wniosku: pałac cesarski na Fenrisie to prawdziwa twierdza w twierdzy. Wieża z marmuru, wzmacniana adamantem, trzy kilometry w górę, dwa w dół... A tylko część pięter jest w ogóle odwiedzana przez władcę więcej niż raz na pół roku. Chyba tylko szklarni tu nie mieli.

Książę Alaric wszedł ze swoją obstawą do wielkiej sali balowej, a zaraz za nimi weszła trzymająca "zakamuflowanego" Łasica księżniczka. Sala balowa w pałacu przypominała wystrojem typowe tego typu pomieszczenia. Pomnożone razy trzy i wpisane w koło. Zajmowała ona dwa piętra, z czego drugie było właściwie zintegrowaną biblioteką, żeby goście mogli sobie coś poczytać, gdyby nie mieli czasu lub ochoty na rozmowę. Wszystko utrzymywane było w stylu skandynawskim, do którego Fenrisjanie najwyraźniej mają słabość.

- I jak ci się podoba, księżniczko? - spytał Alaric, okalając gestem pomieszczenie.

- Jest naprawdę przepiękna. Zresztą jak wszystko w tym pałacu. - odpowiedziała mu z lekkim uśmiechem Wera i rozejrzała się dookoła. - Swoją drogą, czy to jest konieczne? Taka wysoka budowla? Nie zawali się?

- Szczerze w to wątpię. To bardzo solidna konstrukcja, z tego, co wiem. Ten pałac został wybudowany wiele tysięcy lat temu przez Fenrisa Pierwszego i Jedynego. Chcąc dostrzec, skąd nadciąga wróg - czy to z lądu, czy z wody, czy powietrza - rozkazał zbudować wielką wieżę, która mu na to pozwalała. - opowiedział Wilk. - A na tym się nie skończyło. Mój ojciec, dziadek, pradziadek... Wszyscy oni dodali tu coś od siebie, jak na przykład tę bibliotekę nad nami.

- No, to masz tutaj prawdziwe rodzinne muzeum.

- I to jakie! - powiedział z uśmiechem Alaric. Nie można go było oskarżyć o brak swoistego uroku. Usiadł po chwili na tronie przy jednym z większych stołów. - Tak... To właśnie tutaj odbędzie się Zjazd Możnych. Przybędą tu najwazniejsi szlachcice, politycy, wojskowi... Słowem: najlepsi oszuści i manipulatorzy na planecie.

Wera uniosła brew, zdziwiona wyraźnie beznamiętnymi słowami księcia. Ten szybko to zauważył i poprzedził pytanie:

- Wielu moich przodków zginęło albo w walce, albo przez zamachy na Zjeździe. Niektórzy są na nim... zbyt ambitni...

- Nie boisz się tego? - zapytała Wera.

- Specjalnie zaostrzyłem w tej sali ochronę. Dwóch strażników na drzwi i jeden przy mnie. Nie sądzę, by ktokolwiek chciałby spróbować mnie zabić po zobaczeniu kogoś takiego tuż obok. - odpowiedział jej z lekkim uśmiechem, wskazując dłonią na stojącego obok Wilka w ciężkim, czarnym pancerzu. Potem wstał i podszedł do Lisicy. - No, my tak sobie rozmawiamy, a czas płynie i ta polityczna szopka jest coraz bliżej. Chyba najwyższy czas się przygotować.

Książę zagwizdał w palce, a przez jedne z mniejszych drzwi wyszła skąpo odziana Kotka o puszystym, białym futrze i niebieskich oczach, ze skórzaną obrożą na szyi. Podeszła niepewnie do Fenrisjanina, co wywołało wyraźną konsternację na pyszczku księżniczki.

- To jest Freya. Będzie usługiwać ci przez cały czas twojego pobytu. - przedstawił Kotkę Alaric, a ta bez słowa podeszła do Wery i ukłoniła się.

- Um... Dziękuję, ale chyba dam radę. - powiedziała Wera, zakłopotana tym najprawdopodobniej wymuszonym wyrazem szacunku ze strony niewolnicy.

- Nawet jeśli, to przyda ci się jakiś przewodnik po pałacu. - odparł na odchodne książę. - Do zobaczenia wieczorem. Freya, wiesz, co robić.

- Tak jest, panie... - powiedziała cicho Kotka, po czym odwróciła się do Wery. - Um... Proszę za mną, pani...

Księżniczka spojrzała na Sorena, który przeniósł się jej z rąk na ramię. Wojny o władzę, niewolnictwo... Nie no, pomijając zmilitaryzowanie i wieczną zimę, było tu podobnie jak teraz na Debris.

- Mam złe przeczucia co do tego. - szepnęła Łasicowi na ucho, a ten jej przytaknął. Potem bez słowa ruszyła za Kotką.


Freya zaprowadziła Werę do pokoju gościnnego. Wystrój był typowy dla fenrisjańskiej szlachty: duże łóżko z baldachimem, szafa z lustrem, biurko, komoda oraz masa ozdobnych run i wiśniowej czerwieni. Lisica rozejrzała się. Co jak co, ale w wystroju wnętrz Fenrisjanie byli bardzo dobrzy.

- Oto pański pokój. - powiedziała cicho Kotka i położyła na łóżku torbę księżniczki. Wera nalegała, że sama ją poniesie, ale ostatecznie pozwoliła na to Frey'i.

- Ładnie tu. - stwierdziła z lekkim uśmiechem i usiadła na skraju łóżka, a Soren zeskoczył jej z ramienia na kolana.

- T... To ja przygotuję ci coś do picia, pani... - oznajmiła cicho Freya i już miała wyjść, kiedy nagle została powstrzymana przez księżniczkę.

- Zaczekaj. Możesz tu podejść? - spytała. Niewolnica powoli się odwróciła i niepewnie podeszła do Wery. - Odpowiedz mi, ale szczerze: czy ty się mnie boisz?

- Ja... - Kotka spuściła głowę. - Tak...

Rozdział 5: DekonspiracjaEdytuj

Parka musiała przyznać: przeszłość Frey'i z pewnością nie została zapisana metaforycznymi złotymi zgłoskami. Sprzedana w niewolę jeszcze za kociaka, trzy razy zmieniała właściciela zanim została kupiona Alaricowi. A z całej czwórki właśnie tylko Alaric zwykł nie traktować jej jak przedmiot. Niemniej jednak wciąż odczuwała podświadomy strach przed szlachetnie urodzonymi. Strach przed tym, że znowu będzie pomiatana i bita, ilekroć coś, dajmy na to, wypadnie jej z rąk.

- Uch... Rozumiem... Ale wiesz, mnie na pewno nie musisz się bać. - powiedziała do Kotki Wera i zmusiła się do lekkiego uśmiechu. Siedzący jej na kolanach Soren, który w międzyczasie zdołał już całkiem wybieleć, uczynił podobnie. - Masz moje słowo, że nie zrobię ci krzywdy.

- Dziękuj pani... - odpowiedziała cicho Freya. Przetarła lekko oczy i opuściła pokój, chcąc przygotować księżniczce herbatę. Łasic wykorzystał ten czas, by zeskoczyć na podłogę i przemienić się w Mobianina.

- Kto jest zdania, że na Debris jest znacznie lepiej pomimo możliwości zostania zamordowanym przez Cienie? - spytał, a Wera podniosła rękę do góry, podobnie jak on sam. - Coś tu ewidentnie jest nie tak. Zwłaszcza ten cały książę...

- Soren? Zdaje mi się, czy jesteś o niego zazdrosny? - zapytała Lisica chłopaka. Ten lekko się zarumienił.

- Ja? Zazdrosny? Nienienienienie. Nie jestem wcale zazdrosny. - wyparł się iście "wiarygodnie". - A co?

- Bo tylko zazdrosny tak się wypiera. - zachichotała.

Nagle do pokoju wróciła Freya, niosąc w rękach tacę z herbatą owocową. Fenrisjańskie owoce odporne na niskie temperatury oraz ich przetwory często bywają rarytasami w światach innych niż sam Fenris. Kotka spojrzała w górę, przestając tak "namiętnie" obserwować zastawę, i ujrzała wybielonego Łasica przy Lisicy. Ich spojrzenia się spotkały, a Soren i Wera położyli odruchowo uszy.

- Chyba się zdekonspirowałeś. - szepnęła chłopakowi dziewczyna, po czym zwróciła się do Kotki. - Freya, spokoj...

Zaskoczona obecnością Sorena, Freya upuściła tacę, a ta poleciała na podłogę.

- Złapię! - zawołał Łasic i rzuciwszy się plecami na podłogę, złapał tacę od dołu. Po chwili wylądowała na niej filiżanka - w tym samym miejscu, co wcześniej. Cała trójka odetchnęła z ulgą. - Złapałem...

- Dobra robota, Soren. - pochwaliła chłopaka Wera, po czym wstała i podeszła do zaskoczonej niewolnicy. - Freya, pozwól, że przedstawię ci mojego towarzysza, Sorena.

Łasic podniósł się, wciąż trzymając tacę z herbatą, i skinął głową na powitanie.

- T-to pański niewolnik? - spytała Freya.

- Uh, nie. To mój przyjaciel i służący, ale wolny. - odpowiedziała Lisica i pogłaskała chłopaka po jego bujnej grzywie. - Postanowił mi towarzyszyć.

- A... jak się tu dostał?

- Kojarzysz tego małego zwierzaka siedzącego księżniczce na kolanach? - zapytał Soren. Kotka kiwnęła twierdząco głową. - To byłem ja. Taka wrodzona moc.


Kiedy wszystko sobie wyjaśnili, przyszła kolej na przygotowanie się do tego całego Zjazdu. Freya obiecała nie wydać Łasica i utrzymać jego mobiańską postać w tajemnicy. Dla reszty gości będzie więc po prostu bardzo bystrym zwierzątkiem. W razie czego jednak dostał odpowiedni do okazji strój, przypominający ogołocony z odznaczeń mundur oficerski. Potem przyszedł czas na Werę.

- Hmm... - Soren patrzył na wnętrze szafy, wyobrażając sobie księżniczkę w konkretnych częściach stroju. Co prawda na modzie znał się tak jak hipis na walce zbrojnej, ale zawsze mógł spróbować coś do siebie dobrać, co nie? - Chyyyba już mam. - powiedział wreszcie.

- Tak? Pokażesz? - spytała Wera, wychylając się zza parawanu. Łasic kiwnął twierdząco głową i podeszłszy do niej, podał jej ubranie. Ta wzięła je i po chwili zaczęła oglądać. - No... Chyba będzie pasować. Freya, pomożesz mi?

Rozdział 6: Zjazd MożnychEdytuj

Goście zaczęli się zbierać. Przybyłyjuż delegacje z trzech miast: Evergreen - być może najżyźniejszych ziem na tej mroźnej planecie; Shadecoast - kolebki fenrisjańskiego wywiadu oraz Redwall - fanatycznie oddanej bogu Mechanusowi, największej na świecie hucie stali i kopalni rud. Każda po pięć osób: dwoje delegatów i straż przyboczna. Wokół tych trzech grup jak na tacy było widać, którzy są skąd. W końcu gdzie indziej na Fenrisie dominują, dajmy na to, szkarłat, złoto i mechaniczne implanty? Pojawiła się również jakaś tajemnicza kobieta w masce teatralnej, po której widać było jedynie to, że jest Lisem albo Wilkiem.

- Ponoć w tym roku pojawi się ktoś spoza Imperium. - szepnęła do swojego męża reprezentantka Evergreen, ubrana w tradycyjną zielono-brązową suknię.

- Cesarzowie z pokolenia na pokolenia stanowczo zbyt ufają obcym. Jak mniemam, nikt nie chce powtórki z ostatniego razu. - odpowiedział jej wysoki Wilk w takich samych barwach swojego galowego munduru, nie kryjąc swojego negatywnego nastawienia.

Wkrótce do jeszcze spokojnego towarzystwa dołączyła księżniczka Wera, ubrana w długą do połowy łydki czarną suknię przeszywaną srebrną nicią, gorset z solidnej garbowanej skóry, z pięknym warkoczem... oraz swoim dzikim przyjacielem robiącym jej za naszyjnik. Weszła na salę dyskretnie, w towarzystwie Frey'i, która poruszała się za nią niczym duch - równie cicho i niepostrzeżenie.

- Trochę tu pusto jak na zjazd z całego świata. - zauważyła cicho, a Soren jej przytaknął.

- To dopiero początek. Nawet książę ma zamiar elegancko się spóźnić. - wytłumaczyła niewolnica. Również ona była przygotowana do zjazdu, choć znacznie skromniej, bo została jej tylko założona drobna biżuteria w postaci kolczyków i bardziej "eleganckiej" obroży.

Po niedługim czasie dołączyła jeszcze jedna delegacja: cztery zamaskowane Wilki w czarnych płaszczach oraz jeden w czerwonym. Co ciekawe, ich ubrania były identyczne jak obecne ubranie Sorena. Jedyna różnica to szable przy pasach, posrebrzane maski na całą twarz, runiczne emblematy na mankietach i charakterystyczne kołnierze z koloratkami.

- Kto to jest? - spytała Wera, patrząc to na jednych, to na drugich.

- Opaci z Whitecliff. - odpowiedziała cicho Freya, wyraźnie unikając spotkania się jej wzroku ze wzrokiem jednego z "kapłanów". - Walczą ze wszystkimi przejawami czarnej magii, na jaką się natkną. Ponoć całkiem niedawno powiesili jakiegoś zmiennokształtnego maga...

I właśnie w tym momencie Sorenowi skoczyło ciśnienie i przejechał sobie łapką po drobnej szyi. Czyli gdyby się zdekonspirował w ich otoczeniu, zrobiłby najpierw za żyrandol, a potem za kołnierz jakiejś arystokratki. Szybko jednak został w miarę uspokojony przez głaszczącą go dłoń Weroniki.

I wreszcie nadszedł czas na "mistrza ceremonii". Z windy, w towarzystwie swoich strażników oraz wiecznie milczącego majora Hagendera wyszedł Alaric. Przeszywana złotą nicią kamizelka z czarnej tkaniny dodawała mu prawdziwie cesarskiej powagi. Wszystkie odgłosy ucichły, a goście w jednej chwili zwrócili uwagę tylko na niego.

- I oto przybył nasz mały książę... - powiedział znudzonym tonem reprezentant wyznawców Mechanusa, a jego rzęrzący, mechaniczny głos zdradzał wyraźne znudzenie; jakby jego ton miał oznaczać: "Już wiem, do czego to zmierza".

Albinos stanął przed tronem i odwrócił się do swoich gości. Ci w jednej chwili się ukłonili - jedni głębiej, inni płycej, ale wszyscy.

- Dziękuję wszystkim za przybycie. - zaczął oficjalnym tonem Alaric. - Choć szczerze mówiąc, spodziewałem się większej liczby osób... Cóż, miejmy nadzieję, że jeszcze ktoś dotrze. Przede wszystkim, pragnę podziękować za obecność księżniczce Weronice Lightning, którą to osobiście tutaj zaprosiłem. To dla mnie wielki zaszczyt, księżniczko. - tu posłał jej lekko zalotny uśmiech, na co Lisica odpowiedziała rumieńcem. - Wszyscy zdajemy sobie sprawę, co spotkało naszych sąsiadów - Debris - raptem dwadzieścia lat temu i trwa do dzisiaj. Wierzę, że uda nam się dojść w trakcie Zjazdu do osiągnięcia porozumienia w sprawie pomocy dla nich... A zatem, już nie przedłużając, niniejszym rozpoczynam tegoroczny Zjazd Możnych!

W jednej chwili na ściany zleciały cesarskie sztandary, a z głośników poleciała muzyka klasyczna. Goście obdarzyli księcia gromkimi brawami, a ten ukłonił się i usiadł na tronie. I tak oto rozpoczęła się trzydniowa uczta, na której poleje się kilka rzeczy: czerwone wino, brandy oraz być może krew i trucizna.

- Czego jak czego, ale braku charyzmy nie można mu zarzucić. - rzekła z lekkim uśmiechem reprezentantka Shadecoast.


- I jak ci się podoba, księżniczko? - zapytał z uśmiechem książę, patrząc na siedzącego obok gościa honorowego.

- Cóż... No, teraz na pewno bardzo, ale co potem? - odpowiedziała Wera z lekką dozą niepewności w głosie, po czym spojrzała dookoła. Goście spokojnie rozeszli się po sali balowej i zaczęli w miarę spokojnie spędzać czas. Choć z drugiej strony, Opaci i "szkarłatne płaszcze" z Redwall zdawali się darzyć wzajemną niechęcią, co wszyscy bardzo dobrze widzieli i słyszeli. Prawdopodobnie oni wywołają pierwszą awanturę, w czasie której miecze pójdą w ruch. Pojawiły się również dwie inne delegacje, tak jak prosił w duchu Alaric. Jedna jednak osoba zdawała się być aż nazbyt cicha i spokojna. Zamaskowana kobieta stała tylko na piętrze i z balkonu przyglądała się przyjęciu, popijając od czasu do czasu wino. - Mogę cię o coś zapytać?

- Pytaj śmiało.

- Kto to jest? - Lisica wskazała na balkon, na którym akurat siedziała kobieta.

- Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia. Na liście gości została zapisana jako "Lady Aria". Nic mi to nie mówi, a znam praktycznie wszystkich gości na tej sali... Hagender?

- Tak, panie. - Cyborg stanął na baczność przy księciu.

- Miej lady Arię na oku i informuj mnie na bieżąco.

Rozdział 7: Sprawy DebrisEdytuj

Soren gdzieś zniknął. Podobnie Freya. Wera była więc teraz zdana wyłącznie na siebie. Przynajmniej przez jakiś czas. Nagle podeszła do niej przedstawicielka Redwall, podczas gdy jej małżonek głośno debatował z Opatem na tematy polityczno-teologiczne. Wygrywał, podając logiczne argumenty.

- Więc to ty jesteś gościem honorowym księcia. - powiedziała na powitanie. Jej głos był równie mechaniczny, co jej męża z tą różnicą, że jej był znacznie bardziej kobiecy i melodyjny.

- Uh, tak. - odpowiedziała nieśmiało księżniczka.

- Hedwiga Holger z Redwall. - przedstawiła się arystokratka i podała Lisicy mechaniczną rękę do uściśnięcia. Była lodowata w dotyku.

- Weronika Lightning z Black Terry. - przedstawiła się Wera.

- Doszły nas słuchy, że twym regentem jest kapłan Mechanusa.

Lisica uniosła brew do góry, wyraźnie zdziwiona.

- Skąd to wiesz? - spytała. Wilczyca uśmiechnęła się lekko, a refleksy z jej sztucznej żuchwy błysnęły księżniczce po oczach.

- My, czciciele Boga Maszyn, mamy swoje sposoby... Ale przejdźmy do rzeczy: świadomość tego, że w twej kadrze znajduje się jeden z nas bardzo nam schlebia. Swego czasu na Fenrisie było podobnie, ale… no cóż, nie skończyło się to dobrze. Ufam, że to, co stało się tu, nie stanie się też na tak pięknym świecie jak twój.

- A… co się tu stało?

- Powiem to wprost, księżniczko: nie chcesz wiedzieć. To czarna karta w historii naszej wspólnoty i nie chcemy mówić o niej publicznie. Na czym to ja… A tak. Jako że zdajesz się trzymać jednego z nas dość blisko, bylibyśmy skłonni ci zaufać i dopomóc. Ale to w swoim czasie. - powiedziała tajemniczym tonem Lady Holger zanim udała się nalać sobie wina, pozostawiając skonsternowaną Werę samą.

Nagle Lisica poczuła, jak po jej karku przejeżdża coś puszystego. Odwróciła się nagle… i ujrzała Sorena niezbyt spokojnie rozglądającego się po sali.

- Soren! Tu jesteś! - Wera nie kryła zaskoczenia, widząc swojego przyjaciela bez “przebrania”. Nawet go przytuliła, uważając, by nikt nie patrzył.

- Ugh… Tak, księżniczko, jestem… Uh… Dusisz mnie… - wystękał Soren, podczas gdy ramiona Wery oplatające jego szyję odcinały mu dopływ tlenu.

- Ach, wybacz. - Księżniczka uśmiechnęła się niezręcznie i puściła Łasica, a ten zaraz po chwili zaczął łapać oddech. - Co tu robisz? I czemu jesteś… No, czemu nie jesteś mały?

- Jeszcze chwila… Okej, już mogę oddychać… - Soren wyprostował się i spojrzał na dziewczynę. - Postanowiłem, że trochę się tu rozejrzę. Wiesz, skoro oboje wtapiamy się w tłum…

- Wiesz chociaż, że możesz ryzykować życiem? Widziałeś tych wszystkich strażników. Jak się wyda, skończysz na czyimś kołnierzu!

- Księżniczko. - Łasic chwycił ją delikatnie za ramiona i spojrzał jej w oczy. - Wiem, co robię. Zaufaj mi. Dobrze?

- Um… Dobrze… - odpowiedziała cicho księżniczka i mocno się zarumieniła. Patrzyli sobie w oczy… a on ją trzymał… Widocznie i do niego dotarła dwuznaczność tej sytuacji, bo prawie natychmiast ją puścił i również zaczerwienił się na pyszczku.

I nagle oboje ujrzeli, że w ich kierunku idzie zamaskowana kobieta. Biło od niej chłodem, a jej szare oczy zdawały się analizować dosłownie każdy ruch parki. Z jakiegoś powodu patrzyła głównie na Werę.

- Księżniczka Weronika Lightning... - wypowiedziała pełne nazwisko dziewczyny. - Wierzę, że dobrze bawisz się na Zjeździe. Dobrze ci radzę: wykorzystaj ten czas. I twój pupil również…

To powiedziawszy, Lady Aria odeszła, pozostawiając parkę w stanie konsternacji.

- C...o się właśnie stało? - spytał Soren, patrząc to na Werę, to na miejsce, w którym stała kobieta. - I drugie pytanie: czy to miała być groźba?

- Nie jestem pewna ani co do jednego, ani do drugiego.

Soren odpuścił sobie zadawanie pytania, jakim cudem "przejrzała" jego przykrywkę. Wiedział, że żadne z nich nie zna odpowiedzi. Ale jedno wiedział: muszą być ostrożni.


Wreszcie przyszedł czas na robienie polityki. W końcu po to tu wszyscy przyszli. No i po brandy - ponoć cesarska jest najlepsza na planecie. W każdym razie, goście zasiedli do stołu, przy którym już wcześniej siedział książę. Wera miała usiąść zaraz obok niego, co też zrobiła. W cieniu pozostali tylko Soren i Lady Aria. On w miarę dosłownie, bo schował się na balkonie i obserwował rozwój wydarzeń, a ona w przenośni, bo nie wypowiedziała ani jednego słowa, odkąd zasiadła do stołu.

- Przejdźmy do spraw najważniejszych. Spraw Debris. - powiedział Alaric i wcisnął jakiś przycisk na stole. Po chwili na jego środku pojawił się hologram planety Wery, przedstawiający ją w jej obecnym stanie. O ile księżniczka na własne oczy widziała, że okolice Black Terry nie wyglądają aż tak źle, jednak w tym momencie zobaczyła, jak wielkie mają szczęście. Debris umierała śmiercią powolną i bardzo bolesną.

Arystokraci oglądali hologram z mieszanymi uczuciami. Evergreen wyglądali na zszokowanych, Redwall - na zastanawiających się nad czymś, podobnie jak Shadecoast. Jedynie przedstawiciele Whitecliff i Lady Aria nie wydawali się poruszeni widokiem.

- W dwadzieścia lat tak zdewastować całą planetę? Nawet nasze armie nie są w stanie dokonać takich zniszczeń! - odezwała się przedstawicielka Evergreen. - Musimy coś z tym zrobić!

- Po to tu jesteśmy, Lady Merigold. - flegmatycznym głosem odpowiedział jej Lord Hogler.

- Co takiego proponujesz, książę? - zapytał Opat z Whitecliff, kierując wzrok na władcę.

- Proponuję, abyśmy w końcu się ruszyli i pomogli sojusznikowi. - odpowiedział twardym tonem Alaric. Praktycznie wszyscy zdziwili się jego odpowiedzią, a raczej tym, jak odpowiedział. Zazwyczaj był bardzo spokojny i uprzejmy. - Gdybyśmy ruszyli z pomocą dwadzieścia lat temu, cała ta farsa nie miałaby miejsca.

- Um, Wasza Wysokość? Pragnę przypomnieć, że wtedy władzę sprawowałeś nie ty, lecz twój ojciec. - powiedział niepewnie jeden ze strażników z Evergreen, lecz ujrzawszy gniewne spojrzenie monarchy, natychmiast się zamknął.

- Co mój ojciec zepsuł, ja naprawię. I zacznę od pomocy Debris. Przypominam wam wszystkim, że Debrisjanie to nasi sojusznicy i wedle paktu o wzajemnej pomocy, Fenrisjanie zobligowani są do zapewnienia Debris pomocy i vice versa.

- Oho, przygotował się. - szepnął do siebie Lord Holger.

- Słyszałem to, Holger! - warknął Alaric, a Wera odruchowo odsunęła się na bok. - Jeśli masz jakieś wątpliwości, śmiało - podziel się z nami.

Cyborg zamilkł. Nawet jego oczy lekko zbladły. Książę poczuł satysfakcję.

- No. Właśnie tak myślałem. - powiedział, po czym wrócił do reszty. - Widzę, że oczekujecie twardego władcy. Więc go dostaniecie. Naszym obowiązkiem jest zapewnienie wszelkiej pomocy Debris i jej mieszkańcom. Daję wam czas do końca tego dnia na dokonanie wyboru: wspomożecie mnie albo zajmiecie się swoimi sprawami, nie oczekując jednocześnie, że kiedyś ja wspomogę was.

To powiedziawszy, Alaric wstał od stołu i opuścił salę, zostawiając arystokratów samych sobie.

Rozdział 8: Fatalna sytuacjaEdytuj

Nastał wieczór. Podczas gdy inni arystokraci zajęli się swoimi sprawami, Alaric siedział samotnie na balkonie i wpatrywał się w jakiś odległy punkt na rozgwieżdżonym niebie. Nagle postawił uszy, słysząc, jak ktoś otwiera drzwi. Kątem oka ujrzał białe futro.

- A, to ty… - powiedział cicho i wrócił do wpatrywania się w gwiazdy.

- Wszystko w porządku? - spytała Wera, podchodząc powoli do wciąż wyraźnie rozdrażnionego księcia.

- Nie… - odpowiedział i westchnął. - Wszyscy oczekują, że będę taki jak moi przodkowie: bezlitosny dla wroga, bezkompromisowy władca absolutny… Nawet nie wiesz, jak to jest, kiedy twój lud oczekuje od ciebie niemożliwego.

- Wierz mi, wiem… - powiedziała cicho Lisica i stanęła obok niego.

- Huh… Więc jest między nami coś wspólnego… Wierz mi, księżniczko-

- Mów mi Wera.

- Dobrze… Wero. Wierz mi, chciałbym ci pomóc, ale przez nich wszystkich wątpię, bym nawet odesłał cię z powrotem na Debris. Ta cała tradycja Zjazdów Możnych to jedna wielka pomyłka. Dopóki nie powiedzą wyraźnie, że zapewnią wsparcie, mam związane ręce. - Wilk westchnął i spojrzał w gwiazdy. - Jeśli kiedykolwiek zostanę prawdziwym cesarzem, zobaczą, co to znaczy "monarchia absolutna". Chcą, to dostaną.

Po słowach i tonie głosu księcia Wera mogła wywnioskować jedno: Fenrisjanie z całą pewnością preferują rozwiązania siłowe.


Tymczasem Soren, korzystając z okazji, że jego "szefowa" jest zajęta Alariciem, postanowił nieco zinfiltrować pałac. Co to dla niego - zmiennokształtnego Łasica o giętkim kręgosłupie? Przede wszystkim chciał wiedzieć, kim jest ta cała Lady Aria. Dlatego też w swojej dzikiej formie podążał za nią. Z jakiegoś powodu cały czas szła w towarzystwie majora Hagendera. To rodziło jeszcze więcej pytań. Byli w zmowie? A może po prostu Hagender bardzo poważnie traktował powierzone mu zadania?

- Wszystko przygotowane? - spytała Lady Aria. Cyborg przytaknął.

- Tak, milady.

- Dobrze. Bardzo dobrze... Szczerze przyznam: wiadomość o przybyciu tej smarkuli i jej zmiennokształtnego szczura mocno skomplikowała cały plan, ale jednak nie będzie tak źle.

I nagle oboje się zatrzymali. Szlachcianka uniosła dłoń do góry i rozejrzała się.

- Czekaj. Ktoś tu jeszcze jest...

Hagender również się rozejrzał, a jego cybernetyczne oko przeskanowało cały korytarz w swoim zasięgu. Po chwili wyciągnął z kabury rewolwer i wystrzelił w belkę. Huk broni, odgłos łamanego drewna i uderzenie ciała o podłogę rozniosły się po całym korytarzu.

Soren leżał w bezruchu, oddychając ciężko i nierówno. Jego ubranie pokryła od wewnątrz krew. Lady Aria podeszła do niego i spojrzała mu w oczy.

- I oto nasz podsłuchiwacz. Zawszony dzikus. - powiedziała zimnym tonem i kopnęła go w głowę, pozbawiając chłopaka przytomności. Ostatnie, co zdołał usłyszeć, to: - Zabierz go stąd. I powiadom arenę o nowym zawodniku...

Rozdział 9: ArenaEdytuj

Nastał nowy dzień. Wszyscy w pałacu po wczorajszym zakończeniu postanowili zgodnie odpuścić sobie naradę. Alaric dodatkowo postanowił również nieco odstresować się z Werą, idąc na Arenę Białej Cytadeli - najsłynniejszą arenę na Fenrisie, gdzie rycerze, niewolnicy, magowie, psionicy, biotycy - wszyscy! - starają się wywalczyć sobie sławę i chwałę, a nierzadko również wolność.

- I oto jest: Arena. Można powiedzieć, że to takie nasze centrum sportowe. - powiedział z uśmiechem Alaric do Wery. - Przy okazji załatwiamy w ten sposób spory.

- Więc jak załatwialiście je wcześniej? - spytała księżniczka, wyraźnie zaniepokojona zniknięciem Sorena. Nie widziała go od wczorajszego wieczora. Oby tylko nic mu nie było…

- Wyrzynając się. - odpowiedział lakonicznie Wilk. - A ten sposób jest znacznie bardziej honorowy, dochodowy, no i nie ma tak dużo sprzątania.

Po wyrazie pyszczka księżniczki, Alaric spokojnie doszedł do wniosku, że Debrisjańska kultura jest znacznie mniej krwawa, a takie spokojne wyrażanie się o takiej części swojej kultury może brzmieć dla obcych co najmniej niepokojąco. Ale co poradzić? Fenris to świat wojowników. Wojowników, którzy - jeśli dać im szansę - położą na kolana całe imperia.

Usiedli w loży cesarskiej, otoczonej zwyczajnymi miejscami dla gości. Był stąd idealny widok na środek Areny. Wera nie wiedziała, co myśleć o tym, co zaraz zobaczy.

- Mieszkańcy Białej Cytadeli! - rozległ się głos komentatora. - Witam was na Arenie! Dzisiaj mamy dla was nową porcję krwi, potu i łez! Cieszysz się, Cytadelo?

Cała ogromna publika zaczęła krzyczeć i klaskać entuzjastycznie w odpowiedzi. No może poza Werą, której chyba nie widziało się oglądanie walk.

- A zatem szykujcie się, bowiem mamy dla was nowiutką atrakcję: dzisiaj zobaczycie, jak nasz czempion - Romulus Żelazna-Dłoń - zmierzy się z nowo wyłapanymi Zmiennymi!

Na arenę wkroczył Wilk albinos w skromnej zbroi złożonej z lewego naramiennika i karwasza, i nagolenników. Resztę jego ubioru stanowiła przepaska do kolan, pasy na piersi oraz ciężkie, podkute buty. Całe jego prawe ramię była kunsztownie wykonaną protezą. Gladiator dzierżył w prawej dłoni długi miecz, a w lewej - okutą tarczę. Jego pełne pogardy czerwone oczy spoglądały na rozentuzjazmowany tłum wokół niego.

Tymczasem po drugiej stronie, na arenę wypchnięty został tłum niewolników, którzy - w przeciwieństwie do swojego przeciwnika - nie mieli na sobie nic poza kajdanami, przepaskami i butami. Wilki, Koty, Niedźwiedzie, dwa razy nawet Węże... oraz ktoś, kto sylwetką i kolorem futra mógłby przypominać Pieśca. Jednak tej burzy czarnych włosów nie dało się pomylić z niczyją inną.

- Soren! - serce Wery na chwilę stanęło, a jej dłonie zacisnęły się na podłokietnikach fotela.

- Dla urozmaicenia pozwolę sobie coś dodać: ktokolwiek zdoła przeżyć spotkanie z Romulusem Żelazną-Dłonią, zyska wolność. - dodał po chwili komentator. - A zatem niech poleje się krew!

Niewolnicy natychmiast przybrali swoje zwierzęce formy i ruszyli: jedni do walki, inni wstecz, by unikać jej jak najdłużej. Księżniczka wciąż skupiała swoją uwagę na swoim łasiczym przyjacielu. Podobnie czynił Alaric, lecz on nie przykładał do tego wielkiej wagi.

- Dobrze się bawisz, Wero?... Um, wszystko w porządku?

- Nie, nic nie jest w porządku. Co on tam robi?

- Co kto gdzie robi?

- On! Ten biały niewolnik! Co on robi na arenie!? - pytała znerwicowana Wera.

- Hej, spokojnie! Walczy o wolność. - Alaric próbował ją uspokoić, lecz za dobrze to mu nie wychodziło.

- On już był wolny! Jakim cudem teraz jest niewolnikiem!?

- A ja wiem? Nie ja łapię niewolników. Ugh... Możesz mnie puścić? Futro mi wyrywasz. - poprosił w pewnej chwili książę. Lisica w miarę się opamiętała, puściła go i niespokojnie usiadła z powrotem na fotelu. Teraz tylko modliła się, by Sorenowi nic się nie stało.


Minęła godzina. Kilku niewolników wciąż się trzymało, ale to Romulus zwyciężał. Jego ciało i miecz były splamione krwią jego ofiar, a on sam zdawał się żądać więcej. Publika skandowała jego imię. Cicho siedzieli tylko Wera, błagająca wszystkie bóstwa Debris o pomoc, oraz zaniepokojony jej stanem Alaric. Co dziwne, nawet jego milczący dotychczas strażnicy byli pochłonięci kibicowaniem gladiatorowi.

- Dalej, Romulusie! Zostało ich tylko trzech!... Cofam poprzednie. Dwóch! - na bierząco mówił komentator.

Na arenie pozostały już tylko trzy osoby: biały, niebiekooki Kot, Soren oraz Romulus. Ten ostatni już wywęszył Łasica i ruszył w jego kierunku, podczas gdy on chował się za kolumną i nieświadomie kupował czas towarzyszowi w niewoli. Kiedy już miał uciec zza osłony, nagle pojawił się gladiator i zamachnął się mieczem.

- Soren!!! - krzyknęła przerażona Wera.

Łasic padł na ziemię, razem z całym swoim lewym ramieniem. Wił się w bólu i łapał za powstały kikut. Romulus stanął nad nim i wyszczerzył kły. Już miał zadać ostateczny cios, kiedy nagle został brutalnie odepchnięty od niego przez pozostałego przy życiu Kota.

- Zabieraj się od niego, kundlu! - krzyknął i nastroszył się. Wilk wyprostował się, a chwilę potem rzucił do ataku.

Wera zrobiła to zupełnie instynktownie: chwyciła miecz jednego ze strażników, po czym rzuciła go z całej siły w kierunku Łasica. To wszystko trwało w jej umyśle milisekundy.

- Soren, łap!!

Romulus uniósł miecz nad głowę, po czym zamachnął się na Kota. Nagle wszyscy - niewolnicy, gladiator, widownia - usłyszeli zupełnie niespodziewany odgłos krzyżowania ostrzy. Wilk był zszokowany, tym, co widzi.

Pomiędzy nim a Kotem jakby z podziemi wyrósł Soren. Ciężko krwawiąc, skrzyżował on zdobyczne ostrze, po czym kopnął gladiatora w przeponę. Ten zgiął się w pół i padł na kolana. Łasic powoli zbliżył się i kopnął go jeszcze raz, tym razem w szczękę. Wilk padł jak kłoda na ziemię. Soren zbliżył wtedy ostrze do jego gardła.

- Co teraz, książę? - zapytał bezpośrednio Alarica komentator. - Co każesz uczynić? Czy Romulus zakończy swe życie? Czy może pozostanie z nami jeszcze trochę?

Ta sytuacja była totalnym zaskoczeniem nawet dla księcia. Nie spodziewał się, że jakikolwiek Zmienny przeżyje. Tym bardziej nie spodziewał się, że Romulus zostanie pokonany przez kogoś tak ciężko rannego. Podniósł się z tronu i podszedł do krawędzi loży, by wszyscy go widzieli. Zapadła głucha cisza.

- Pozostawiam tę decyzję zwycięzcom. W końcu to oni go pokonali. - oznajmił, po czym usiadł.

Soren patrzył w oczy Romulusowi. Jego wzrok zdradzał pustkę.

- Zrób to, mały. - powiedział, czy raczej warknął do Łasica. On jednak pokręcił głową i wstał, po czym zasłabł i oparł się o kolumnę.

- Powitajmy zatem nowych czempionów areny! - zawołał entuzjastycznie komentator, a z widowni posypały się brawa.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki